Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajlandia. Pokaż wszystkie posty

19 października 2009

W strone Malezji


Stalo sie nieuniknione i opuscilem oboz... Musze przyznac ze przyzwyczailem sie juz do rutyny na campe. Co wiecej bylo mi tam dobrze i wcale nie czuje checi to dalszej podrozy:) Na szczescie niejaka Magda S., ktora odwiedzila mnie troche niespodziewania na Phuket, dodala troche pozytywnych emocji do zblizajacej sie podrozy:) Ostatnie wiec dni uplynely bardzo przyjemnie. Troche pochulalismy na skuterze. samodzielna jazda Magdy skonczyla sie obdarciami na kolanie i łokciu. ja ze sie smialem to na drugi dzien sam sie wywalilem i obdarlem stope:) Z moimi jedynymi kolegami na campie Lala z Indi oraz Lukasem , profesional fighterem z Austrii, swietowalismy moj odjazd przy Big Macu, frytkach i lodach. Alez mi tego brakowalo...:)

Ogolnie przez moje czerwone oczy nie moglem trenowac przez kilka dni. Potem musialem chodzic w okularach zeby ludzi nie straszyc, stad zdjecia z treningu w okularach (made by Magda). Dzielie tez biegalem 3-4 razy w tygodniu przygotowujac sie do rzezni na zawodach ktora mnie czeka za tydzien,ale o tym w nastepnych postach:) Raz wbieglem na najblizszy szczyt w okolicy, miesci sie tam jakas stacja wojskowa. nie sadzilem ze mozna caly czas biec pod gore, a jednak udalo sie co pozytywnie nastraja mnie do wspomnianych zawodow. szkoda tylko ze jak wrocilem to z braku energi wypilem cala puszke mleka skondesowanego.

Aktualnie po dwoch dniach bezsensownej podrozy jestem w stolicy plantacji herbacianych , Cameron Highlands w Malezji. Bezsensownej bo ruszylem z Phuket z zamiarem dojechania tu w jeden dzien. Skonczylo sie na tym ze musialem nocowac jeszcze w zupelnie nieciekawym Hat Yai za 160bathow! chyba rekord za nocleg do tej pory. Potem okazalo sie ze pociag mial wypadek, autobus bardzo drogi, pojechalem wiec lokalnym autobusem do granicy. tam lapalem stopa przez godzine (Malezji to niby wspanialy kraj dla autostopwiczow) i po dwokrotnej zmianie auobusow i przeplaceniu za VIP bus, w nocy dojezdzam na miejsce. w autobusie stanadardowo zimno, przygotowuje sie na fale goraca jak zwykle po wyjsciu, a tu niespodzianka.. chlodno! w koncu jestem na 1500m to w sumie nie ma sie co dziwic, ale to pierwszy raz ze czuje chlod:) Znalalzem fajny hostel z darmowym netem wiec nie jest zle. Jutro ide pobiegac po plantacjach herbaty. trenowac trzeba

Upzedzam, ze po wznowieneniu podrozy i relacje ulegna wznowieniu. zapraszam wiec czesciej:)
dodalem troche zdjec z campu jeszcze.
Pozdrawiam wszystkich czytaczy:)

8 października 2009

Pink Eye



Tak wylada bakteryjne zapalenie spojowek. Wczoraj bylo gorzej, bo z oczy wyciekala mi ropa i sklejala powieki. teraz to tylko zle wyglada na szczescie nie boli. Na campie od jakiegos czasu panuje epidemia pink eye. Skutecznie udawalo mi sie jej unikac, ale i mnie dopaldla co wiaze sie z tym, ze nie moge trenowac. caly tydzien z glowy. pech to pech
A szkoda, bo przeniesiono mnie do grupy intermidiate. Nie jest tak intensywna jak poczatkujaca, za to uczy sie wiecej technik i sprringi sa ostrzejsze. Sparringowalem sie z kolesiem ktory cwiczyl kilka lat boks (nota bene od niego sie zarazilem) i gdybym jakis cudem nie unikal ciosow to knock-out bylby pewny:)

Restowa niedziele spedzilem na plazy z estonskim kolega Jankiem. Znalezlismy fajna plaze z ogromymi falami takze zabawa byla przednia. zaliczylsmy jeszcze tajlandzki Horror w kinie i koniec restu. Wybralem sie tez raz na dluzze wybieganie do miesjca szumnie zwanego Big Budda. Znajduje sie on (Budda) na najwyzszej gorze w okolicy. Udalo mi sie tam wbiec i siedzac pod naprwde ogromym ,choc caly czas under construction, Budda podziwialem widoki na wschodnia i zachodnia czesc Phuket. Tsunami z tej perspektywny wgladaloby niesamowicie:)
A propos tsunami Tydzien temu dostalem smsa od brata: "Uciekaj z Phuket, ta wyspa to pewna śmierc"i okazalo sie ze rzeczywiscie bylo tsunami w okolicy indonezji. Jednak po rozwazeniu wszystkich niebezieczenstw postanowilem zostac. Okazalo ze ze fala byla bardzo mala:)

Za nicale 2 tyg koncze trening. Jade do Kuala Lumpur z ktorego lece do Kota Kinabalu na Borneo. Zaltwilem sobie juz hostow z Couchsurfingu wiec spoko:) Znow bedzie trzeba podrozowac:)

Poraz kolejny ponawiam apel o pisanie maili:) Dziekuje tym co sie odzywaja zawsze fajnie przeczytac informace z Polski czy innych krajow:)

dodalem kilka zdjec w poprzednim katalogu.
Pozdrawiam!


30 września 2009

Tiger Muay Thai



Przed przyjazdem tutaj miałem różne wyobrażenia, jak może wyglądać trening boksu tajskiego w Tajlandii. Jak młodociany fan filmów karate oczami wyobraźni widziałem łamanie bambusów piszczelami, spadające orzechy kokosowe na brzuch z wysokości 10m , Tong-Po uderzającego w słup i sypiący się tynk, czy wiecznie niezadowolonego Mistrza Myagi. Oczywiście nic z tych rzeczy nie ma miejsca na Tiger Muay Thai Gym, ale intensywność treningów może powalić każdego. Każdy tydzień to pewnego rodzaju rutyna. Można jej przestrzegać lub nie. To zależy czy jest się mocno zmotywowanym i chce się czegoś nauczyć (patrz autor) czy zrzucić trochę kilogramów i przypakować (50% trenujących)

Godzina 6:45 pobudka. 7:00 do wyboru joga lub Bodyfit. Joga jaka jest każdy wie. Bodyfit to godzinne wypruwanie flaków przy muzyce. Mój pierwszy dzień zacząłem tym masochistycznym treningiem. Uważałem się za osobę sprawną fizycznie, ale w połowie kiedy zaczęło mi się robić słabo, stwierdziłem, że trzeba jeszcze nad sobą popracować:)

8:00 Zaczyna się trening muay thai. Zawsze ta sama rozgrzewka, skakanka, bieganie, potem rozciąganie, potem shadow boxing, czyli boksowanie przed lustrem. Potem nauka 3 technik, w zależności od dnia: bokserskich, muay thai (czyli z kopnięciami, uderzeniami kolanami i łokciami) i clinching, czyli sztuka zwarcia (?) i rzutów, co jest naprawdę męczące. Potem 3 rundy na workach bokserskich, potem 3 rundy z trenerami (czym więcej się umie tym większa intensywność), a potem 3 rundy sparing bokserski lub muay thai, a co drugi dzień klincz. Jakież było moje zdziwienie gdy pierwszego dnia kiedy nie mogłem uspokoić jeszcze oddechu po BodyFit, musiałem ubrać rękawice i „sparringować się”, co w moim przypadku oznaczało otrzymywanie ciosów za ciosem:)
na zakończenie treningu, 200 uderzeń kolanem w wór, potem 100 frontkicków, 100 łokci, 3 okrąznia z jumping-knee no i na ochłodzenie 300 brzuszków i 150 pompek. I największa zgroza treningu dla początkujących (są 3 grupy): wielka, twarda, gumowa piłka z uchwytami, którą namiętnie nasz trener (zwany przez wielu zaskakująco trafnie Pan Myagi) lub któryś z trenujących, uderza w brzuch leżącego. Pierwszy dzień otrzymałem 30 ciosów i myślałem poważnie, że zejdę. Dziś po tygodniu treningu dostałem 250... i też myślałem że zejdę. O 11 koniec.
Marzę żeby przenieśli mnie do wyższej grupy. Tam ponoć nie ma zabójczej piłki...

potem jest rest. Zimny prysznic (ciepłego nie ma). Śniadanie/lunch - bardzo dobre tajskie jedzenie za 50bathow i na łóżko. Biorę laptopa i czytam co tam w świecie słychać. 4h mijają bardzo szybko. 15:30 zaczyna się kolejny trening. Ta sama rutyna co rano. Jest nie wiele osób, które stać na robienie dwóch 3-4godzinnych treningów codziennie. Ja zrobiłem tam przez 2 pierwsze dni, i każda moja ranna pobudka wiązała się z ogromnym bólem całego ciała. Na szczęście istnieje Tiger Balm (balsam z tygrysa?) trochę odpoczynku i po kilku dniach nie boli już całe ciało tylko różne jego części. W tej chwili poobijane łydki:)

Zamiast boksu tajskiego po południu chodzi się na siłownie, spinning lub się po prostu biega. Dzień kończy się o 19, zimny prysznic, tajski obiad, filmik, i lulu najpóźniej o 23:)

Niedziela to jedyny dzień bez treningu. Zużyłem ją na obejrzenie w kinie najgorszego thileru jaki widziałem – Witheout i jakieś małe zakupy. Resztę czasu leżałem.

Jeszcze w sobotę miała miejsce comiesięczna impreza Tigera. BBQ breakdown. Rano trening pół-serio na plaży, połączony z przeciąganiem liny, a wieczorem barbeque i walki dla chętnych. Może walczyć każdy, niezależnie od poziomu. Był koleś który trenował dopiero 2tyg i o dziwo wygrał:) przyrzekłem sobie, że jeżeli będzie okazja to następnym razem wychodzę na ring...

zostały jeszcze nie całe 3 tygodnie takiej rutyny. Rutyny, która mi się podoba i dostarcza mi energii, która gdzieś ze mnie upłynęła.

Mam tu neta, więc czekam na wieści od każdego. Odpisuje na każdego maila:) Pozdrawiam!

p.s.zdjęcia przedstawiają camp, trening, zabawy na plaży i mój pokoik:)

22 września 2009

Climbing Krabi




na poludniu monsun. leje codziennie ale na szczescie krotko. na sam koniec tajlandi mozna dojechac za mniej niz 25zl oczywiscie 3 klasa w pociagu. mozna tez za 5zl jak Aga z Luisem, ktorzy przejechali cala trase na bilecie do najblizszego miasta za bangkokiem:) stopem docieramy do Phangha. Jest tutaj znany park narodowy obejumujacy mangrowia (takie drzewa z korzeniami na wierzchu;) oraz wapienne ostance wyrastajace prosto z morza w tym znana wyspa Jamesa Bonda uwieczniona na filmie "Czlowiek ze zlotym pistoletem". Wszyscy znaja prawda?:)

Wypozyczamy longboat z niezwykle wyjacym silniiem i w deszczu plywamy po calym parku. jaki jest urok w zwiedzaniu w low season? nie ma prawie wogle turystow, mozna przezyc burze na morzu, mozna obserwowac tecze, wreszcie mozna plywac na wyspie jamesa bonda w strugach deszczu nie bedac nagabywanym przez stada sprzedawcow pamiatek:) jedyny minus wycieczki. wypozyczenie kajakow morskich oznacza bycie pasazerem plastikowego kajaka wraz z dwoma innymi pasazerami oraz wioslujacym. nudne to jak flaki z olejem, nawet nie mozna samemu powislowac. wrocilismy przemoknieci i przemraznieci juz w nocy

przenosimy sie do krabi zachczajac za namowa Luisa o swiatynie (ktora to juz z kolei?). Oplacalo sie. stopem docieramy w piatke do samego wejscia. jest tu krotki szlak przez jaskinie i zablocona dzungle gdzie mieszkaja mnisi. WC wyraznie wskazuje wyzszosc mnichow. na jednych napis: for monks, na drugich: for people:) prawdziwa atrakcja jednak to wdrapanie sie po 1237 schodach na szczyt gory gdzie siedzi wielki zloty budda. dawno sie tak nie umeczylismy. zeby to byly zwykle schody, ale to byly takie pionowe ze zleciec mozna:)

Jeszcze tego samego dnia doplywamy lodeczka do polwyspu Railey, azjatyckiej mekki wspinaczkowej. znajdujemy bungalow dla calej piatki w dzungli kawalek od plazy. udaje nam sie jeszcze pokolcic o zasady bilarda hiszpanskie vs polskie. tak czy siak ja z Aga jestesmy najelpszym teamem:)

nie pozostalo nam nic innego jak sie powspinac:) tzn ja z jagna, bo reszta wyleguje sie na plazy;) forma sie nie popisalismy za to widoki nieprzecietne. klify wysokie na ponad 100 metrow, miedzy nimi dzungla, a nad morzem piaszczysta plaza. wspinalo by sie swietnie gdyby nie wyslizgany wapien i drogi ktore koncza sie w srodku sciany. nawet na szczyt wyjsc nie mozna. Pozostala trojka zalicza jeszcze blotne zejscie do laguny. mimo usilnych prob wycofali sie tam gdzie moj brat 2 miesiace temu:) laguna niebezpieczna jest.

drugi dzien przenosimy sie na wsipin w okolice patong beach, lonely planet uznaje ja za jedna z najwspanialszych plaz swiata. rzeczywiscie ladna. ostatni wspoln wieczor swietujemy w Ao Nang, malej turystycznej wiosce. Ale co to bylo za swietownie! zaszalelismy i kazdy z nas (oprocz niejadka Jagny) kupil bufet "jedz ile chcesz" za 250bathow. to co przechodzlismy przez nastepne godziny jest niedoopisania! kazda danie z bufetu prepyszne:zieminaczki, wieprzownia, szaszlyki, kurczaki, rybka, puree,curry, saltki, owoce i na koniec lody. i tak kilka razy. do rana nikt nie byl w stanie sie ruszyc. prawdziwa ekstaza jedzeniowa

smutny czas rozstania. Aga, Luis i Patryk wracaja juz do domu. smutno. wspaniale sie z nimi podrozowalo mimo ze czasem twierdzilem inaczej:) to byl naprawde kawal przygody. mam nadzieje, ze jeszcze kiedy bedzie okazja do wspolnej wyprawy.

z Jagna jeszcze jezdzilismy na skuterze i wylegiwalismy sie na plazy przez 2 dni na Phuket co zaowocowalo moim calkowitym spaleniem ciala, ktorego skutki odczuwam do dzis (3 dni potem). przezylem tez pierwsza nauke surfingu i ku mojemu zdumieniu utrzymalem sie na fali przez kilkanascie sekund. to trzeba powtorzyc.
Jagna super dopasowala sie do naszej skromej ekipy i czesto podejmowala prawdziwe meskie decyzje:) zabrala moja torbe pamiatek i stopem odejchala 2 dni temu. szkoda ze zostaje sam...
bde tesknil za Wami druzyno hehe

na phuket zostaje miesiac bede trenowal muay thai czy jak kto woli boks tajski. piszac to ledwo juz moge ruszac rekami, ale jak to wszystko wyglada opisze pozniej...

pierwszy etap podrozy zakonczony. udany w 150%. bylo troche smiesznie troche strasznie, ale kazdy dzien byl wypelniony przynajmniej jedna przygoda:)
obolaly pozdrawiam wszystkich

p.s. malo zdjec, reszte robila jagna, a zapomnialem od niej zgra:/

25 sierpnia 2009

Do Kambodży!



opuscilisy miasteczko rozpusty vang vieng i szybko stopem dotarlisy do stolicy Laosu, Vientianne. Gdybym nie wiedzal wczesiej, ze to stolica to pomyslal bym ze to jakies wieksza miescina na trasie. zadnych wysokich budykow, nic nowoczesnego. jest niby luk triumflny, brzydki palac pezydencki, ale calkiem mila atmosfera i ceny nizsze niz w innych czesciach kraju. tani czteroosobowy pokoj byl juz zamieszkany przez pluskwy na czym najbardziej ucierpiala aga i luis mimo 3 krotnej nocnej kapeli i noclegu na ziemi na korytarzu.

w Vietianne nie ma za duzo atrakcji.mozna jak wszedzie pojedzic na rowerze, zobaczyz zlota stupe, najwazniejszy, ale niezbyt imponujacy, zabytek laosu i zjesc moze troche lepiej. w ramach naszego krotkiego rozstania, zjedlismy steki z frytkamim i ruszylem w dluga podroz do Bangkoku. Znana w roznych kregach Jagna podjela spontaniczna decyzje i dolacza do nas na miesiac, wiec ktos musi odebrac ja z lotniska:) Jakims cudem udalo mi sie przekroczyc granice na starej wizie nie placac. potem tylko 14h w trzeciej klasie pociagowej i juz Bangkok:) pociagi sa tu podzielone w zaleznosci od predkosci jazdy i zwykle maja 3 klasy. wszyscy biali podrozuja pierwszych dwoch,a my w trzeciej:) bo tajniej i bardziej swojsko, choc nie do konca wygodnie. taki paradoks troche, niby biedna trzecia klasa, ale filmik na laptopie zawsze mozna obejrzec;)

w Bangkoku tradycyjnie Apple Guest House, potem oczekiwanie 2h na autobus na lotnisko ktory nie przyjechal, odbior Jagny, mala petelka po glownych atrakcjach Bangkoku i tradycyjny tajski masaz dla zmeczonych podroznikow. najlepszy do tej pory:)

...a w miedzyczasie reszta ekipy spala do 13, potem caly dzien lapali stopa zeby przejechac dystans ktory pociag pokonje w 3h za 19 bathow:) ale zarobili 240b bo kierowca autostopu sie nad nimi zlitowal... ech przygoda:)

zeby dojechac do kambodzy z bangkoku w jeden dzien, trzeba obudzic sie o barbarzynskiej godzinie 4:30. na granicy zupelnie niespodziewanie spotykamy sie wszyscy w piatke! Kambodza wita nas deszczem i cenami specjalnie dla turystow, ale ludzi bardzo pozytywni i uprzejmi. pierwsze wrazenie duzo bardziej pozytywne niz w Laosie. minibusem przyjedzamy do Siam Reap, bazy wypadowej do najwikszego zabytku Azji Poludniowo Wschodniej, Angkor Wat. Mnosto tu farangow, ale miasteczko z bardzo fajnym klimatem. Garden Village to najtanszy hostel w miescie, gdzie noc mozna spedzic za bagatela 1$! bierzmy bambusowy pokoj z materacami, jest net za darmo i super restauracyjka z pysznym jedzeniem i piwem za... 0,5 $ zyc nie umierac:)

Wieczor potoczyl sie szybko. chyba nawet za szybko. spacer, bar, spacer, fish masagge (wklada sie nogi do basenu z malymi rybkami ktore zjadaja martwa skore ze stop), bar, w nim buckety (czyli plastikowe wiaderka z miszanka whisky i czegos), darmowe t-shirty, disco, kazdy wyladowal w innym miejscu, jazda motorem, proba odnalezienia hostelu, sen i... pobutka o 6 rano bo trzeba zwiedzac Angkor. ale to trzeba opisac osobno:)

zdjecia z tej czesci pojawia sie w nastepnym poscie, bo malo:)
Kambodza mimo ze rownie biedna co Laos jest naprwde pozytywym krajem co dziwi po calej, jeszcze swiezej histori, jaka przezyli mieszkancy tego kraju.

tym razem juz w piatke wszyscy pozdrawiamy:)

11 sierpnia 2009

Chillout w Chang Mai



Udalo nam sie wreszcie opuscic Bangkok. Noca dojechalismy do Pitsnulok i nastapil maly podzial. Aga z Luisem w ramach oszednosci spia na stacji ja z Patrykiem jak ludzie w hostelu:) Nastepnego dnia z opoznieniem spotykamy sie w Sukotai. To chyba najbardziej znane zabytkowe miasto Tajlandi. Pierwsza prawdziwa stolica Tajow. Bierzemy rowery i jeszcze przed przyjazem Agi i Luisa robimy maly rekonesans. Znajdujemy jedynego nie platnego budde przy ktorym potem cwiczymy lewitacje w powietrzu uwieczniona zreszta na zdjeciach.
Samo miasto nie powala. Podobne do wczesniejszej Ayutai tylko wieksze i slonie nie chodza po ulicy. Wieczorem wlaczyli lampy podwietlajace wszystkie zabytki. Ponoc robia to tylko w soboty. Nie moglismy wiec przegapic okazji "zbrukania" zabytkow, czyli naszego tradycjnego zwiedzania noca bez oplat za wstep. Razem z dwoma przyapdkiem poznanymi hiszpanko-boliwijkami pojechalismy w deszczy do oddalonego kilka kilometrow wielkiego siedzacego buddy. Niestety brama skutecznie uniemozliwia zrobienie nawet zdjecia temu olbrzymowi. No trudno. Przynajmniej zmoklismy i pojedzilismy w nocy po lesie:)

Nastepny dzien to autostop do Chan Mai. Udalo sie chod przesiadalismy sie kilka razy, ale na koniec mielismy okazje przejsc sie po takim prawdziwym tajskim targu.Patryk nawet kupil koszukle, bo do tej pory mial jedna od przyjazdu. Byla biala, teraz juz nie:) noca juz znajdujemy hostel. ceny jak w bangkoku,ale mamy dodatkowo wi-fi, mozemy sobie robic kawe i herbate ile chcemy i najlepsze, rowery i skutery do woli za darmo:)

W chang mai oprocz tego ze jest to baza wypadowa na bardzo popularne hill tribe trekking, czylinic innego jak odwiedzanie , "prawdziwych" gorskich plemion, ktore sa jeszcze nietkniete cywilizacja, ale codziennie wpada tam tysiac turystow, to jest rowniez miejscem gdzie robi sie kursy masazu tajskiego czy gotowania. Niestetety nie mamy na to ani czasu ani pieniedzy. Oprocz tego nic tu nie ma, jest mnostwo farangow ale za to przyjemny chill out:) Tej samej nocy spotykamy sie znow z Rudim i Fiona grajac w tajkim barze w rozne barowe gry. Z rozym skutkiem.

W sumie jednak cos jest w tym miescie. na przyklad ZOO ktore zwiedzamy caly nasteony dzien. Wzielismy rowery z hostelu. Jeden amerykanski, drugi tajski, trzeci nalezal do goscia ktory przyjechal na im z kambodzy, a czwarty byl z pierwszej wojny swiatowej.naprwde.
Zoo, chyba jedno z lepszych w jakim bylem. JEst ogromne i ma sie wrazenie ze to zwierzeta Cie ogladaja a nie odwrotnie:) arakcja Zoo jest Snow Dome, gdzie mozna zobaczyc prawdziwy snieg! niewiarygodne. dla Tajow to niezla gratka:) Bylo troche smiesznie a miejscami troche strasznie. Tukan ugryzl Luisa w palec. To bylo smieszne. Wieczorem bawilismy sie na Reagge street, gdzie pelno malych barow gra muzyke reagge wlasnie. byl akurat koncert jakiegos tutejszego zespolu. Covery reagge da sie zrobic chyba z kazdej piosenki:)

Dzis tylko ja sie zmobilizowlem i rana ruszylem "wspiac sie" na najwyzszy szczyt Tajlandi. wspinaczka z grubsza wyglada tak, ze wypozycza sie skuter i wjezdza sie droga na sam szczyt. Z racji tego ze lubie sobie urudniac rzeczy, to moj skuter nie mial lusterka, nie dzialal predkosciomierz i caly ledwo trzymal sie kupy. w polowie zabrkalo mi paliwa, wiec lapalem stopa na sama gore i o dziwo udalo sie. mgla, leje, ale jednak jest to srodek jungli. Mialem sobie zrobic trening wiec zbieglem na dol 15km do najblizszego skrzyzowania. Myslalem ze z widokow nici, ale miejscami mgla podnosila sie i odslaniala ogromne pasmo gor pokrytych jungla. do tej pory to byla najbardziej mistyczna czesc wyjazdu. Tam sobie bieglem i patrzylem na te gory i jungle... pieknie:)

W miedzyczasie reszta wstala i pojchali do pobliskiego Watu. ze na rowerach bylo za ciezko, to zostawili je przy zoo i pojchali stopem. Swiatynia okazala sie nie wypalem, za to w drodze powrotnej zazyli kapieli pod wodospadem. wrocili zadowoleni:)

ja na swoim skuterku w miescie dokonywalem cudow zeby nie stracic zycia. przyznam ze nie mialem takiej adrenaliny jeszcze podczas tego wyjazdu.

jutro ruszamy do Laosu. tam bedzie juz gorzej z netem, ale pewnie sie gdzies znajdzie:) Moze macie jakies pytania?:) Mial byc tu rainy season i owszem czasem pokropi, ale wogole to nie przeskadza, ba nawet wprowadza troche orzezwienia.
Pozdrawiamy wszystkich czytajcych i nie tylko:)

8 sierpnia 2009

Most na rzece Kwai



Bangkok jest pozeraczem czasu i pieniedzy, ale i tak jest fajny. Podjelismy decyzje ze we wrzesniu jedziemy do Myanmaru (Birmy). Jeszcze napewno cos o tym napisze, ale mysle ze bedzie to jakby podroz do przeszlosci. Nie ma tam bankomatow, nie dzialaja telefony komorkowe a w kraju panuje bezwzgledny reżim. Bedzie ciekawie.

W bangkoku poznalismy anglika Rudiego oraz kanadyjke Fione i razem z nami przeszli kilkudniowy szkole podrozowania po polsku. Czyli oszczedzaj gdzie sie da. Poniewaz na wize do Birmy czeka sie 2 dni postanowilismy zwiedzic szeroko pojete okolice Bangkoku. Pociagiem w 3 klasie za 17 bathow (1zl to niecale 10 bathow) pojechalismy do Ayutaia, dawnej stolicy Tajow. Stare miasto w calosci lezy na wyspie i tworzy kompleks kilkunastu swiatyn, kazda z innego wieku. Nawiasem piszac Tajlandia to stosunkowo mlody kraj, najstarsze, zchowane zabytki sa z XII wieku, takze Polska jest starsza:) W kazdym razie mimo tego, ze prawie wszystko zostalo zniszczone przez birmanczyow, rekonstrukcja jest calkiem udana. Najwieksza zabawa jest tutaj zwiedzanie wszystkiego na rowerze co zreszta uczynilismy. Nawet raz wjechalismy tylnym wejsciem przez co ominela nas oplata za bilet wstepu. 50 bathow do przodu:) Na wszytskich pocztowkach reklamujacych Ayutaie jest glowa buddy oplecion korzeniami drzewa. tylko glowa, reszta zginela w niewyjasnionych okolicznosciach. No i jest ta glowa, a wokol nich tlum turystow, wsrod nich nasza szostka i robimy sobie zdjecia. Tak niestety wyglada na swiecie kazde miejsce "z pocztowki". W Ayutaia mozna tez pogonic slonia na rowerze. doslownie.

Poniewaz autostop szedl nam do tej pory niezle, postanowilismy przedostc sie tym sposobem do Kanchanaburi, miasta w ktorym znajduje sie slynny most na rzece Kwai. Mimo ze ruszylismy juz pod wieczor i to w szesc osob udalo nam sie zlapac pick-upa ktory zawiozl nas 20km do... blizej nie okreslonej wioski. Teraz sytuacja: Noc. przy drodze stoi sześciu farangów machając ręką na przejeżdżające obok samochody. Dookoła nas chyba cała wioska próbuje z nami porozmawiać. Po tajsku. Przyjeżdża policja. z dwóch stron. odjeżdża. dzieci dają nam coca-cole. jest autobus, ale drogo 50 bathow, wiec machamy dalej. znow policja. pewnie sobe mysla "co my do cholery robimy w tym miejscu i czemu nie chcemy jechac autobusem?". "no money" mowimy. więc chcą nam dac kase na autobus! Korbhun-kap mowie (dziekuje, ale nie chce). No i konczy sie, ze policja każe autobusowi wziąść nas za darmo do nabliższego, większego miasta Sopan Buri. Chyba trochę przesadziliśmy z oszczędzaniem:) Tajowie są bardzo gościnni i pomocni, ale tylko Ci którym Farang nie kojarzy sie jedynie z bogatym turystą.

Myślałem, że dziś już nas nic więcej nie spotka. Jednak po zobaczeniu słonia chodzącego po ulicy z czerwonym, migającym światełkiem na tyłku wiedziałem że ta noc będzie wyjątkowa:) Po obejrzeniu największej tutejszej atrakcji, wieży, która nie wiadomo do czego służy, wbiliśmy się na live-music w wykonaniu tajskiego pop bandu. Wielka sala, kilkanaście drewnianych stołów, tylko my i zespół.
1 piosenka: zespół dostaje gromkie brawa i wyraźnie rozochoca się do dalszej gry
2 piosenka: bitwa na kostki lodu
3 piosenka: wychodzimy na parkiet i próbujemy tańczyć
4 piosenka: ja dołączam do zespołu i gram na bongosach, Aga z Patrykiem tańczą na stole
5 piosenka: Aga idąc do toalety nie zauważyła wielkiego basenu z wodą, który przecinał salę na pół. myślała że to jaśniejsze płytki. Luis w ramach solidarności wskakuje za nią
6 piosenka: zespół już dawno poszedł. został tylko jeden Taj z gitarą
7 piosenka: taj dał mi gitarę. pożępoliłem trochę, pośpiewałem i poszliśmy spać:)

działo się, trzeba przyznać. Już autobusem na drugi dzień dojeżdżamy do Kanchanaburi. Niestety zarówno miasto jak i most to typowy turystyczny magnes. Dla farangów wszystko droższe w tym bilet na pociąg który normalnie kosztuje z 15Bth dla nas 100! bezczelne. Za toną turystów kryje się jednak dramatyczna i smutna historia budowy kolei śmierci, która miała pomóc japończykom w transporcie sprzętu wojennego z tajlandi do birmy. Podczas jej budowy w bestialskich warunkach zginęło prawie 100 tys ludzi w tym 16 tys jeńcow wojennych m.in z angli i australii. Niestety przez zbytnie uturystycznienie tego miejsca nie da poczuć się ducha histori.

Nie udaje nam się tego dnia dotrzeć do parku narodowego Erawan, który był naszym kolejnym celem. W zamian tego nocujemy w obskurnym hotelu i kończymy dzień grą w "Asshole" czuli dupka. Wcześnie rano ruszamy do Bangkoku żeby zdążyć odebrać wizę do Birmy i pod wieczór wreszcie udaje nam się opuścić miasto kierując się na północ koleją do Sukothai. Do Bangkoku wrócimy za niecały miesiąc.

2 sierpnia 2009

Pijawki w Kao Sok



Tropical infection of the ear. w przewodniku wyczytlismy ze to choroba na ktora czesto zapadaja nurkowie. tym razem nurek Luis. juz wieczorem przed opuszczeniem Ko tao nazekal na bol uszu potem bylo tylko gorzej. na staly lad doplynelismy night boatem, byla to najtansza mozliwosc ale w rzeczywistosci calkiem wygodna. dwa poklady w calosci zapelenione lozkami jedno przy drugim tyle tylko ze lezac na plecach lezalo sie juz czescia ciala na drugim lozku, takie byly male. dobrze ze nie bylo 100% obsady bo bylo by zabawnie.

Potem musielismy sie potargowac o autobus i jedziemy do Kao Sok, ponoc najstarszej dzungli na swiecie. Jej opis brzmi zachecajaco: mnostwo zwierzat, lamparty, tygrysy, niedzwiedzie, slonie, raflesia - najwieksze kwiaty na swiecie, wodospady, rzeki i inne. wyprzedzajac fakty zobaczylismy tylko dwa ostatnie, co nie zmienia faktu ze przygoda byla przednia. aha, przewodnik nie wspominal ze glowna atrakcja sa pijawki...

zakwaterowalismy sie w drewnianym bungalowie w Jungle Hut. w dwojce w trojke, do tej pory nam sie udaje w ten sposob troche zaoszczedzic,a lozko spokojnie miesci 3 osoby. Luis steka od kilku godzin, nic nie slyszy i widac ze naprawde go boli. Sara z Bartkiem ktorzy maja dojechac pozniej przywioza mu krople do uszu, a ja z Aga poniewaz za bardzo nie mozemy mu pomoc, idziemy na pierwsza przygode do jungli:)

Jungla choc na poczatku idzie sie asfaltowa sciezka i schodami po chwili zamienia sie w taka filmowa dzungle. znowu dziwne odglosy (cos w rodzaju glosnej, skrzeczacej trabki), bambusy, liany, most wiszacy nad rzeka, sciezka robi sie co raz mniej wyrazna. wreszcie tabliczka "szlak zamkniety od 1 czerwca do 14 grudnia" . czemu do 14go akurat? nie wiem. w kazdym razie idziemy dalej:) sciezka juz nie jest ewidentna, widac ze od dawna nikt nia nie chodzil. przekraczamy male strumyki, mijamy tabliczke z napisem "beware of wild elephants", kilka pajeczyn i po godzinie sciezka urywa sie nad brzegiem rzeki... wracamy, szukamy innej drogi, ale wszystkie inne sciezki wyraznie wydaptane sa nie przez czlowieka. mamy juz wracac, gdy dostrzegamy ze po drugiej stronie rzeki sciezka idzie dalej! no to zdejmujemy buty i idziemy... o fuck! na nogach i w butach pelno pijawek! Aga panika, po pierwsze ze nie da sie ich strzepnac bo sa przyssane bardzo mocno. po drugie jak jakas sie nie przyssala i chce sie ja strzepnac to przyssysa sie do palca co jest jeszcze bardziej irytujace. jakos udaje nam sie oderwac wszystkie co potem kosztuje nas tamowniem krwotokow przez nastepne godziny. Pijawy wpuszzaja taka substancje ktora zapobiega krzepnieciu krwi , wiec najlepszym wyjsciem jest poczekac az sama odpadnie jak sie naje:) problem pojawia sie jak ma sie ich np 15 jak w moim przypadku.

Rzeke przekroczylismy jeszcze 5 razy, z kazdym razem w co raz silniejszym nurcie. napotkalismy tez sporo dziwnych sladow zwierzat. niestety na ostatniej przeprawie, kilkaset metrow przed celem - wodospadami, zawracamy. wedlug mnie rzeka byla juz za niebezpieczna, Aga wiadomo chciala isc:) potem okazuje sie ze bylismy naprawde blisko. w chatce okazuje sie ze 3 pijawki dotarly w okolice mojego prawego posladka. jak? nie mam pojecia.

Drugiego dnia Luis czuje sie lepiej i w piatke ruszamy zrobic dlugi szlak, zhaczajac o wspomniana raflesie (o tej porze roku jest zgnila i wyglada kiepsko) i kilka wodospadow. szlak znow zamkniety, tym razem z powodu stada dzikich sloni, ktore ponoc sa bardzo niebezpieczne. zignorowalismy niebezpieczenstwo:) jednak po ktorejs z kolei "autostradzie", gdzie wszystkie drzewa sa powalone a dookola pelno naprawde duzych kup, odpuszczamy. Aga oczywiscie poszla by dalej:) jungla znowu wygrala.

mimo wszystko przygoda przednia. je jestem z siebie dumny bo mimo strachu przed wszelkim robactwem wykazalem sie sporym opanowaniem hehe:)

Do Bangkoku postanawiamy sprobowac wrocic autostopem. razem z nami jedzie pol japonka pol szwajacarka Hiromi, nazwana przez nas Hiroszima, bo latwiej zapamietac:) Stop okazuje sie wspanialy. Tego dnia robimy ponad 1000km, raz na pace pickupa, raz w srodku ciezarowki wiozcej najbardziej smierdzace owoce swiata - duriany. po drodze jeszcze ogldamy mumie jakiegos znanego mnicha. zmieniaja jej ubrania co rok. creepy:/ Nocujemy w Petchamburi, wielkim miescie, pelnym buddyjskich Watow, a ktorym jestesmy chyba jedynymi Farangami. Pierwsze spotkanie z malpami konczy sie zaatakowniem Agi i kradzieza reklamowki z chrupkami. Malpy sa naprawde bezczelne.

W bangkoku spimy w naszym hostelu. odebralismy Patryka z lotniska i zaliczylismy kino. przed kazdym seansem puszczaja hymn i krotki filmik o kochanym krolu (trzeba stac na bacznosc). btw. polecam film Hangover (pol:Kac Vegas), dawno sie tak nie usmialismy w kinie:)

Dlugi ten opis. mam nadzieje ze nie zanudzilem:) teraz chyba jedziemy do kambodzy, choc do konca nie wiadomo. pozdrawiamy!!!

26 lipca 2009

Welcome to Paradise!



WYSPA. idealna. bialy piasek, palmy, skaly, dzungla, woda w kazdym odcieniu blekitu i zieleni. pieknie. tyle ze turystow duzo, i kazda lepsza plaza zabudowana bugalowami z widokiem na morze. sa dwie drogi asfaltowe, 3 male misateczka i tysiac resortow a do wiekszosci z nich mozna dotrzec taksowka, czyli mala lodkom z wielkim silnikiem. mozna tez zrobic trekking i dotrzec do wspanialych plaz na nogach co oczywiscie zrobilismy. Luis oczywiscie twierdzi ze Minorka czy majorka jest tysiac razy ladniejsza, ale wszyscy oprocz niego sa zachwyceni. dla mnie, to najlepsza wyspa na jakiej bylem! nawet Wolin odpada.

ODGLOSY DZUNGLI. pierwszy dzien, oprocz tego ze lalo niemilosiernie i wszystko bylo smutne i mokre, byl wyjatkowy. ponoc gdzies dalej na polnocy tajlandi slonce zacmilo i najwyrazniej zwierzeta i wszystkie robaki sie o tym dowiedzialy. w nocy przez odglosy dzungli nie dalo sie spac. hitem byla ropucha ktora wydawala odlgos niczym wielki, spasiony, kot ktory tak sie obzarl ze nie moze sie ruszyc i tylko mialczy. wyobrazacie sobie?:)

NURKOWANIE. fantastyczne uczucie. zrobilismy kurs naOpen Water divera, 7 razy bylismy pod woda (w tym 1 w basenie z najgorsza widocznoscia). caly kurs to teoria, nauka obslugi sprzetu (jest to calkiem latwe), zagrozenia, czyli zatrucie tlenem, zatrucie helem, choroba dekopmresyja itd. zatrucie helem chcarkteryzuje sie uczuciem podobnym do bycia pijanym, tyle ze pod woda. wielu nurkow wlasne z tego powodu lubi nurkowac gleboko. zdarzaly sie przypadki ze nurkowie oferowali tlen przeplywajcej obok rybie, no bo jak ona moze oddychac pod woda?
pod woda z racji ze nie mozna rozmawiac opracowany zostal system miedzynradowych znakow pokazywanych rekami. mozna dzieki temu stworzyc calkiem udan konweracje. Luis przez 5 min probowal powiedziec mi ze mam swoje gluty na masce. niezrozumialem. kwestia doswidczenia mysle:) Aga nurkowala znakomicie, mimo ze balismy sie ze nie poradzi sobie i sie utopi. brawa dla Agniesi:)

RANO. z ciezka glowa ledwo wstajemy, bo nurkowanie to ciezka robota. ladujemy sie na pickupa z calym sprzetem i jedziemy do portu. potem rozklekotana, pomalowana na rozowo barka plyniemy na jeden z dive spotow. opalamy sie na dachu. skaczemy do wody, jemy owoce, ciastka (okazalo sie ze nocowal w nich karaluch) i ogolnie sie chilloutujemy. potem dwa nurkownia i wracamy. i tak kilka dni.

LUDZIE. jeszcze w Bangkoku spotkalimsy sie z Sara i Bartkiem, moimi dabrowskimi znajomymi i razem nimi jestemy caly czas na wyspie. w bangkoku poznalismy jeszcze kilu ich znajomych na ostatniej imprezce, ktora wszyscy czulismy caly nastepny dzien. nawiasem mowiac, klimat nie sprzyja piciu piwa. na kursie poznalismy kanadyjczyka, ktorego mama jest chinka a tata polakiem. piersze zdanie ktore powiedzial nam:"jak sie masz, lubie duze... truskawki". zaskoczyl nas.byl tez francuz, jamajczyk z dziewczyna angielka. naszymi instruktorami byli tajowie, nasz glowny o ksywie OFF nurkowal juz ponad 3000 razy i wyraznie ma podwyzszony poziom helu we krwi:) Jest tez Tomek z Tajska dziewczyna, sa znajomymi mojego brata i wszyscy razem poznali sie w USA. W tej chwili osiedlili sie na Koh Tao i prowadza maly bar z pysznym jedzeniem.

ZYCIE MORSKIE. jest tu naprwde duuuzzzoo ryb i innego dziwactwa. rekina nie widzielismy, ale cala obsade "gdzie jest Nemo" tak. jest szalona ryba ktora atakuje wszystko dookola, jest barracuda ktora pozera w calosci palce bo lubi swiecidelka (luis bal sie o kolczyka w uchu). jest cos co przyponina wielka, czarna kupe, tyle ze sie rusza, no i jest cale mnostwo korali, koraliczkow i innych kolorowych rzeczy.


dzis opuzczamy ten kawalek raju i ruszamy dalej na poludnie zglebic tajemnice najstarszego lasu tropikalnego i klifow wybrzeza krabi. ponoc strasznie tam pada i sa powodzie. bedzie niezla przygoda.

dzieki za komentarze i maile:) nastepna relacja z glebokiej dzungli. ciekawe czy bedzie tam net?:)

p.s. w koncu pisze po polsku. jak ktos ma czas i checi prztlumaczyc to na angielski bede wdzieczny. stawiam Changa!:) luis pisze wersje hiszpanska calkowicie pozbawiona obiektywizmu;)

20 lipca 2009

Bangkok Crazy Crazy!



Szalenstwo. Pierwsze slowo które przychodzi na mysl kiedy wyladuje się w centrum Bangkoku. Ulica Kao San ,na ktorej kreci się caly interes turystyczny , to taka szalona wersja zakopiańskich krupowek. Moza to kupic oprocz standardowych tajlnadzikch pamiątek, rowiez pamiątki z każdego innego kraju.można wyrobic sobie nielegalny dowod, karte ISIC a nawet dyplom ukończenia Oxfordu! Można kupic Male piwo Chang za 100 tajlandzkich Batow a knajpka wyzej sprzedaje dwa duze Changi w cenie jednegoJ za 80. Wreszcie można zjesc kiełbaski, rozne dziwy na patyku no i jest cale stoisko z… insektami. Pierwszy na ruszt poszedł karaluch (wysysa się odwlok), potem świerszcz (odrywa się nozki, ale Aga zjadla wszystko bo nie wiedziała) no a na koniec dwa rodzaje larw.pierwszy jak kiepskie frytki, drugi… był tak ohydny ze cudem nie zwróciłem. To był mój pierwszy i ostatni raz gdy zjadam robaki. Luis za to zjadl cala torebke larw. Ochyda.
To była pierwsza noc, ledwo przylecieliśmy do Bangkoku, znaleźliśmy maly, obskurny hostel w bocznej ulicy za 1,6 euro na glowe i wpadliśmy w wir szaleństwa.
Caly nastepny dzien odczywalismy Jet Lag;) przypadkowo napotkana Pani oswiecila nas, ze jest special Day, obniżki na low sezon, wszystko za darmo, tuk-tuk za 10B, daliśmy się skusic. Czy nas oszukano ciezko powiedziec. Fakt ze musielismy odwiedzic kilka sklepow z graniturami (kierowcy dostaja komisje za zawiezienie tam turystow) ale zwiedziliśmy wieksza czesc bankoku z jego świątyniami i posagami buddy w roznych możliwych pozycjach. Jest budda siedzący, budda lezacy
(największy w tajlandi).budda stojacy, golden budda, lucky budda i pewnie jeszcze ze 100 innych. Niektóre swiatynie buddyjskie (Wat) robia wrazenie, ale poki co trudno się przestawic na tak obca architekture. Kupilismy już bilety na Ko Tao za dwa dni (super okazyjna cena, czyli zrobli nas w konia) , jedziemy tam z moimi znajomymi którzy przyjada do Bangkoku za 2 dni.
Odwiedzilsmy tez największy ponoc na swiecie targ gdzie można było naprwde chyba kupic wszystko. Ja poprestalem na skorzanych japonkach i rzemyku, aga z Luisem kupili osmiornice na patyku J
Noca odwiedziliśmy Patpong czyli dzielnice sex turystyki. Nie mogliśmy odmowic sobie obejrzenia największej tutejszej atrakcji Ping Pong show. Proszę teraz uzyjcie wyobrazni i zastanowcie się co kryje się pod tytulami “spektakli”: smoking, shooting ballons, changing water… ja powstrzymam się od szczegółowego opisu.
Dzisiaj pływaliśmy kanalami, chodziliśmy po Chinatown, gdzie dziwne stworzenia można było wyłowić z akwarium i zjesc, spacerowaliśmy po dzielnicach gdzie nie spotkaliśmy zadnego Faranga (białego) , były tez parki i place gdzie ludzie masowo cwiczylu Tai Chi przed wizerunkiem krola. Ciezko to wszystko ograna. Dzialo się jeszcze duzo wiecej w ciagu tych trzech dni, ale to trzeba przezyc i zobaczyc na wlasne oczy!


Nastepna relacja z rajskiej wyspy.


Next stories in english:)