Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty

9 września 2012

7 dolin...

fot.Monika Strojny
100km. Taka ładna okrągła liczba. Zawsze kojarzyła mi się z wyzwaniem. Przejść 100km to jest coś. Przejść to non-stop to naprawdę trzeba samozaparcia. Przebiec 100km to już dla twardzieli. Ale ścigać się na 100km to nie mieści się w ramach sensu. Chciałbym napisać, że jestem w tej ostatniej kategori, ale to jeszcze nie mój czas...


Kilka lat temu ukończyłem słynny rajd pieszy na orientację na 100km Harpagan. Startuje w nim rok rocznie,a właściwie dwa razy w roku, prawie 1000 osób. Wówczas zakończyłem go w 17h zajmując 7 miejsce i pamiętam, że byłem z tego wyniku bardzo dumny. Lata mijają, ludzie trenują więcej,a miedzy nimi niejaki Maciek Więcek czy Michał Jędroszkowiak, którzy setki na orientację biegali co miesiąc często poniżej 12 h. W końcu ewolucja biegaczy w Polsce doprowadziła do ultramaratonów górskich na 100km. Od razu na czoło wysunął się Ultramaraton 7 dolin gdzie w szranki stają obecnie najlepsi ultrasi w Polsce i nie tylko. Nie jest to przypadek, bo do zgarnięcia za pierwsze miejsce jest 15 tysięcy polskich nowych złotych!
Pierwszy U7D przyciągnął zaledwie  kilkunastu zapaleńców. Rok później pojawia się już kilkuset i bieg wygrywa fenomenalny Jan Wydra, a wspomniany Michał Jędroszkowiak jest czwarty co wielu udowodnia że nie trzeba być maratończykiem czy profesjonalnie trenować, żeby liczyć się w walce o podium.
Rok temu wystartwała również Aga , która podobnie jak inne dziewczyny zupełnie się załatwiła.
W tym roku miało być wyjątkowo. Dużo więcej uczestników, wyższa stawka za wygraną i cała śmietanka ultrasów na starcie. Wszystkich gnębiło jedno pytanie "Czy Wydra wygra?" :)

Przebiegłem już 100km kiedyś w USA więc wiedziałem, że dystans to nie problem. Chodzi jak zawsze o czas. Założyłem, że złamanie 12h jest w moim zasięgu. Fakt, że nie trenowałem za wiele ostatnio (zresztą rzadko kiedy udaje mi się regularnie trenować) i taki czas może się wydawać trochę wyśrubowany. Ostatecznie założyłem standardową taktykę "pożyjemy, zobaczymy", albo raczej "pobiegniemy, zobaczymy"
W tym roku na starcie było sporo znajomych w tym liczna poznańska ekipa. Aga liczyła nawet po cichu, że załapie się na jedno z premiowanych miejsc.

Czas do startu minął szybko i ruszyliśmy z kopyta  jeszcze w nocy zaczynając całą zabawę w centrum Krynicy. Starałem się zacząć nie za szybko, chociaż zawsze mam ochotę gonić czołówkę z którą na moim poziomie na razie nie ma sensu się porównywać. Pierwszy podbieg i już stawka się mocno przerzedza. Mijam Michała Jędroszkowiaka, który o kijkach i ponoć z kontuzją podchodzi do góry. Potem zastanawiałem się po co startować z kontuzją, ale niektórzy chyba potrzebują takiej dawki energii jaką dostaje się tylko na zawodach niezależnie od stanu fizycznego. Zauważam, że ewidentnie na zbiegach mijam większość biegaczy i idzie mi to bardzo sprawnie, natomiast na podbiegach/podejściach jestem zupełnie bezradny. Potwierdza to moje doświadczenie z czerwcowego Biegu Marduły i tej zimy zamierzam mocno popracować nad poprawą siły biegowej. Z każdą godziną człowiek staje się co raz bardziej osamotniony na trasie. Tempo mam dobre i wydaje się, że jestem w stanie na te 12h skończyć. Niestety po 66 kilometrze zdecydowanie tracę moc. Dochodzi mnie i wyprzedza pierwsza kobieta, potem druga. Na podejściach brakuje mi mocy i tylko nadrabiam zbiegami. Jeden z biegaczy mija mnie chyżym truchtem na jednym ze stromszych podbiegów. Jestem zaskoczony. Potem okazuje się, że owszem jest w stanie biec pod spore stromizny nawet na 80km, ale w dół musi praktycznie schodzić, bo skurcze nie pozwalają na nic innego.
Ostatecznie jakoś dochodzę do ostatniej stacji i motywuje się do biegu tak, że na kilka kilometrów przed metą udaje mi się wyprzedzić 4-5 zawodników. Ostatecznie po 12h 32min dobiegam na metę łapiąc się na 5 miejsce w swojej kategorii wiekowej i dodatkowo zgarniając 200zł, moje pierwsze pieniądze w biegowej karierze:) Aga wpada niecałe 2h później jako piąta kobieta w ogóle, zarabiając bagatela 2000zł :)

Zawody wygrywa doświadczony ultras Nemeth Csaba, przed "nową nadzieją polaków" Marcinem Świercem i zeszłorocznym zwycięzcą Janem Wydrą. Największym zaskoczeniem jest chyba 4 miejsce naszego znajomego Kuby Wolskiego, który nie dość, że pokonał wielu znanych ultrasów to do tego złamał 10h. Próbując wytłumaczyć ten fenomen doszedłem do wniosku, że w ultramaratonach naprawdę liczy się motywacja i psycha, a ciało musi się jedynie przekonać, że da radę pobiec szybciej;) I mam nadzieje, że swoje ciało też wkrótce do tego przekonam:)


5 października 2011

7 dolin z perspektywy kibica

fot.Ola O. przyszła super-fotografka

nóg nie czuje, serce przyspieszyło chyba do maxHR i choćbym z całych sił próbuję to nie mogę dogonić tego ryżego dzieciaka lat chyba 12, który finiszuje kilkadziesiąt metrów przede mną. porażka. czuje się jak przejechany pociągiem, a "przebiegłem" tylko 2,6 km pod górę. Jedyny pozytyw to taki, ze utwierdziłem się w przekonaniu, że start w Ultramaratonie 7 dolin by mnie prawdopodobnie zabił:)

Rajd Wertepy z trudem, bo z trudem, ale jakoś przeżyłem. Teraz zbliżał się wielkimi krokami tzw. start sezonu w ultra w Krynicy i naprawdę bałem się, że nie podołam. Wyprawa widocznie odcisnęła dużo większe piętno na mnie niż myślałem. Co z tego, że jestem lekki skoro straciłem tez sporo mięśni, które tę lekkość mogą pod górę pociągnąć. Przekonałem się o tym drastycznie własnie na Biegu na Jaworzynę Krynicką. Zdecydowałem chyba słusznie, że nie wystartuję w Ultramaratonie i w zamian pobiegłem na "krótkiej i lekkiej" trasce, która wypruła ze mnie flaki. W sumie dobiegłem na 21 miejscu ze stratą 7 minut do prowadzącego. Zarobić taką stratę na 2,5 kilometra to naprawdę wybitny sukces:/

Resztę czasu spędziłem na ostatnim punkcie odżywczym ultramaratonu obserwując jak przebiega rywalizacja. Jeszcze zanim dotarłem minąłem biegnącego już na metę Jana Wydrę, który bynajmniej nie wyglądał jak superbohater który nad kolejnym zawodnikiem zrobił 40 minut przewagi! Potem pojawił się Maciek Więcek, ale zdecydowanie bardziej obolały niż Wydra. Następnie starszy, doświadczony biegacz Swoboda, a nie długo potem totalnie zmasakrowani Piotrek Hercog i Flekmus. Kiedy pojawił się wesoły i ciągle biegnący Michał Jędroszkowiak vel "człowiek słoninka" to wiedziałem, że ich zdąży dogonić i rzeczywiście na metę wbiegł czwarty. Była też Magda Łączak z ukrytym motorkiem w tyłku, bo inaczej nie da się wytłumaczyć dlaczego zajęła 8 miejsce w generalnej klasyfikacji! gratulacje! Zaskakująco dużo znajomych twarzy brało udział w ultramaratonie. Byli m.in. znani z innych postów Bela i Grzesiek Łuczko, byli inni rajdowcy i oczywiście była Aga z którą dokuśtykałem do mety. Dokuśtykałem, bo zdążyła sobie skontuzjować kolano do stopnia "niechadzalności" i mimo wszystko jeszcze pobiegła do końca. Pozostawiam bez komentarza wole walki Agi i innych dziewczyn zresztą też. Tylko dodam, że trzy z  nich które znam albo zemdlały kilka razy wieczorem po zawodach albo rzygały cała noc (bo wymiotami się tego nazwać nie da). Ze zmęczenia. Jakoś nie przypominam sobie żebym kiedyś doprowadził się do takiego stanu... gratulować czy pożałować?:)

p.s. fotki chociaż próbowałem kilka razy za Chiny nie da się obrócić:)


28 maja 2011

KIERAT na letko

fot.Jacek Deneka


Buty mokre, nogi zabłocone, środek nocy i dookoła na stokach stromego lasu kilkanaście chaotycznie świecących czołówek. Każdy szuka czegoś co na mapie widnieje jako „Diabelski Kamień”. Nie ma go raczej tu gdzie powinien być no ale gdzieś być musi więc biegamy w te i wew te licząc na cud odnalezienia. Ktoś na szczęście znalazł i był na tyle łaskawy, że przekazał wieść innym. Jest tam daleko na górze. Kamień, do diabła.

To dopiero trzeci punkt, a mamy już za sobą dwa głupie błędy nawigacyjne. Wszystko z powodu tak zwanej sugestii grupy. Zgodnie z przysłowiem „jedzcie g*wno, miliony much przecież nie mogą się mylić” pobiegliśmy tam gdzie grupa przed nami zamiast tam gdzie trzeba. Daleko z przodu cała śmietanka z Maćkiem Więckiem i Michałem Jędroszkowiakiem na czele. Są navigatorzy, jest stary znajomy z wielką łydą Irek Waluga, są mocni lokalsi i cała gama silnych zawodników. Razem z nami napiera  Ola Dzik, która dzielnie walczy i przygotowuje się do wyprawy na Gasherbrum.
Czołówka narzuciła ostre tempo od samego początku i szybko znikają z pola widzenia.  Choć mnie, aż stopy świerzbią żeby ich gonić postanawiam trzymać się razem z Agą i zacząć spokojnie.  Plan to powolutku łykać kolejnych zawodników i zacząć wyścig od połowy. Jak Scott Jurek.  Na razie jednak wszyscy nas łykają. Na drugim punkcie jesteśmy poza pierwszą 50siątką. Nie wygląda to dobrze. Napieramy jednak żwawo nie popełniając już większych błędów w nawigacji. Nocą biegnie się szybko, a dzięki dużemu zagęszczeniu zawodników  na początku cały czas spotyka się kogoś ciekawego.  A to chłopaki traithloniści, a to jakiś gość co opowiada jak nienawidzi litwinów, ale rok rocznie jeździ do Wilna na maraton. Gdzieś tam znajoma twarz, chłopak z którym startowałem w przywoływanej już „ekstremalnej dwójce”. Wreszcie łączymy się z Wojtkiem, który startuje w Kieracie po raz 3 i zna tereny na wylot. W połowie trasy, na 50tym kilometrze i po 7,5h napierania meldujemy się już na 18stym miejscu! Trochę zawodników łyknęliśmy. Do tego zaraz przed nami jest pierwsza kobieta na trasie – Justyna Frączek z zespołu code34. Pojawia się zatem cel tego biegu, powalczyć o pudło w kategorii kobietJ Agnieszka startuje po raz pierwszy na tak długim dystansie do tego w od razu w górach. Ja czuję się świetnie i zaczynam zbiegać stromą ścieżką ze świadomością, że wyścig dopiero się zaczyna. Niestety nogi Agi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Najpierw skurcze które ograniczają zbiegi, a potem jeszcze gorzej. Na jej odmoczonych stopach pojawiło się kilka odcisków, które podczas biegu asfaltem pękły… Przymusowy postój na zmianę skarpet. Kiedy zobaczyłem jak to  wygląda to mnie zmroziło. Trochę jak scenka z filmu GORE. Dla mnie oznaczałoby to jedynie rezygnację, dla Agi jedynie powód do mocniejszego zaciśnięcia zębów. Na następnym punkcie sporządzam prowizoryczne opatrunki  z plastrów compeed i folii po bułkach z serem. Przechodzimy z biegu do chodu i tak już niestety do przedostatniego punktu. Zaczęli łykać nas, ale to w sumie nic dziwnego skoro nie biegniemy. Trasa zaczyna się dłużyć. Mnie zaczyna łapać typowy sleepmonster, czyli zasypianie niezależnie od okoliczności. Przysypiam co kilka kroków. Zapijam jednak guaraną extreme,  zrobił się dzień i wszystkie potwory uciekły. Dreptamy sobie pod górkę i z górki nadrabiając bieganie kreatywną nawigacją z pomocą Wojtka.  Aga cierpi bardzo, aż momentami serce się kraja. Przestajemy przejmować się samymi zawodami i odliczamy kolejne kilometry w kierunku mety. Kolejny postój niedaleko jednej z licznych tu, odciętych od świata wsi. I tu zdarza się cud. Trudno powiedzieć  czy z pomocą końskiej dawki guarany, magnezu i środków przeciwbólowych czy też z pomocą siły wyższej. W każdym razie Aga zaczyna BIEC. I to całkiem żwawo, a nie typowym ultramaratońskim świńskim truchtem. I tak biegniemy i zaczynamy łykać kolejne zespoły. Chłopaków z Compassu co zatrzymali się na piwko w sklepie. Potem Wojtka i Zbyszka z bikeboardu którzy długo z nami szli, a potem z nudów przyspieszyli i zostawili nas z tyłu. Potem jakiegoś pojedynczego gościa. I nagle okazało się, że możemy złamać  18 godzin. Ostatnie 5 kilometrów zbiegu finiszujemy na maksa. Widać Limanową, widać kościół, przyspieszamy, jest most, jest dom kultury i jest Meta!  Trzeba jeszcze dotrzeć do małej salki, odebrać bezceremonialnie wyręczany dyplom i medal i koniec. 18h i 4 minuty.
Zajmujemy odpowiednio 24 i 25 miejsce na 578 startujących. Aga mimo, że przybiegła jako czwarta kobieta (trzecie była czeszka) dostaje puchar i tytuł drugiej vicemistrzyni w mistrzostwach Polski pieszych maratonów na orientację.
Skłamałbym gdybym napisał, że jestem zadowolony z wyniku. Nie ma sensu zastanawiać się co by było gdybym ścigał się od samego początku. Udowodniłem sobie tylko, że przebiegnięcie 100 kilometrów nie musi wiązać się  z bólem i cierpieniem, ale może być zaskakująco przyjemnym doświadczeniemJ Dzięki wszystkim, znanym i nieznanym osobą spotkanym na trasie za wspólną walkę i niezłą zabawę. Za rok wracam i walczę o pudło;)

p.s. jakieś nasze zdjęcia może pojawią się w późniejszym czasie
p.s. +3 punkty do UTMB;)

27 grudnia 2010

Nocna Masakra


Srodek nocy. ciezko stwierdzic jak niska jest temperatura, ale sadzac po skrzypiacym sniegu i parze ust ktora zamarza w kilka sekund to pewnie ponizej -15.na nogach letnie adidaski i bieginiemy w puchu przez srodek pola uprawnego. dookola mgla i mam wrazenie ze za chwile wyjdzie z niej muminkowa Buka. Na sama mysl przechodza mnie dreszcze. Lepiej przyspieszyc. To juz ok 30kilometr biegu na orientacje zwanego wymownie Nocna Masakra. 
Po powrocie zza oceanu i 3 dniach spedzonych w domu pojechalem do Poznania. Z jednej strony chcialem sie oczywiscie spotkac z przyjaciolmi z drugiejm, wystartowac wlasnie w Nocnej Masakrze. Tak na zakonczenie sezonu, zobaczyc jak wypadne na tle polskich napieraczy. W Poznaniu wiadomo czas nie sprzyjal treningom, bardziej imprezowaniu  wiec postanowilem ze zamiast walki na 100km, bardziej honornym dystansie, wystartuje na 50 kilometrow. tak sie zlozylo ze na start wybiera sie rowniez Grzesiek Luczko, znajomy blogger i niezly biegacz a ostatnio wlasciciel sklepu internetowego dla biegaczy Natural Born Runners. Razem z nim kolega Bela ktorego mozna podziwiac na okladze ostatniego numeru magazynu Bieganie;) W takim wlasnie doborowym towarzystwie pojechalismy sie "zmasakrowac"
Biegi na orientacje sa w Polsce bardzo popularne. Tych na 100km jest ok 14 w ciagu roku z najslyniejszym Harpaganem w ktorym startuje corocznie kilaset osob. Zwykle limit ukonczenia wynosi 24h,ale najlepsi dystans pokonuja w 10-14h w zaleznosci od warunkow.  Kiedys startowalem w harpaganie i mimo tego nie trenowalem wtedy biegania, ukonczylem go na siodmym miejscu z czasem ok 17h. Zwykle nadrabialem slaba lyde, dobra orientacja w terenie. Teraz na szczescie wzmocnilem nieco lyde;)
Nocna Masakra jest jednym z najtrudniejszych tego typu biegow na orientacje. odbywa sie w nocy i czesto warunki sa bardzo trudne do tego odbywa sie w formie scorelaufu czyli punkty kontrolne ktore trzeba odwiedzic zalicza sie wedlug wybranej przez siebie kolejnosci. Oznacza to ze optymalny wariant pokonania trasy ma decydujace znaczenie czy zawody sie wygra czy wogle ukonczy. No i wiadomo ze najlepiej jest przebiec ile sie da:)
Zdecydowalismy ze pobiegniemy w trojke. grzesiek ma najwieksze doswiaczenie w rajdach, ja to troche biegam i sie w miare orientuje a Bela jest niezlym maratonczykiem, takze w jednosci sila. 
Nie ma co opowiadac przebiegu calego rajdu kilka tylko uwag dla startujacych. aha, bo zapomnialem dodac ze wygralismy, dlatego pozwole sobie napisac "uwagi dla praganacych poscigac sie w Nocnej Masakrze na 50km"
-  najwieksza roznica miedzy trasa na 100km jest taka ze mamy ulatwione zadanie. wlasciwie cala trasa jest przetarta i w zdecydowanej wiekoszsci, wiecej sladow oznacza lepszy wariant. jednak nie zawsze. najlepsi zawodnicy na 100km/50km czesto ida na azymut i mozna to wykorzytac. tam gdzie uwazasz ze mozna trase skrocic idac na azymut, prawdopodobnie ktos o tym pomyslal wczesniej ,wiec sa slady. jezeli nie, lepiej isc na okolo. 
- jezeli jestes dobrym biegaczem to lepiej wybrac okrezna trase po wiekszej, dobrze przetartej drodze niz brodzic w 30cm sniegu.
- buklak zamaraza, a brak plynow oznacza mniej sily/ odwodnienie/ wolniejsze tempo itd. najlepiej wybrac maly plecak ktory nosi sie pod spodem wierzniechniej kurtki/softshella. ustnik buklaka zamarza najszybciej, trzeba go rowniez trzymac wewnatrz kurtki. Nie ma nic gorszego niz dziwagac 1.5l bezuzytecznego, zamaraznietego izitonika
- waga. mniej rzeczy, oznacza szybsze tempo. ja mialem 2l buklak, kurtke wiatrowa, zapasowe rekawiczki, 2 batony i 3 zele eneergetyczne. Chlopaki mieli duzo ciezsze plecaki, ale nic wiecej wlasciwie nie uzywali(dzieki Grzesiek za dzwiganie moich getrow;). jezeli sie ruszasz to niezamarzniesz. light&fast:)
- nie zatrzymywac sie. najwiecej czasu traci sie na punktach kontrolnych, bo a to sie trzeba napis, a to zjesc, zawiazac buta i schodzi pol godziny. wszystko trzeba robic w marszu, grunt to napierac do przodu.
- nalezy walczyc do konca, bo nigdy nie wiadomo na ktorej sie jest pozycji. My na przedostatim punkcie zroientowalismy sie ze jednak mozemy nie wygrac:) wiec przyspieszylismy
W sumie zajelo nam to 8h27min. Bieglismy jakies 70-80% dystnansu, czasem tempem maratonskim jakie zarzucil Bela, ale na szczescie krotko bo bym nie wytrzymal;) Mozna bylo szybciej, ale dzieki temu ze sie bardzo nie napinalismy na drugi dzien czulem sie juz zupelnie ok. Tylko ten odcisk...

Jezeli ktos ma pytania odnosnie takich biegow to w komentarzach.
Nie powiem zeby wygrana nie poprawila troche mojej nadszarpnietej ambicji;) dobre zakonczenie sezonu.
Nad sensem biegania w takich zawodach, gdzie placi sie 40zl, biega sie w srodku zimowej nocy i nic nie wygrywa (oprocz malutniego pucharka) lepiej nie rozmyslac. bo chyba go nie ma:)
p.s. Zdjecia zrobione przez Szymona Szudlarka

5 grudnia 2010

DNF



Te trzy litery widnieja przy moim nazwisku na liscie wynikow. Znienawidzony przez wszystkich zawodnikow skrot od "Did Not Finish". Nie wiem co wlasciwie sie stalo. Nie wiem na co moge zawlic wine. Sa poprostu takie dni kiedy wszystko idealnie sie uklada, a sa kiedy nic. Tak jak dzisiaj. Czy to przez te badania? przez to ze spalem 2h tylko? czy moze przez tabletki, ktorych nigdy nie bralem a mialy pomoc moim miesnia przezwyciezyc bol? Pokladalem ogromne nadzieje w tych zawodach. Przebieglem przeciez 50 mil w Squamish w 9h i od tego czasu sporo trenowalem, mialem wiec nadzieje ze bede mogl powalczyc o 8-8.30h. Stresowalem sie bardziej niz zwykle, ale zaraz przed startem udalo mi sie wyluzowac. Milem tylko dziwnie wysokie tempo. Start o 5:07! Ruszylem zaraz za Kasia ktora przyczepila sie czolowki kobiet. Od razu stawka sie rozciagnela z jakas 30sto osobowa grupa z przodu. Tempo ostre. Mialem wrazenie, ze wszyscy zapomnieli ze to bieg na 50mil a nie 10km i do tego biegiemy pod gore! Oddycham powoli, ale zerkam na pulsometr a tam wartosci ktore osiagam zwykle na finiszu ostrego, szybkiego treningu. Cos jest nie tak. Zwalniam, ale tetno wcale nie spada. Kasia juz mi uciekla. Na zbiegu troche odzyskuje sile, ale tetno caly czas bardzo wysokie. Mam nadzieje, ze uspokoi sie troche i potem zaczne gonic. W pewnym momencie trasa wiedzie wzdluz klifow nad oceanem. Akurat jest wschod slonca. Przepieknie. Niestety czuje ze nogi juz zaczynaja mnie bolec a to dopiero poczatek trasy! Kolejny, choc lagodny podbieg zakosami na szczyt gory. Normalnie taki podbieg wogole nie sprawilby mi problemu, teraz walcze z soba zeby nie zaczac isc. co sie ze mna dzieje? Zaczyna padac deszcz. mam dreszcze na calym ciele. Nagle dostaje dziwnej opuchlizny na rekach. czuje ze z twarza tez nie jest wszystko w porzadku. Potem skurcze ud. Chwile do zniesienia a potem tak silne ze musze stanac. Jestem w fatalnym stanie, podjerzewam ze przesadzilem z napojami enegetycznymu, gelami i tabletkami i teraz wychodzi. jakos dowlekam sie do przepaku. To dopiero 18 mila a ja jestem u kresu sil. przez 15min walcze z soba czy rezygnowac czy nie. Widze jednak tych kustykajacych zawodnikow, ktorzy wciagaja jakiegos precla i ida dalej i mysle ze nie moge sie tak szybko poddac. Ruszam dalej. To jedyny moment na tych zawodach z ktorego jestem dumny. Nawet moge troche pobiec, ale po chwili znowu lapia mnie kurcze. Po pewnym czasie mija mnie Kasia biegnaca w druga strone.Ma chyba juz godzine przewagi! Po kolejnych 12 milach zbiegow po zabloconej i sliskiej sciezce, a potem ostrego podejscia juz wszystko mi siada. Dochodze do przepaku na 32 mili po ponad 6 i pol godzinie. Zwyciezcy sa juz na mecie. Postanawiam ze nie ma sensu walczyc przez kolejne 5-6h po to zeby totalnie sie zajechac. Przebieglem juz kiedys 50mil, wiem ze moge. To po prostu nie byl moj dzien...
Jestem zly, smutny i strasznie zawiedziony. Myslalem ze bede walczyl z najlepszymi a przegralem nawet ze samym soba. Nie po raz pierwszy zjadla mnie ambicja. To straszne uczucie kiedy jest sie na lini mety, widzi sie tych potwornie zmeczonych, ale szczesliwych ludzi i miec swiadomosc ze mozna bylo byc jednym z nich.
Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, a zaczalem sie juz do tego przyzwyczajac.
Kiedys wroce do San Francisco i udowodnie sobie ze stac mnie duzo wiecej.

Kasia zajela znakomite 8 miejsce wsrod kobiet. Zwyciezylli, zupelnie nie spodziewanie, zawodnicy z Europy, z teamu Salomona. Dla mnie to byla ostatnia powazna aktywnosc przed powrotem do domu. Teraz juz tylko odpoczywam i zwiedzam.
Szkoda, ze nie udalo mi sie fajnie zakonczyc ten wyprawy. Moze to znak ze nie powinienem jej jednak wcale konczyc?;)
Pozdrowienia dla czytelnikow!

3 grudnia 2010

The North Face Endurance Challenge 50


Jutro wielki final mojej wyprawy. Ostatni okazja zeby sie porzadnie zmeczyc. Mimo, ze nie planowalem wycieczki do Kaliforni to dzieki wielu zbiegom okolicznosci stane na starcie chyba najbardziej konkurencyjnego ultramaratonu w USA. 10 tysiecy $ zwabilo najlepszych biegaczy ze wszystkich stanow i kilku zagranicznych twardzieli. Sa obydwoje zwyciezcy poprzednich edycji i rekordzista trasy Uli Steindl. Sa niesamowii bracia Skagg, jest mlody gniewny Dakota Jones, wreszcie Geof Ross, zwyciezca  i rekordzista trasy Western States i chyba naajlepszy ultramaratonczyk aktualnie na swiecie. Zabraknie niestety mojeo ulubienca, czlowiek ktory wyglada jak biegajacy Jezus (albo Forest Gump u konca swojego biegu przez USA) Anton Krupnicka.
Po stronie kobiet jest jeszcze lepiej i gdyby zadna nie byla ode mnie szybsza to nazwalbym to ogromnym sukcesem.  50 mil (okolo 82km) i ponad 6tys metrow przewyzszenia. super organizacja i doskonale zaopatrzone aid stations sprawia ze sa to naprawde szybkie zaody ultra. rekord to niecale 7 godzin.
Moim celem jest utrzymac tempo Kasi Zajac (twardej zawodniczki zespolu SpeleoSalomon) i byc na mecie szybciej niz w 9 godzin. moze powalczyc o pierwsza 20 stke? Zupelnie nie wiem czego spodziewac sie na starcie. Malo podbudowujcy jest fakt ze nie trenowalem ostanie 10 dni przez kontuzje, ale teraz czuje ze wszystko jest w porzadku. Bedzie walka. Moje poczynania mozna sledzic live na facebooku albo stronie organizatora. 

wczoraj rano zanim przyjechalem do San Francisco mialem kolejna porcje testow. Najpiew dmuchalem w rure przez 20min, potem pedalowalem podlaczony do EKG przez pol godziny, a nastepnie lezalem przez 90min z podlaczona dostawa 12% tlenu co symulowalo wysokosc 18tysiecy stop  (okolo 5500m npm).
to bylo troche meczace i rozbolala mnie glowa. dwa razy pobierali mi tez krew do analizy. Ogolnei rzecz biorac nie wiadmo czy wogle badania beda wazne, biorac pod uwage ze przez 1,5 roku znalezli tylko 4 osoby ktore mialy kiedys HAPE. w kazdym razie bylo ciekawie byc po raz pierwszy krolikiem doswiadczalnym.

Teraz jestem juz u mojego hosta z CS w domu w ktorym mieszkaja 3 dziewczyny i dwoch wesolych gejow. W koncu to San Francisco. Najabardziej chyba liberalne miejsce w jakim bylem. Mozna tu robic doslownie wszystko , chodzenia na golasa po ulicy wlaczajac.
trzymajcie kciuki, jutro Wielki Dzien!

24 sierpnia 2010

Gdzie jest Waldo 100km?


80 kilometr. Ostatnie zawody konczyly sie na tym dystansie, a teraz stoje u podnoza Maiden Peak 2384m, najwyzszego szczytu w okolicy.wszystko mnie boli, ledwo stoje na nogach i przed chwila cos mnie urzadlilo w noge i strasznie swedzi. Ostatnia moblizacja energi a potem juz z gorki do mety. jakos sie wtaczam na szczyt, widac cala trase pod stopami i gdzies tam daleko tytulowe jezioro Waldo. sila grawitacji, bo nic innego juz mi nie zostalo, pcha mnie ostatnie 14 kilometrow do finishu. biegne. i to wydaje sie ze calkiem szybko. mijam po drodze jeszcze kilku zawodnikow ktorzy nie maja juz sily korzystac nawet z grawitacji. biegne i biegne. wiem ze jak sie zatrzymam to juz chyba nie rusze z miejsca. ile jeszcze? moze za tym zakretem? nie. konczy sie las, moze teraz? nie. powaznie juz nie mam sily, a to ze mi sie po prostu nie chce to stwierdzilem 50 kilometrow temu.  rany! jest! ostatnie kilkaset metrow, lekko pod gorke. przyspieszam (jakim cudem?), dzwonia dzwonki ( a moze to w uszach?) , ludzie bija brawa. slysze przez glosniki moje nazwisko z wyrazym amerykanskim akcentem. na twarzy pojawia mi sie grymas przypominajacy usmiech. wpadam na mete: 12 godzin 45 min. Koniec. dalej sie nie ruszam.

Where is Waldo 100k? mimo malo powaznej nazwy sa jak najbardziej powaznymi zawodami. zjechali sie zawodnicy z roznych Stanow i Kanady, a to dlatego ze pierwsze 2 miejsca dostaja automatyczna kwalifikacje to legendarnego ultramarathonu Western States 100. Bieg w Squamish to w porownaniu z tym wydarzeniem byl lokalna, podworkowa rywalizacja. Waldo to taka kreskowkowa postac w pasiastym sweterku ktora dzieciaki probowaly odnalezc na ekranie telewizora czy komiksach. tak sie sklada ze najwieksze jezioro w okolicy tez nazywa sie Waldo. Stad nazwa. Kto pierwszy zobaczy jezioro i ukonczy bieg, dostaje nagrode. nagrode mozna dostac tez jezeli wykompie sie w 7 jeziorach ktore sa na trasie i dotrze do mety w limicie czasu. mozna tez wygrac jezeli pokaze sie wszystkim swoj "Waldo". Jakkolwiek sie kojarzy, chodzi o cos co sprawi ze obsuga stacji pokarmowych (nadal nie wiem jak to nazwac, niektorzy mowia na to "przepak") na Ciebie zaglosuje. w tym roku wygrala babka po 50tce ktora przebiegla cala trase z rozowymi pomponami i spiewala piosenki na kazdym przepaku. takie rzeczy to tylko w ameryce.

Start w Waldo 100k stal dla mnie ciagle pod znakiem zapytania. balem sie ze nasz krazownik nie da rady przejechac kolejne 2tys kilometrow poza tym nie usmiechalo mi sie wydawac 300$ na weekendowy wyjazd. znalazlem na craigslist.org dziewczyne ktora jechala w tym samym kierunku, wiec podzielil sie koszt benzyny. a samochod, wbrew obawom, sprawil sie doskonale i spalil mniej niz sie spodziewalem. Steph ktora ze mna jechala, okazala sie sympatyczna coachsurferka ze stanu Maryland i z ciekawszych rzeczy to opowiedzila mi historie gdzie o malo co nie stala sie ofiara gwaltu. na szczescie wyrwala napastnikowi noz i ugodzila go w brzuch a po kilku dniach policja go zlapala. niestety wyrwanie noza za ostrze skonczylo sie doslownie przecieciem dloni do polowy co mialem watpliwa przyjemnosc zobaczyc.

A same zawody coz. Jak zwykle ambicja kazala mi walczyc o miejsca i dobry czas co spowodowalo ze walczylem ze soba praktycznie od samego poczatku. najpierw psycha troche mi siadla jak po pierwszym przepaku zobaczylem ze przede mna biegna panowie i panie po 50tce wyprzedzajac mnie juz o kilkanasie minut, a potem jak na 6 przepaku dowedzialem sie ze jestem poza 40stka. jakos sie jednak zmoblizowalem i w koncu ukonczylem zawody na 29 pozycji z nienajgorszym czasem (na 130 startujacych i limit 16h). zakladajac ze od samego poczatku czulem ze nie mam sily to mysle ze calkiem dobry wynik.
najwiekszy jednak podziw wzbudzil we mnie pewnien 71-letni Pan, ktory przybiegl nie dlugo po mnie w zuplnie niezlej formie. i tutaj nie jest to zupelnie odosobniony przypadek. to taka informacja dla moich dziadkow, co nie wierza w takie historie:) jak tu nie ufac stwierdzeniu ze "sport to zdrowie". nigdy nie jest za pozno na odrobine lub troche wiecej, ruchu. pamietajcie o tym!

szkoda tylko ze musze przezywac takie emocje samotnie. tutaj mam wrazenie ze wszyscy sie znaja, przyjezdzaja calymi rodzinami wzajemnie sie dopingujac. atmosfera jest bardzo pozytywna. jednak mimo tego ze ludzie zagaduja do mnie, gratuluja na mecie, wymieniaja sie kontaktami to czuje sie jak taki  odlodek. przyjechal polaczek (z kanady) prawie 900km swoim ledwno trzymajacym sie kupy samochodem. przebiegl 100km. obolaly wszedl  do gruchota. i po 12h jazdy wrocil do domu (na uchodztwie). taka nie majaca wiekszego sensu przygoda weekendowa. jak by to powiedzial kolega Rafal: "odwaliles kawal, naprawde dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty":)

jest jeden sens. w 2 tyg udalo mi sie zdobyc, dzieki ukonczeniu zawodow, 5 punktow ktore uprawniaja mnie do startu w wymarzonym Ultra Trail du Mont Blanc w 2011 roku. normalnie na zdobycie tych punktow ma sie 2 lata...

Movescount.com - pod tym linkiem mozecie zobaczyc "fizjologiczny zapis" mojego startu. np. ile razy dyszalem wchodzac pod gore, albo ze spalilem prawie 8,5tys kalorii:)

pozdrawiam wszystkich i dzieki za glosy w "zlotych stopach"!:)

p.s. nowe zdjecia wktorce. m.in ze sklepu i firmowego BBQ
p.s2 na imprezie firmowej mialem okazje sprobowac Stand-up paddle board, czyli wioslowania na desce surfingowej. niezla jazda i super zabawa!

15 sierpnia 2010

Stormy 50miler

profil trasy
Zaburczalo mi w brzuchu. glodny nie jestem to musi byc cos innego. biegne ostro w dol, skakajac co chwila z niskich skalnych progow. kilka osob biegnie za mna, troche dalej przedemna widze nastepnego zawodnika. znowu burknelo. to dopiero gdzies 20sty kilometr takze sam poczatek, a tu jakies sensacje zoladkowe. wybiegam na szersza droge, po prawej stronie skaly po lewej ostro w dol, uskok do rzeki. znowu burknelo ale tym razem juz zdecydowanie za blisko "wyjscia". robi sie zdecydowanie nieciekawie. czuje ze musze w krzaki a tu jak na zlosc krzkow brak. ludzie za mna biegna a ja czuje ze sekundy dziela mnie od katastrofy! widze jakies drzewa kilkadziesiat metrow przedemna, zawezam krok, rzucam sie w krzaki i w ostatnim ulamku sekund, nadludzka wrecz predkoscia, sciagam gacie uff........ trace 5 min i cala paczke chusteczek. I wlasnie te 5 minut zabraklo mi zeby 80 kilometrow przebiec ponizej 9 godzin.
To dramatyczne wydarzenie bylo jednym powazanym kryzysem ktory mialem na trasie biegu.Balem sie tylko ze napotkam jakiegos misia po drodze (ostatnio widzielismy znowu wielkiego bydlaka przchodzacego przez ulice) . Bieglo mi sie znakomicie. Trasa przepiekna, glownie sciezkami w lasach iglastych i z widokami na gory. Postanowilem ze nie bede zatrzymywal sie na dluzej niz minute na aid stations (stacjach pokarmowych?) gdzie mozna jesc i pic do syta przy okazji tracac kolejne minuty. Grunt to ciagle do przodu stalym tempem. Caly czas czekalem na kryzys ktory nigdy nie nadszedl. Spogladalem na zegarek co jakis czas i nie wiadomo kiedy mijaly mi kolejne godziny. po 4 godzinach zdalem sobie sprawe ze pobilem swoj rekord ciaglego biegu, w dodatku caly czas czulem sie niezle i bieglem nawet pod gore! po 50tym kilometrze zaczyna sie decydujaca faza biegu. dlugie na 11 kilometrow podejscie rewiduje kto jest w stanie a kto nie ukonczyc ultramaraton. i wlasnie na tym odciku zaczynam doganiac innych zawodnikow. widac doswiadczenie gorskie i wedrowki z plecakiem poplacaja. na szczycie dowiaduje sie ze jestem na 12 miejscu. zupelne dla mnie zaskoczenie. zmotywowalo mnie to zeby gonic nastepnych. zbiegam z powrotem te 11km, wypijam redbulla na ostaniej stacji i czas na ostatni odcinek. obolale miesnie nie pozwalaja juz biec pod gorke ale jak tylko docieram do znajomej okolicy  dostaje skrzydel i przyspieszam na ostatnich kilometrach. kilometr przed meta doganiam nastpnego zawodnika. lekko sobie truchtal myslac ze jest na nie zagrozonej pozycji. podziekowal mi za motywacje do finishu i ruszyl z kopyta wpadajac na mete kilka sekund przede mna. Na mecie przez megafon zapowiadaja moje przybycie, krotkie brawa, medal i karnet na darmowego pieczonego kurczaka. jestem 11nasty w ogolnej klasyfikacji i 8 w swojej katagori (do 39 lat!) z czasem 9h6min. zaskoczenie to chyba malo powidziane. co ciekawe moge chodzic, nie zemdlalem i po dwoch dniach przestaly bolec mnie wlasciwie nogi. Nic z tego nie rozumiem.
Pozostaje jechac mi za tydzien do Oregonu, gdzie czeka mnie bieg na... 100 kilometrow tyle ze w jeszcze bardziej gorzystym terenie. trzymajcie kciuki. tam chyba juz nie bedzie tak latwo

p.s. jak tylko pojawia sie jakies zdjecia na stronie zawodow to napewno je tutaj zamieszcze!

27 lipca 2010

Trening Ultra

Zdjęcie sprzed 2 lat w dolinie śmierci zatytułowane "biegacz.pl":)
Bedzie to bardziej praktyczny post. Moze kogos zainteresuje jak wyglada moj ultramaratonski trening. Bieganie ostatnio pochlania znacznac czesc mojego czasu wolnego,a ostatnio duzo czytalem o treningach i postanowilem skonstruowac cos na wlasny uzytek. W najblizszym czasie wystartuje w dwoch Ultramaratonach. 8go Sierpnia w miescie ktorym obcenie mieszkam - Sqamish na dystansie 50mil czyli ok 80km i calkiem sporym przewyzszeniem (http://stormytrailrace.ca/), a dwa tygodnie pozniej, 22go sierpnia w stanie Oregon na dystanie 100km z jeszcze wiekszym przewyzszeniem w smiesznych zawodach Where is Waldo (http://www.ww100k.org/ ) Jako poczatkujacy biegacz nie powinienem startowac w dwoch ultramaratonach na raz, ale moj sklep, Valhalla Pure, zgodzil sie mnie zasponsorowac w Squamish wiec nie mam wyboru:)

Trening zarowno do maratonu jak i biegow ultra powinien skladac sie z kilku skladnikow biegowych. Wszystko polega na tym, aby mieszac intensywnosc (czyli biegi w roznych zakresach tetna) oraz spedzic jak najwiecej czasu na nogach. Niektorzy kieruja sie bardziej dystansem, ale ze nie zawsze jest mozliwosc dokladnego zmierzenia trasy wiec wygodniej kierowac sie iloscia godzin. Absolutna podstawa treningu sa Long Run, czyli dlugie wybiegania. W zaleznosci od poziomu wytrenowania zaczyna sie taki bieg od 45min, rozbudowujac go z czasem do 2h i ponad. Jezeli przygotowujemy sie do ultramaratonu to Long Run powininen trwac duzo wiecej. Moj najdluzszy mial troche ponad 4h (troche za krotko), ale to dlatego ze przygotowania do zawodow zaczalem zbyt pozno. Kolejnym waznym skaldnikiem sa Hills Run, czyli biegi pod gorke i z gorki. Mozna cwiczyc je zarowno jako biegi interwalowe (seria krotkich, a szybkich podbiegow z przerwami odpoczynkowymi) lub wplesc je w krotsze wybiegania tworzac w ten sposob tzw. fartlek, czyli w bieg terenowy z mieszana intensywnoscia. Inne sesje to krotkie biegi (do 1h) w tempie maratonskim (przewidywanym tempie maratonu) oraz tempo run 30-45min biegu w szybszym tempie. reszta dni to krotkie, malo intesywne biegi oraz cwiczenia silowe, rozciaganie i cross traning co w moim wpadku oznacza wspinanie i czasem basen. Jakkolwiek skomplikowanie to brzmi to system jest naprawde prosty.  5 dni biegania w tygodniu, jeden dlugi, wolny bieg w niedziele, krotki, malo intensywny plus cwiczenia w poniedzialek, rest i wspinanie we wtorek, bieg po gorkach w srode, wolny, dluzszu bieg w czwartek plus moze basen lub wspin, tempo run w piatek, rest w sobote i wspin i znowu dlugi bieg w niedziele i tak dalej.
Na 3 tygodnie przed zawodami jest tydzien maksymalny z najdluszymi treningami a potem czy blizej zawodow tym mniej kilometrow i wiecej restu.
Trzymajcie kcuki za moj pierwszy, prawdziwy ultramaraton. Łyda i psycha rosnie,a do tego pogoda piekna:)
Pozdrawiam