Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

15 października 2012

Lycian Challenge part II


...Ruchy robią się wolniejsze. Jest zimno, cali przemokliśmy do suchej nitki. Jesteśmy przekonani, że na punkcie czeka nas ognisko i ogrzewanie się do woli. to nas motywuje do szybszego pedałowania. Niestety. Ognia brak, chociaż coś się tli, tak jakby dopiero zostało dogaszone. Byli tu Czesi! Wpadamy w klasyczną telepę. Łasuch wpada na idealny pomysł, żeby przebrać się w pianki, które tutaj na nas czekają. Wspólnymi siłami rozpalamy ognisko i zaczynamy dochodzić do siebie.

Zamulamy konkretnie, ale na mokro ciężko nam się ruszyć z miejsca. W końcu jakoś się zbieramy na kolejny trekking z zadaniami specjalnymi w postaci krótkiego canyoningu „na sucho” i zjazdu w czeluść wzdłuż wyschniętego wodospadu. Idzie nam wyjątkowo sprawnie napieramy żwawo mimo środka nocy jednak powoli każdy zaczyna odpływać. Łasuch zaczyna coś gadać na temat wstawiania drzwi lewych albo prawych oraz tajemnej recepturze „siedem talerzy”, Aga wszędzie widzi maski a na ziemi igliwie układa się w postacie z kreskówek. Do tej pory twierdzi, że nie były to zwidy tylko naprawdę tam były kreskówki. Kuba idzie na autopilocie, ja mimo początkowego nabuzowania energią zaczynam odpływać i gdzieś ucieka mi część drogi i tylko mówię Łasuchowi żeby mnie obudził jak dojdziemy do skrzyżowania. Ostatecznie do rzeki dochodzimy wyjątkowo sprawnie. Zgodnie stwierdzamy, że czas na 40minutową drzemkę.

Wstajemy razem ze słońcem. Z 12km kajaka , jakieś 5 trzeba go ciągną przez skały, bo poziom wody nie pozwala na spływ. Stopy Kuby zamieniły się w gąbczastą masę i większość ciągnięcia przypadło na mnie co dosyć ostro daje mi w kość. Mimo tego etap jest bardzo urokliwy, a rzeka z kilometra na kilometr zmienia oblicze. Raz nawet wpadamy w wir przed malutkim wodospadem. Do kolejnych rowerów docieramy po dobrych kilku godzinach. Kilka minut suszenia, po stojących rowerach widzimy, że wszystkie zespoły nadal w grze, więc nie ma się co obijać. Jasne jest też, że nie mamy szans na zebranie wszystkich punktów. Zaczyna się strategia i wyliczanie, które punkty zebrać, a które odpuścić. Wybieramy szybki wariant asfaltem. Tym razem pogoda iście piekielna. Duszno, gorąca a drogą standardowo pod górę. Jedziemy już ponad godzinę doliną i coś zaczyna się nie zgadzać. Może dlatego, że jesteśmy nie w tej dolinie co trzeba... kur....a! Wracamy te kilkanaście kilometrów na dół i staramy się zapomnieć to tym fatalnym błędzie. Ciśniemy asfaltem dalej na oślep do kolejnej doliny. Jedziemy i jedziemy. Zaczyna się jakieś miasto, którego nie ma na mapie. Coś tu nie gra. Robimy postój na piwo i kiełbasę z bułką. Lokalsi twierdzą, że jesteśmy w Fethiye, ale to nie ma sensu bo to 10km nie w te stronę co powinniśmy... kur...a! Byliśmy w dobrej dolinie, raptem 200 metrów od punktu, tylko patrzeliśmy za inną. 20 km podjazdu w plecy. Przy tej pogodzie i tempie daje nam to prawie 4 godziny straty.

 Morale siadają zupełnie. Cała walka na nic. Na szczęście jest Aga, której motywacja nie zna granic i która w kryzysach znajduje siłę. Zbiera nas wszystkich do kupy i nadje tempo na rowerze, chociaż wyraźnie już nam łyda nie zapodaje. Wracamy z powrotem do punktu wyjścia. Jest punkt. Jest i kolejny. Niestety szczęście nas opuszcza razem z drogą, która powinna być a jej nie ma. Przedzieramy się z rowerami na plecach przez stromy kilkuset metrowy grzbiet góry. Tracimy kolejne godziny. Jest jakaś droga, kierunek się z grubsza zgadza, jedziemy. Na kolejnym punkcie łapie nas nocka. Zgodnie stwierdzamy, że próba znalezienia kolejnych punktów może nas zupełnie zgubić więc tniemy asfaltem naokoło do strefy zmian. Trzecia nocka atakuje z potrójną siłą. Po wjechaniu w skały docieramy w końcu do przepaku. Kilkanaście minut za nami francuzi. Odrobili stratę, zresztą nie ma się czemu dziwić. I tak dobrze, że nie jesteśmy na końcu stawki. Kładziemy się spać na dywanach starego meczetu. 30 min zamienia się w 1h 30. Zaspaliśmy i właściwie cudem orientujemy się, że budzik nie zadzwonił!

Nie wiadomo czym zmotywowani ruszamy w pogoń za francuzami, których dopadamy po kilkunastu minutach truchtu. Ledwo idą:) Przyspieszamy, żeby ich psychicznie zniszczyć i już do końca zawodów ich nie spotykamy. Z bólem serca omijamy nocny Canyoning i lądujemy na imponującym zadaniu linowym. Lina przewieszona jest 100 metrów nad dnem kanionu, a po drugiej stronie punkt do zgarnięcia. Zero obsługi i zero gwarancji, że lina wisi poprawnie. Testujemy na własnej skórze, a palące mięśnie rąk uświadamiają nam, że przejście na drugą stronę to wcale nie takie łatwe zadanie. Potem już tylko długi zbieg nad brzeg morza z nieplanowaną 8 minutową drzemką nad rzeką. Na chwile dołącza do nas Piotrek i razem docieramy nad brzeg klifu. Wreszcie spotykamy Czechów. Mają wszystkie punkty, także nie mamy szans ich dogonić. To jednak trochę inna liga. Teraz czaka nas zjazd na linie prosto do wody, 1000m pływania z całym ekwipunkiem na wyspę przy której czekają na nas kajaki morskie - ostatni etap. Kuba nauczony doświadczeniem z Finladii zaopatrzył się w dmuchany materac, którym przepłynął morze niczym wakacyjny plażowicz;) Kajaki full profeska ze sterem dają nam sporo radości. Musimy tylko odpędzać sleepmonstera wymyślnymi grami słownymi i piosenkami oraz ciągłym polewaniem się ciepłą morską wodą. Zbieramy dodatkowe 4 punkty w tym jeden z jaskini morskiej pełnym nietoperzy. Decydujemy się na szybszy powrót mijając po drodze zacumowane luksusowe jazdy w prawie każdej z licznych tutaj lagun i urokliwych zatoczek. W końcu na horyzoncie pojawia się plaża w Gocku gdzie zostawiamy kajaki i ledwo truchtając przekraczamy linię mety po 75 godzinach i 9 minutach od startu zajmując zaskakująco II miejsce. Okazuje się, że kolejne zespołu mają 5 punktów mniej niż my, więc nie potrzebnie się spieszyliśmy...;)

Prysznic, kebab, odbiór przepaków, bankiet, piwo, jedzenie,dużo jedzenia, private transport do Antalii od razu lot i o 7 rano meldujemy się niczym żywe trupy w Poznaniu.
Teraz tylko jeść i spać, jeść i spać, jeść, spać...

Dzięki chłopakom za wspólną walkę i Adze za bezdenne pokłady motywacji. To była jedna z tych przygód na którą długo czekaliśmy i trzeba przyznać, że „odwaliliśmy kawał naprawdę dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty” ;)

14 października 2012

Lycian Challenge part I



„Tomek!”. „Spoko”. „Tomek, tomek!”. „Spoko, spoko”. „Tomek,tomek”, „Spoko,spoko”. „Tomek”. „...”. JEBS! Zjazd na rowerze. Łasuch krzycząc do mnie co chwile próbował podtrzymać mnie na jawie. Niestety brak snu nie da się tak łatwo opanować. W końcu z impetem wjeżdżam w skały ograniczające drogę (z drugiej strony przepaść) co stawia mnie chwilowo na nogi. To już trzecia nocka tureckiego rajdu przygodowego Lycian Challenge. Bardzo przygodowego rajdu.

Do Turcji jedziemy przypadkiem w barwach adidas Terrex Team Poland. Przypadkiem, bo Magda i Krzysiek Dołęgowscy z powodu „zmęczenia materiału” odpuszczają, proponując nam start. Decyzja nie była trudna, bo zarówno dla mnie jak i dla Agi start w zagranicznym rajdzie ekspedycyjnym to wieloletnie marzenie. Szybki zakup pianki, brakującego sprzętu, paczka z ubraniami od adidasa, szukanie taniego lotu last minute (dzięki Justyna) i już siedzimy w samolocie czekając na rozwój wydarzeń.

Bazą tegorocznego rajdu jest Gocek – mała mieścina leżąca nad brzegiem morza śródziemnego. Po sezonie cicha i spokojna, tylko zaparkowane luksusowe jachty przy brzegu świadczą, że nadal jest to turystyczny kurort. Z Aga dostajemy się tutaj z Antali z trzema przesiadkami autobusowymi. Chłopaki - Kuba , Łasuch oraz naczelny fotograf, Piotrek Dymus dolatują nocą do pobliskiego Dalamanu.
Kolejne 2 dni to zupełny chillout wliczając w to taplanie się w basenie, zakupy pamiątek, zajadanie się prawdziwym tureckim kebabem, a w międzyczasie zdawanie sprzętu, odebranie nadajników SPOT i nie mająca sensu odprawa po turecko-angielsku, która wprowadziła więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Ah, no i dostaliśmy mapy.

Mapa na Lycian Chellenge to osobna historia. Ksero, ksera kolorowej mapy topograficznej w skali 1:25000. Wydawało by się, że super bo dokładna, ale jak mamy 5 arkuszy metr na dwa wydrukowanym na zwykłym papierze,który rozpada się przy najmniejszym kontakcie z wodą to już robi się problem. W dodatku punkty nanosi się na podstawie koordynatów UTM, które dostaje się 3h przed startem. Potem okazuje się, że jednak koordynaty różnią się nawet o kilkaset metrów od położenia punktów, więc na nałożenie właściwych miejsc pozostaje 5 min przed startem na podstawie mapy wzorcowej. Zaklejenie mapy, pocięcie jej na odpowiednie kawałki i ochrona przed deszczem czy nawet kroplami potu to ukryta dyscyplina tego rajdu:)

W końcu upragniony dzień startu. Okazuje się, że nasze skrupulatnie przygotowane przepaki nie mają sensu, bo owszem są dwa przepaki na całej 350km trasie, ale można mieć tylko dwie torby, które są przenoszone z jednego miejsca na drugie, więc żadnej taktyki tutaj nie ma. Wszystko co się może przypadać „na potem” , całe jedzenie i picie ląduje w przepaku byle to wszystko upchnąć. W praktyce na plecach nosi się większość dobytku wliczając pianki, sprzęt do zadań linowych, buty na zmianę i zestaw ciepłych ubrań. Trochę to waży, ale biegać tzw. „świńskim truchtem” się da;)

Start się z lekka opóźnia przez panikę wywołaną mapą wzorcową, która umiejscawia punkty nie tam gdzie koordynaty wskazywały. Ostatecznie 11:20 ruszamy z impetem na etap pierwszy – city puzzle, czyli zabawowe zbieranie literek po całym miasteczku. Tempo średnie, ale czuć napięcie w powietrzu. Łasucha nawet coś siekło w plecach przed dobiegnięciem na jeden z punktów. Zaczyna się ciekawie...

Po 20min ruszamy na rower. Przed nami już jedni i drudzy czesi, równo z nami Turcy z tyłu  francuzi zaklejają jeszcze mapę i tną na kawałki A4i. Skwar straszny, a tempo jak to na początku mocne. Od razu ostro w górę. Przy pierwszym punkcie niebo się chmurzy, zaczyna padać. Mapa się rozmywa i rozpada mimo mapnika. Łapiemy gumę. Potem drugą. Czesi mają już 30min przewagi. Odjeżdżają nam francuzi i turcy. Lądujęmy na końcu. Łapiemy trzecią gumę, którą w błocie i deszczu już beznamiętnie zmieniamy. Nastroje trochę siadają. Pierwsze głupie błędy nawigacyjne. Mapa przestaje się zgadzać i brniemy w jakimś bezsensownym kierunku. Spotykamy na szczęście inne zespoły i wspólnymi siłami (oni mieli lepiej oklejone mapy) wychodzimy na dobry wariant. Mijają godziny i kolejne kilometry. Zapada noc i docieramy to punktu w opuszczonej wiosce. Akurat trafiamy na Piotrka, który twierdzi, że przed nami byli tylko Czesi z CZARu. Wydaje nam się to mało możliwe zważywszy na ilość wtop. Potem okazuje się, że nasze wtopy były wyjątkowo niewielkie w porównaniu z innymi zespołami. Zbliżając się do poranka docieramy do końca roweru i po krótkim ogrzaniu się przy ognisku ruszamy na trekking, który ma nas wprowadzić na 2400m n.p.m. , najwyższą górę w okolicy. Jest dosyć chłodno i zestaw długi + krótki rękaw plus gore-tex działa jedynie przy chyżym poruszaniu się.
Góry zupełnie dzikie. Trzeba wybierać drogę przez wyschnięte koryta rzek i kaniony lub liczyć na jakąś przypadkową ścieżkę wydeptaną przez pasterzy. Przekroczenie gór „na azymut” to naprawdę przygoda sama w sobie tym bardziej jak do pokonania jest 30km i nie widać właściwie celu. Wyłania się dopiero wraz ze wschodem słońca i wydaje się tak bardzo daleko i wysoko...
Co jakiś czas oglądamy się za siebie, ale mimo rozległego terenu nie widzimy za sobą żadnych zespołów. Ze szczytu schodzimy „na szagę” przez kolczaste zarośla i skały do doliny i pierwszego przepaku na którym czeka zrobiony przez Agę makaron z kurczakiem oraz wymarzona Coca-cola. Lekko rozleniwieni ruszamy na dalszą część trekkingu. Ogromny płaskowyż skalny z pojedyńczymi sosnami i chatkami „na końcu świata” z uśmiechniętymi turczynkami zapraszającymi na „czaj”. Super klimat. Staramy się truchtać w dół i po płaskim. Czeka nas jeszcze przeprawa przez góry z kilkoma niespodziewanymi odcinkami skalnymi. W Polsce byłoby tu kilkanaście szlaków turystycznych i „orla perć” , tutaj nie ma kompletnie nic. Nawet najmniejszej ścieżki. Do doliny schodzimy przez kanion wyschniętej rzeki. Zaczyna padać. Do kolejnych rowerów docieramy już w kompletnej zlewie. Czeka nas 15km zjazdu, który w słońcu byłby radosna zabawą, ale w deszczu i na błotnistym szutrze zamienia się w walkę o życie i zdrętwiałe stopy. Wjeżdżamy w dolinę, która kompletnie nas zaskakuje. Wielkie, wapienne ściany ograniczają wąwóz tworząc jego 300 metrowe pionowe ściany. Takie miejsce umiejscowiłbym raczej gdzieś w Tajlandi. W dodatku jedna tylko droga, która po drugiej stronie doliny wije się kilkunastoma serpentynami do góry niczym norweska Droga Troli. Trzeba tamtędy podjechać... Zaczyna się burza. Pioruny walą nad nami co kilka minut. Robi się stresująca atmosfera spotęgowana histerią Agi, że „zginiemy w jakiejś pieprzonej Turcji”. Zapada drugi zmrok, nadchodzi SLEEPMONSTER...  cdn.

p.s. Wszystkie fotki made by Piotrek Dymus

9 września 2012

7 dolin...

fot.Monika Strojny
100km. Taka ładna okrągła liczba. Zawsze kojarzyła mi się z wyzwaniem. Przejść 100km to jest coś. Przejść to non-stop to naprawdę trzeba samozaparcia. Przebiec 100km to już dla twardzieli. Ale ścigać się na 100km to nie mieści się w ramach sensu. Chciałbym napisać, że jestem w tej ostatniej kategori, ale to jeszcze nie mój czas...


Kilka lat temu ukończyłem słynny rajd pieszy na orientację na 100km Harpagan. Startuje w nim rok rocznie,a właściwie dwa razy w roku, prawie 1000 osób. Wówczas zakończyłem go w 17h zajmując 7 miejsce i pamiętam, że byłem z tego wyniku bardzo dumny. Lata mijają, ludzie trenują więcej,a miedzy nimi niejaki Maciek Więcek czy Michał Jędroszkowiak, którzy setki na orientację biegali co miesiąc często poniżej 12 h. W końcu ewolucja biegaczy w Polsce doprowadziła do ultramaratonów górskich na 100km. Od razu na czoło wysunął się Ultramaraton 7 dolin gdzie w szranki stają obecnie najlepsi ultrasi w Polsce i nie tylko. Nie jest to przypadek, bo do zgarnięcia za pierwsze miejsce jest 15 tysięcy polskich nowych złotych!
Pierwszy U7D przyciągnął zaledwie  kilkunastu zapaleńców. Rok później pojawia się już kilkuset i bieg wygrywa fenomenalny Jan Wydra, a wspomniany Michał Jędroszkowiak jest czwarty co wielu udowodnia że nie trzeba być maratończykiem czy profesjonalnie trenować, żeby liczyć się w walce o podium.
Rok temu wystartwała również Aga , która podobnie jak inne dziewczyny zupełnie się załatwiła.
W tym roku miało być wyjątkowo. Dużo więcej uczestników, wyższa stawka za wygraną i cała śmietanka ultrasów na starcie. Wszystkich gnębiło jedno pytanie "Czy Wydra wygra?" :)

Przebiegłem już 100km kiedyś w USA więc wiedziałem, że dystans to nie problem. Chodzi jak zawsze o czas. Założyłem, że złamanie 12h jest w moim zasięgu. Fakt, że nie trenowałem za wiele ostatnio (zresztą rzadko kiedy udaje mi się regularnie trenować) i taki czas może się wydawać trochę wyśrubowany. Ostatecznie założyłem standardową taktykę "pożyjemy, zobaczymy", albo raczej "pobiegniemy, zobaczymy"
W tym roku na starcie było sporo znajomych w tym liczna poznańska ekipa. Aga liczyła nawet po cichu, że załapie się na jedno z premiowanych miejsc.

Czas do startu minął szybko i ruszyliśmy z kopyta  jeszcze w nocy zaczynając całą zabawę w centrum Krynicy. Starałem się zacząć nie za szybko, chociaż zawsze mam ochotę gonić czołówkę z którą na moim poziomie na razie nie ma sensu się porównywać. Pierwszy podbieg i już stawka się mocno przerzedza. Mijam Michała Jędroszkowiaka, który o kijkach i ponoć z kontuzją podchodzi do góry. Potem zastanawiałem się po co startować z kontuzją, ale niektórzy chyba potrzebują takiej dawki energii jaką dostaje się tylko na zawodach niezależnie od stanu fizycznego. Zauważam, że ewidentnie na zbiegach mijam większość biegaczy i idzie mi to bardzo sprawnie, natomiast na podbiegach/podejściach jestem zupełnie bezradny. Potwierdza to moje doświadczenie z czerwcowego Biegu Marduły i tej zimy zamierzam mocno popracować nad poprawą siły biegowej. Z każdą godziną człowiek staje się co raz bardziej osamotniony na trasie. Tempo mam dobre i wydaje się, że jestem w stanie na te 12h skończyć. Niestety po 66 kilometrze zdecydowanie tracę moc. Dochodzi mnie i wyprzedza pierwsza kobieta, potem druga. Na podejściach brakuje mi mocy i tylko nadrabiam zbiegami. Jeden z biegaczy mija mnie chyżym truchtem na jednym ze stromszych podbiegów. Jestem zaskoczony. Potem okazuje się, że owszem jest w stanie biec pod spore stromizny nawet na 80km, ale w dół musi praktycznie schodzić, bo skurcze nie pozwalają na nic innego.
Ostatecznie jakoś dochodzę do ostatniej stacji i motywuje się do biegu tak, że na kilka kilometrów przed metą udaje mi się wyprzedzić 4-5 zawodników. Ostatecznie po 12h 32min dobiegam na metę łapiąc się na 5 miejsce w swojej kategorii wiekowej i dodatkowo zgarniając 200zł, moje pierwsze pieniądze w biegowej karierze:) Aga wpada niecałe 2h później jako piąta kobieta w ogóle, zarabiając bagatela 2000zł :)

Zawody wygrywa doświadczony ultras Nemeth Csaba, przed "nową nadzieją polaków" Marcinem Świercem i zeszłorocznym zwycięzcą Janem Wydrą. Największym zaskoczeniem jest chyba 4 miejsce naszego znajomego Kuby Wolskiego, który nie dość, że pokonał wielu znanych ultrasów to do tego złamał 10h. Próbując wytłumaczyć ten fenomen doszedłem do wniosku, że w ultramaratonach naprawdę liczy się motywacja i psycha, a ciało musi się jedynie przekonać, że da radę pobiec szybciej;) I mam nadzieje, że swoje ciało też wkrótce do tego przekonam:)


26 sierpnia 2012

Dotknięcie Górskiego Wyzwania

"Pieskiem przez Dunajec"

Podejście nie chce się skończyć. To chyba jakieś Deja Vu. Zadziwiająco wiele razy zdarza mi się, że podchodzę gdzieś ( z rowerem lub bez) i nie widać temu końca. Tym razem jesteśmy w Pieninach na Mountain Touch Challenge - "rajdzie dla amatorów", który nas miejscami nieźle zmasakrował.

Chętnie startujemy w rajdach przygodowych. Wiadomo to nie od dziś. Do tego jeżeli odbywają się w pięknej górskiej scenerii z ciekawymi etapami to nie może nas tam zabraknąć. Tak właśnie było z rajdem organizowanym przez Kubę Wolskiego, który to miał być "dla wszystkich". Super trasa przez całe Pieniny wliczając w to kajakowy spływ Dunajcem. Fajne zadania specjalne i spore przewyższenie. Postanowiliśmy wystartować jako dwie dwójki Poco Loco Adventure Team. Ja z Aga oraz Piotrek Kłosowicz z Marcinem Jarzębowskim.

Co tu dużo pisać. Cisnęliśmy ostro w czołówce na etapach pieszych i kajaku. Dopadło nas słońce i tak zamuliło, że na rowery wyszliśmy jak Zombie. Tylko Piotrek się tym nie przejął. My tym czasem walczyliśmy z nasilającymi się kryzysami i nawet super długi zjazd z Obidzy do Piwnicznej nie postawił nas na nogi. Do tego do podejście na Przehybe...

Ledwo 100km, a zajęło nam to chyba 14h. Ostatecznie zajęliśmy 4 i 5 miejsce ogólnie , ja z Agą wygrywając kategorie MIX. Po raz pierwszy chyba otrzymaliśmy taki aplauz na podium dzięki zgromadzonej publiczności - chyba wszystkich mieszkańców Szczawnicy. Po nas grał jakiś zespół Country, stąd ta frekwencja...
p.s. foty organizator

10 czerwca 2012

Zawody, Zawody, Zawody

fot.Monika Strojny
Podchodzę do góry jak dziewczyna w białych kozaczkach na giewont: wolno, potykam się i robię dobrą minę do złej gry. W dodatku nie podchodzę na Giewont tylko na Kasprowy. Podchodzę, a powinienem biec. Przede mną kilkadziesiąt zawodników, nawet koleś w hawajskich spodenkach. To zdecydowanie nie mój dzień, a już na pewno nie dzień na ściganie się w I mistrzostwach Polski w Skyrunningu - Biegu Marduły.

Mimo, że wcale się nie zapowiadało (z powodu permanentnego braku czasu), udało mi się wystartować w kilku zawodach. Trzy razy byłem zadowolony, a raz załamany ze swojego wyniku.

Jeszcze w kwietniu zmotywowany wynikami chłopaków na półmaratonie warszawskim wykręciłem swoją życiówkę na poznańskiej wersji półmaratonu. 1h27min45sek, jak to się mówi "dupy nie urywa", ale zważywszy na małą ilość treningu i całkiem niezłe samopoczucie w trakcie i po biegu , to mogę być zadowolony
Potem nieszczęsny Bieg Marduły. Liczyłem, że "jakoś pójdzie" mimo, że nadal do treningów się nie przyłożyłem. Skończyło się zgonem na pierwszym podbiegu na Nosal, a potem było jeszcze gorzej.Ostatecznie zająłem 83 (na 239) miejsce, ale "przybiegłem" godzinę po zwycięzcy - Marcinie Świercu. Porażka, zważywszy na moje górskie zapędy. Gdzie doszukiwać się błędu? Po prostu to nie był mój dzień...

Musiałem się odbić od dna motywacyjnego i jak co roku wystartowałem w Malta Trail Run. Nie sądziłem, że uda mi się poprawić zeszłoroczny czas a tu niespodzianka. Biegło mi się znakomicie i z czasem 31min22sek kończę zawody na dobrym 13 miejscu. Jest jednak jakaś moc.

Przyszedł czas na start na jednym z nielicznych rajdów przygodowych, kolejnej edycji znanego rajdu On-Sight. Razem z Piotrkiem Kłosowiczem, znanym w kręgach niezniszczalnym długodystansowcem, ruszamy do boju tradycyjnie jako Poco Loco Adventure Team. Trasa ponad 200km, dużo roweru (sic!), rolek, biegania,a po drodze eksploracja bunkrów. Start o 24. Pogoda hardcorowa: w nocy leje się ściana wody, która ogranicza widoczność do kilkunastu metrów w dzień upał nie do zniesienia. Do tego pełno błota i przedzieranie się przez niekończące się pola pokrzyw, ostów, zboża, kaktusów i czego tam jeszcze. Nigdy nie miałem tak podrażnionych nóg. Nawet lekkie muśnięcie delikatną trawką kojarzyło się raczej z chlastaniem biczem. Mimo stosunkowo płaskiego terenu zawody bardzo wymagające fizycznie i nawigacyjnie. Stawka w kategorii Masters całkiem konkretna. Są Inov-8, zdobywający ostatnio zagraniczne rajdy Addidad Terex, team 350, Mod-x i kilka innych znanych i mniej znanych teamów.
A sam rajd? Po raz kolejny potwierdziło się, że trzeba walczyć do samego końca. Mimo kilku konkretnych wtop nawigacyjnych, błędów w oznaczeniu punktów, eksploracji nie tego bunkra co trzeba, na przed ostatnim etapie biegowym udaje nam się dogonić prowadzący zespoł Mod-X. W strugach deszczu, ciągnąc za Piotrkiem na rowerze zdrowo ponad 30km/h czułem się jak Lance Armstrong finiszujący na Tour de France. Do ostatniego punktu ważyły się losy wygranej, ale tym razem rozegraliśmy to bez rozlewu krwi i potu. Wspólnie z Mod-x wjeżdżamy uśmiechnięci na metę zajmując ex-equo I miejsce w kategorii Masters, z kolejnym zespołem prawie 2h za nami. Mój największy chyba rajdowy sukces,a do tego okazało się, że już nie jestem najgorszy na rowerze. Awansowałem do klasy średniej;)
fot.Michał Unolt



15 kwietnia 2012

Wertepy Adventure Race



Minął rok od naszego poprzedniego startu w Wertepach. Wtedy wygraliśmy, chodź nie bez walki. Teraz wygrana wydaje się dużo większym wyzwaniem. Na starcie stajemy w czwórkę: Kapitan napieracz - Aga, doświadczony koń pociągowy – Mikołaj, superman nowicjusz – Marcin, no i ja, navigator-kombinator.

Chociaż w rajdach przygodowych startuje już od 2003 roku, to po raz pierwszy staję na starcie w prestiżowym, czwórkowym składzie. Sukcesem można nazwać, że w ogóle udało nam się stworzyć zespół, co więcej całkiem mocny zespół. Jednak od początku wisiał nad nami wielki znak zapytania: Na co ich stać?
Dostaliśmy nr 4 jak cztery żywioły, cztery pory roku, czterej pancerni, czterej power rangers. Czterej jeźdzcy apokalipsy!;) Poco Loco Adventure Team. Czas Start!

Godzina 24:00 ruszamy z kopyta (na rowerze). Mapy dostaliśmy kilka minut wcześniej i od razu widać, że Remik - konstruktor trasy, stanął na wysokości zadania. Prawie każdy punkt można zaliczyć innym wariantem. Tym razem bardziej od pancernej łydki będzie się liczyć dobra nawigacja (choć pancerna łyda na pewno nie zaszkodzi). Na pierwszym punkcie lądujemy razem z liderami i kilkoma innymi teamami. Liderzy to były zespół Code 34, który rok temu zajął 8 miejsce w Mistrzostwach Świata. Udaje nam się trzymać razem do trzeciego punktu. Niestety nasz początkujący team nie jest w stanie nawiązać z nimi walki i wkrótce nikną z pola widzenia.
Po konkretnej wtopie na etapie rowerowym lądujemy na przepaku na trzeciej pozycji ramie w ramię w zespołem Inov-8. Dalsza część zawodów przebiega pod znakiem wzajemnego doganiania się. Etap pieszy kończymy o świcie już na drugiej pozycji robiąc nieco przewagę nad kolejnymi „inowejtami”. Trochę jesteśmy zaskoczeni, bo nie mamy jakiegoś mocnego tempa, nawigacja pozostawia wiele do życzenia, a drugi team składa się, co by nie było, z prawie samych nawigantów do tego ze stalową łydką, na czele z Irkiem Walugą. Jakoś udaje nam się jednak im ucieć.

Na kolejnym rowerze nie ma zaskoczenia. Znowu zostaje ze mnie dętka, a reszta teamu rekreacyjnie sobie jedzie czekając na mnie od czasu do czasu. Mimo tego, sprytnym wariantem dochodzimy na zadanie specjalnie – desant rowerowo-pontonowy, przed Inov-8.

Kajaki miały być naszą mocną stroną. Mikołaj jest w końcu trenerem wioślarstwa, więc ramiona ma większe niż cały kajak. Marcin z kolei też mały nie jest, więc wspólnie udaje nam się płynąc całkiem szybko, a co najważniejsze prosto. Do tego błyskotliwy pomysł na „przenoskę” przez cypel dał nam dodatkowe 5 minut przewagi. W ten sposób na ostatni, rolkowy etap, wyjeżdżamy psychicznie nastawieni na zwycięstwo (właściwie drugie miejsce, bo pierwszego zespołu już nie dogonimy). Dzięki super-szybkim rolkom pożyczonym od Kuby Wolskiego (w tym miejscu dziękuję) rozwijam mega prędkości bez specjalnego problemu. Nie idzie nam specjalnie jazda „w tunelu” , ale całkiem chyżo pomykamy do przodu. Co najważniejsze, nikogo za nami nie widać! Do czasu... Chyba straciliśmy czujność, bo na powrocie z jednego punktu spotykamy naszych odwiecznych rywali - Inov-8. Zestresowaliśmy się, nie powiem. Stajemy jednak na wysokości zadania i wrzucając ostatni posiadamy bieg mkniemy w kierunku mety po drodze zaliczając wywrotkę i gubiąc się w mieście kilkaset metrów przed metą.. To byłby tragiczny scenariusz, ale szczęśliwie nasi rywale też się gubią i docieramy na metę na drugim miejscu!
Jestem szczęśliwy, bo to jeden z moich najlepszych wyników w rajdach przygodowych, do tego w zupełnie nowym , czeteroosobowym Poco Loco Adventure Team. Jeszcze będzie o nas głośno!;)
p.s.zdjecia ze strony wertepy.fla.pl

10 marca 2012

Bieg Piastów


Przede mną ugina się  tak "na oko" siedemdziesięcioletni staruszek. Z całych sił zapiera się na wysokich kijkach  narciarskich i w konwulsjach odpycha, jakby miał zaraz wydać z siebie ostatni dech. Ale nie wydaje. Ponownie napina swoje wychudzone ręce i z jeszcze większym impetem odpycha się dalej. A ja, mimo tego, że dyszę nie mniej intensywnie, wcale się do niego nie zbliżam...

Bieg Piastów to kultowe zawody dla narciarzy biegowych. Słyszałem o nich już wiele lat temu w czasach kiedy Justyna Kowalczyk nie była jeszcze nikomu znana, a Adam Małysz nie był nawet na podium skoków narciarskich. Nie jest to nic dziwnego, bo zawody te maja już 37 letnią historię!
Dziwne jest to, że narciarstwo klasyczne jest stosunkowo mało znane w Polsce. Dopiero na fali Justyny co raz więcej osób próbuje swoich sił w tym fascynującym sporcie. Tras mamy niewiele, a przecież jesteśmy tak samo "zimowym" krajem jak Austria, Niemcy, o krajach skandynawskich nie wspominając, gdzie "biegówki" są pierwszym zimowym sportem którego uczy się dzieci.  Właściwie jedyną, godną lokalizacją w Polsce są Jakuszyce i tam oczywiście odbywa się Bieg Piastów.

Dystansów jest kilka, wybrałem oczywiście najdłuższy, 50km techniką klasyczną. Stając na lini startu, biegówki miałem na nogach po raz czwarty w życiu (i w tym roku jednocześnie). Mimo tego miałem ambitny plan zbliżyć się do granicy 4 godzin. Do Jakuszczyc przyjechaliśmy Locobusem w wesołej ekipie z której jeszcze Mikołaj i Marcin startowali w biegu. Miki przebieg już wcześniej poniżej 4h więc plany miał ambitniejsze, Marcin biega dłużej ode mnie, więc też zakładałem, że będę wolniejszy wystartowaliśmy jednak razem obok 1786 zawodników. Wszyscy podzieleni są na dwustu osobowe sektory i startuje się równych odstępach czasowych. Przez późne zgłoszenie startowaliśmy z ostatniego sektora co oznaczało początkowo przebijanie się przez tłumy wolniejszych zawodników. O ile w zwykłym biegu maratońskim to łatwe zadanie, o tyle w biegu narciarskim trzeba bardzo uważać, aby wychodząc z torów, które są przygotowane pod narty, nie wywalić się. W dodatku poruszanie się poza torami jest dużo trudniejsze (i wolniejsze) niż w torach.

Początkowo biegnie się w ogromnym tłumie ludzi, który na zjazdach wręcz tratuje się i cudem udało mi się kilka razy nie wpaść na leżących przede mną ludzi. Po 2 godzinach zaczyna się rozrzedzać i można już gonić zawodników przed sobą. Z racji tego, że jeżdżę na nartach zjazdowych nie mam lęków przez szybkimi górkami, tak jak wielu początkujących zawodników. Niestety biegówki nie są takie stabilne i jeden z szybszych zjazdów zakończyłem na ziemi wybijając sobie prawie kciuka. 
Co jest najbardziej zaskakujące w tym biegu to średnia wieku. W najmłodszych kategoriach do 20 i do 25 lat startowało zaledwie 40 zawodników w każdej. W najstarszej kategorii plus 70 lat, startowało...55 osób.Nie muszę chyba dodawać, że duża część z opisywanych "staruszków" była szybsza ode mnie (to ważna informacja dla mojego dziadka;)

Ostatecznie pobiegłem 4h31min38sek zajmując 28miejsce w kategori;)
walka przed metą

28 listopada 2011

Funex Orient-alna zabawa z piłeczkami

(fot.F.Pryjma)
Całe nasze już 8 godzinne ściganie sprowadza się do tego momentu. Muszę piłeczką tenisową trafić do plastikowej wanienki tak żeby z niej nie wyleciała. Na 6, trzy wpadły, a jedna została. Mamy 50minut kary czasowej . Doszło do tego, że w tak ekstremalnej dyscyplinie sportu jaką jest Adventure Racing o zwycięstwie decyduje rzut piłką. Absurd to za mało powiedziane.

Przyjechaliśmy z Agą do Brodnicy naszym LocoBusem w dwoma innymi zespołami aby wystartować w ostatnim w tym sezonie rajdzie przygodowym. Na krótkiej trasie (ok. 116km) znalazło się 18 chętnych zespołów w tym połowa to zespoły MIX (z przynajmniej jedną dziewczyną w składzie). Zapowiadała się więc całkiem ciekawa rywalizacja. Oprócz rajdu przygodowego Funex Orient zaproponował długie i krótkie trasy rowerowe i piesze, tak żeby każdy mógł wybrać coś dla siebie. Uczestnicy dopisali, pogoda zapowiada się dobrze, nastroje bojowe. Nic tylko walczyć.

Start o 9:00 rano zaczął się Funex Show Orient. Miała to być zabawa na orientację z zapamiętywaniem kodów,a skończyło się na tłumie przepychających się zwierząt. Kto bardziej agresywny i wepchnął swoją kartę startową pod nos sędziny ten wygrywał. Niektórzy nie wytrzymali napięcia i pominęli tę wspaniałą rozrywkę na wstępie dostając karę czasową. My włączyliśmy się żwawo w przepychanki i po jakichś 15 minutach ruszyliśmy truchtem na właściwą trasę.

A trasa miała być szybka. Od samego początku utworzyła się silna grupa atakująca złożona z teamu 360, trzech zespołów Navigatorii, goniącego On-Sightu, niejakich Stryków-Byków i całe szczęście również nas -  Trailteamu. Po pieszym etapie wszyscy szli w odstępie kilku minut. Na zmianie kajakowej tak się spieszyłem, że zapomniałem zepchnąć kajaka ze skarpy zanim do niego wsiadłem. Skończyło się wywrotką. Aga cała mokra, ja w połowie, plecak wpadł, komórka zamokła. Chciałoby się powiedzieć, że wszystko szlak trafił, ale 10 minut później byliśmy już na prowadzeniu skostniałymi z zimna rękami machając wiosłem. liderzy, czyli Igor z Kiełbasą się pomylili (zresztą nie ostatni raz) czego nie zawahaliśmy się wykorzystać. Taktyka płynięcia metodą "pijanego zająca" okazała się zgubna i na kolejny etap, Bieg na Orientacje jesteśmy już na 4 pozycji.

Tutaj znowu cuda. Błędów nie popełniamy i wypływamy, ku zdumieniu organizatorów,na kolejny etap kajakowy na pierwszej pozycji z zapasem kilkunastu minut nad kolejnym zespołem. Kajak jakby nie chciał płynąć prosto więc przewaga powoli topnieje. W trakcie etapu pieszego w drodze do bazy łączymy się na chwilę z teamem 360. Łydy mają mocniejsze więc uciekają polami znowu robiąc kilka minut przewagi. Potem szybkie rolki i powrót do bazy. Kiełbasa wyjeżdża już na rower, ale minę mają posępną. wszystko przez piłeczki. Nie trafili żadnej.

Nam nie poszło lepiej. Ruszamy na ostatni etap, rower. 60 kilometrów wydłużyło się bardzo. Na szczęście nie mamy liczników, bo pewnie bym się załamał. Autorskie warianty znajdywania puntków tracą sens. Albo punkty są źle rozstawione, albo mapa jakaś dziwna. Jedzie się co raz gorzej. Spotykamy teamy nad którymi mieliśmy sporą przewagę. Mix Navigatori trafił 4 piłeczki (nota bene Rafał jest instruktorem tenisa) więc już nie ma co walczyć o pierwsze miejsce. Energia nam spadła do zera. Ja nawet zaliczam standardowe "odcięcie prądu" i ratują mnie tylko knopers i pawałek od przygodnego zawodnika. Na przedostatnim punkcie spotykamy Navigatorie i Stryki Byki, którzy uciekają nam szybko. Mi się nawet nie chce ich gonić. Obieramy wariant krócej niż szybciej i nagle kolejne cuda. Na ostatnim punkcie w szuwarach szuka punktu Kiełbasa. Skąd się oni tu wzięli i dlaczego ich dogoniliśmy to nie wiem. Wiem, ze punkt był zaraz przy ścieżce a nie w szuwarach o czym nie omieszkałem poinformować Kiełbasy.
Ostatnie kilometry do bazy już ciśniemy. Chłopaki odjeżdżają nam na 5 minut. My robimy jeszcze prawie 20minut nad kolejnym zespołem, Mixem Navigatori. I takie zakończenie było by OK, ale niestety zostały jeszcze piłeczki...

Po 14 godzinach ścigania spadamy na drugie miejsce w MIXach. Mamy satysfakcję, że dojechaliśmy pierwsi, ale cóż... lekki niesmak pozostał.

17 października 2011

Maraton bez ściany

(zdjecie BIP gmina gizalki:)

36 kilometr, do mety zdecydowanie bliżej niż dalej. Trzeba przyspieszyć, bo biegnę przecież na zawodach a nie podczas niedzielnej przebieżki. Mijam grupki biegaczy, mijam pojedyńczych, walczących o życie zawodników. Biegnę ul.Mostową, przebiegam most Rocha nogi naprawdę mam ciężkie, stopy bolą, ale jakoś daję rade utrzymać tempo. 40 kilometr. zostały 2. dwa malutkie kilometry, wręcz widzę już metę, ale jest mi już naprawdę ciężko. Mijam kolejnych biegaczy, ale i tak tempo mam dalekie od sprintu.Biegnę wzdłuż Malty, czas się teraz tak strasznie dłuży. Ostatnie kilkaset metrów, dopingowany przez Agę i Grześka zrywam się do finiszu i bezsensownej walki z zawodnikiem przede mną. Wygrywam. przede wszystkim z samym sobą. 3h26min39sek. daje mi miejsce w szóstej setce na ponad 5000 zawodników.

To był mój trzeci maraton w życiu. 7 lat temu, ledwo przyjechałem do Poznania na studia i bez żadnego przygotowania wystartowałem właśnie w maratonie poznańskim. Kosztowało mnie to walkę o życie, straszne skurcze i problemy z chodzeniem przez kolejny tydzień. Dotoczyłem się na mete po 4h18min i połowę dystansu walczyłem ze ścianą. Drugi mój maraton 4 lata później w Rzymie był równie dramatyczny. Niby trenowałem, ale zdecydowanie zrobiłem za mało długich wybiegań. Efekt - ściana na 32 kilometrze , a na mecie stan bliski omdlenia. Czas 3h44min . Teraz 3 lata po ostatnim maratonie, ale już z kilkoma ultra na koncie przebiegam bez ściany ze świadomością, że mogę szybciej. Fakt, że finisz był  okrutnie męczący ,ale te 36km z grupą pacemakera na 3:30 były po prostu bez stresowe. Po wyprawie byłem na treningu raptem kilka razy, także z wyniku jestem na prawdę zadowolony. Myślę, że podstawą tego, że dobrze się czułem przez większość czasu było korzystanie z każdej stacji (oprócz pierwszej). Dużo piłem izotoników, trochę wody i zjadłem 3 kawałki banana i kilka czekolad. Te stacje po to są i należy z nich korzystać, a przy tempie 4:45-5:00min/km nie trzeba zwalniać, żeby wszystko spożyć. Dobrym wyjściem byłyby pewnie żele energetyczne, ale zapomniałem ich wziąć:)

Na wiosnę będę walczył o 3:15, a może szybciej...

9 października 2011

Big Wall Sokoły


17 wyciągów w 7 godzin. Nie specjalnie powalający to wynik chociaż miałem wrażeni, że prędkość mamy niczym młody Dan Osman. Zrobienie "The Nose" w trochę ponad 2h z perspektywy naszego, mimo wszystko, nie tragicznego wyniku brzmi jak totalny kosmos.

Dwa i pół roku nie wspinałem się w Sokolikach. Aż ciężko uwierzyć. Tym razem jadę w wesołym towarzychu Padre, Zwierza i Killera żeby zobaczyć jak szybko uda mi się rozruszać stare kości w sokolikowym granicie. Startuje z Raszem, niedawno upieczonym instruktorem wspinania, który zaczynał się wspinać w momencie kiedy ja robiłem "już" VI.1+ w skałach. Teraz on robi VI.4 a u mnie się nic nie zmieniło...:) Zupełnym przypadkiem jesteśmy też współlokatorami;) Tytułowe zawody Big Wall w Sokolikach, rozgrywane są po raz trzeci. Generalnie polegają na tym, że trzeba przewspinać jak najdłuższą odległość. Dodatkowo przyznawane są punkty za wspinanie na własnej asekuracji (czyli osadząjąc swoje kości, friendy zamiast używać spitów) zwane tradycyjnym (w skrócie TRAD) oraz za trudne drogi. Nasz plan był prosty. Zrobić jak najdłuższe drogi i najlepiej TRADowo.
Równiutko o 10 zaczynamy naszą pierwszą drogę na wschodniej ścianie Krzywej Turni i poszło tak:
1. Droga przez trawki V, 2 wyciągi. prowadzi Rasz. Większość łatwa, jedna rysa na drugim wyciągu i kolejna krótka przy wyjściu na pik
2. Rysy Żubra V+, 2 wyciągi prowadzi Rasz. koniec jakimś innym wariantem
3. Droga Gorayskiego, V+, 3 wyciągi, prowadzi Rasz. piękny wspin. pierwszy wyciąg jest ring w trudnościach, ale Rasz twardo nie używa, żeby był czysty TRAD.ja motywuję;) drugi wyciąg to przepiękne zacięcie/rysa, trzeci też niczego sobie
4.Droga Kurtyki, VI+, prowadzi Rasz.niby VI+, ale najpiękniejsze VI+ w Sokolikach! Kurtyka wiedział co robi
5. Zielone Rynny, III+?, prowadzę ja. cóż, czasem jakiegoś parcha trzeba zrobić, żeby metry nabić
Przenosimy się na Sukiennice
6.Lewy Heinrich, V+, prowadzi Rasz. ładna i ciągowa
7. Lewy Kacnik z wyjściem brzytwą;), V+, prowadzi Rasz, mocno zmotywowany (podpuszczony) przeze mnie. Droga rzadko chodzona, a piękna choć "psychiczna". Rafał twierdzi, że nigdy się tak nie bał na drodze;)
Przerwa na banana
8.Bat na wroga, VI.2+, prowadzi Rasz. Moja pierwsza droga w tej trudności. Kiedyś ją poprowadziłem w totalnej ulewie. teraz ledwo z dwoma blokami. trikowa
9. 52 (albo 32?), V, ja prowadze. szybka,łatwa i nie za ładna
na Sokoliku
10. Czołg III+ z miejscem V:) prowadzę ja. zrobiliśmy prawdziwy speed climbing. Dawno temu to była moje pierwsza droga w Sokolikach:)
11. Kroczek V, prowadzi Rasz. super dróżka na Sokoliku Małym. żeby ją zacząć trzeba zrobić tytułowy "kroczek" nad przepaścią
12.Filar Wiewiórek, V+, prowadzę ja. droga legenda:) tak legendarna i stara, że zarosła krzakami;) w dodatku trzeba klinować w rysie, nie ma innych chwytów. rzadkość w Sokołach;)
w ostatnich minutach
13. Wariant R, VI.1, prowadzi Rasz. kiedyś pierwsza droga w tym stopniu w Polsce. fajny wspin przez okapiki po krawądkach.

Ten oto wspaniały zestaw dał nam 11 miejsce (trochę ponad 600 punktów) wśród 27 zespołów, czyli nieźle jak na tak długą absencję od wspinania. Pierwszy zespół zrobił 39 dróg i ponad 1900 punktów. respect.
Za rok ciśniemy 1000 metrów!





p.s. zapomniałem dodać, że Zwierzu z partnerem zajął 9 miejsce, a poza tym jest mistrzem w karaoke Metallica;)

5 października 2011

Lądek Zdrój

fot.Monia Strojny?
Deja vu. znowu biegnę pod górę i znowu mi serce z orbity wyskoczy. nogi bolą. co się dzieje? przecież powinno być zupełnie na odwrót. na technicznym zbiegu udaje mi się wyprzedzać i jakoś nadganiać a pod górę jestem jak zwyczajna dętka. w dodatku zupełnie zflaczała.

Do Lądka Zdroju zostaliśmy zaproszeni z Agą przez Macieja Sokołowskiego, nowego organizatora kultowego już przeglądu filmów górskich. To miał być mój pierwszy, większy oficjalny pokaz slajdów z wyprawy. Wcześniej już była rodzinna prezentacja w Stowarzyszeniu mojej mamy i urodzinowy pokaz w Warszawie w fajnej knajpce Południk 0. Teraz to już slajdy z prawdziwego zdarzenia. Niestety trochę pechowo się zbiegło ze slajdami Oli Dzik, która spodziewanie, zgarnęła większą część publiczności.
Przyjechaliśmy razem ze znajomym z KW i na wstępnie otrzymaliśmy "pakiet vipowski" z piękną piersióweczką z logiem festiwalu:) Generalnie przez 4 dni puszczane są filmy, pokazy zdjęć, prelekcje i warsztaty o szeroko pojętej tematyce górskiej. Dodatkowo w sobotę odbył się Lądek Trail, bieg górski na dystansie 15 kilometrów. Na starcie śmietanka biegaczy Salomona, górale, ultrasi, rajdowcy i himalaiści. Niezła mieszanka. Zaskoczenia nie było i przybiegłem ciężko dysząc w połowie stawki. Zbiegi mi już nieźle wychodzą, ale podbiegi to jakaś porażka. Abstrahując od tematu Lądka to wróciłem w końcu do treningów biegowo-wspinaczkowych.
W niedziele miałem pokaz, który mimo niezbyt wielkiej publiczności mogę chyba uznać za udany. Wizytówki firmy rozeszły się jak świeże bułeczki:)


7 dolin z perspektywy kibica

fot.Ola O. przyszła super-fotografka

nóg nie czuje, serce przyspieszyło chyba do maxHR i choćbym z całych sił próbuję to nie mogę dogonić tego ryżego dzieciaka lat chyba 12, który finiszuje kilkadziesiąt metrów przede mną. porażka. czuje się jak przejechany pociągiem, a "przebiegłem" tylko 2,6 km pod górę. Jedyny pozytyw to taki, ze utwierdziłem się w przekonaniu, że start w Ultramaratonie 7 dolin by mnie prawdopodobnie zabił:)

Rajd Wertepy z trudem, bo z trudem, ale jakoś przeżyłem. Teraz zbliżał się wielkimi krokami tzw. start sezonu w ultra w Krynicy i naprawdę bałem się, że nie podołam. Wyprawa widocznie odcisnęła dużo większe piętno na mnie niż myślałem. Co z tego, że jestem lekki skoro straciłem tez sporo mięśni, które tę lekkość mogą pod górę pociągnąć. Przekonałem się o tym drastycznie własnie na Biegu na Jaworzynę Krynicką. Zdecydowałem chyba słusznie, że nie wystartuję w Ultramaratonie i w zamian pobiegłem na "krótkiej i lekkiej" trasce, która wypruła ze mnie flaki. W sumie dobiegłem na 21 miejscu ze stratą 7 minut do prowadzącego. Zarobić taką stratę na 2,5 kilometra to naprawdę wybitny sukces:/

Resztę czasu spędziłem na ostatnim punkcie odżywczym ultramaratonu obserwując jak przebiega rywalizacja. Jeszcze zanim dotarłem minąłem biegnącego już na metę Jana Wydrę, który bynajmniej nie wyglądał jak superbohater który nad kolejnym zawodnikiem zrobił 40 minut przewagi! Potem pojawił się Maciek Więcek, ale zdecydowanie bardziej obolały niż Wydra. Następnie starszy, doświadczony biegacz Swoboda, a nie długo potem totalnie zmasakrowani Piotrek Hercog i Flekmus. Kiedy pojawił się wesoły i ciągle biegnący Michał Jędroszkowiak vel "człowiek słoninka" to wiedziałem, że ich zdąży dogonić i rzeczywiście na metę wbiegł czwarty. Była też Magda Łączak z ukrytym motorkiem w tyłku, bo inaczej nie da się wytłumaczyć dlaczego zajęła 8 miejsce w generalnej klasyfikacji! gratulacje! Zaskakująco dużo znajomych twarzy brało udział w ultramaratonie. Byli m.in. znani z innych postów Bela i Grzesiek Łuczko, byli inni rajdowcy i oczywiście była Aga z którą dokuśtykałem do mety. Dokuśtykałem, bo zdążyła sobie skontuzjować kolano do stopnia "niechadzalności" i mimo wszystko jeszcze pobiegła do końca. Pozostawiam bez komentarza wole walki Agi i innych dziewczyn zresztą też. Tylko dodam, że trzy z  nich które znam albo zemdlały kilka razy wieczorem po zawodach albo rzygały cała noc (bo wymiotami się tego nazwać nie da). Ze zmęczenia. Jakoś nie przypominam sobie żebym kiedyś doprowadził się do takiego stanu... gratulować czy pożałować?:)

p.s. fotki chociaż próbowałem kilka razy za Chiny nie da się obrócić:)


5 września 2011

Rajd Wertepy Trail 2011

(na mecie tryskamy radośćią fot.org)

Dopiero co wróciłem z dwumiesięcznej wyprawy. Kilka kilogramów chudszy i bez nadmiaru energii postanowiłem wystartować w rajdzie przygodowym Wertepy Trail.pl. Właściwie grzech byłby nie wystartować, bo zawody są raptem pod Poznaniem. W dodatku rajdów w tym roku jak na lekarstwo, więc tak naprawdę nie było wyjścia i musiałem zdjąć pajęczyny z roweru. Trasy są w gruncie rzeczy dwie i trzy kategorie. Startujemy wiadomo w dłuższej, ale w dwójkowym zespole razem z Aga. Nie ma za bardzo czasu na szybkie stworzenie czteroosobowego zespołu, ale zgodnie stwierdzamy, że przecież możemy się i tak z czwórkami ściągać skoro trasa ta sama.  Jakoś przy tym stwierdzeniu nie przyszło mi do głowy, że przecież mój rower stoi nie ruszany od 3,5 miesiąca na balkonie (bynajmniej na innym nie jeździłem), nie biegałem od dwóch (chociaż faktycznie chodziłem po górach) a na rolkach byłem tylko na rajdzie On-Sight i przejechałem się 2 razy dookoła Malty (na Wertepach  Remik zaplanował 50km etap rolkowy). Jednym słowem do zawodów jestem gorzej niż nieprzygotowany.  Pozostaje mi wystartować z nastawieniem „co będzie to będzie”
W piątek, czyli dzień zawodów, serwisujemy rowery. Mój  doprowadzam po prostu do stanu używalności. Robimy jakieś szybkie zakupy i wieczorem w bazie. Dętki i kompas pożyczamy, bo nie da się przecież o wszystkim pamiętać. Baza harcerska w Imiołkach nad jeziorem Lednickim jest bardzo klimatyczna. Do naszej dyspozycji są domki zuchów (i ich malutkie krzesełka), na środku placu pali się ognisko, a Remik Nowak chodzi i opowiada jaką wspaniałą trasę dla nas przygotował. Prosta nawigacja, zero piachu, rower to na pewno wyjdzie 30km/h średnia, całość można przejść bez zamoczenia nawet podeszwy buta. Tu należy wspomnieć, że na poprzednich Wertepach niektórym udawało się nie zamoczyć głowy. Ogólnie opis brzmiał co najmniej podejrzanie. O 23 dostajemy mapy, start równiutko o 24 (trasa Open startowała następnego dnia). Z mapy wynika, że jadąc na rolkach (bo można też biec) wyjdzie 170km. Według Remika, przewidywany czas zwycięskiego zespołu to 13-14h. Trochę się nie możemy zorganizować i na starcie stajemy zaraz przed 24. Ponieważ najczęściej zdarza mi się popełniać błędy w nawigacji na początku postanawiamy bacznie obserwować posunięcia faworytów, czyli połączonych sił teamu 360 i Code 34. Jak na faworytów przystało już na pierwszy punkt obierają zły wariant tracąc kilka minut. My jak te barany pojechaliśmy za nimi po kilku kilometrowej piaszczystej drodze, którą można było objechać asfaltem. Różnica jest taka, że oni przycisną na rowerze  i odrobią stratę, a ja wylewam z siebie siódme poty próbując utrzymać tempo Agi, a i tak zajeżdżamy na punkt już 15 minut w plecy. Potem jest już tylko gorzej. 30 kilometrów na rowerze w dobrym tempie to jest na dzień dzisiejszy mój maks. Potem chociaż pedałuje jak dziki osioł i zagryzam zęby to i tak oglądam Age która bez trzymanki  jedzie daleko z przodu i spogląda na zegarek.  Żenada po prostu. Po drodze jeden z punktów znajduje się na skarpie przy rzece-bagnisku. W okolicy biega już kilkanaście zespołów próbując go zlokalizować w środku nocy. Ktoś tam krzyknął, że jest więc cała wataha ruszyła i go podbiła. Ja w tym czasie byłem po drugiej stronie rzeki i nie świadomie poszedłem „na skróty” które okazały się trzcinami wysokimi na 3 metry i bagno po kolana. Jednak zamoczyłem trochę więcej niż podeszwy. Kolejne minuty do tyłu. Już dawno zacząłem czuć tyłek, który w tym momencie boli mnie tak bardzo, że nie mogę się skupić na nawigacji. Do tego odcinek po torach kolejowych wcale nie pomaga. Staram się stawać jak najwięcej na pedałach co kończy się glebą na tory i obitymi goleniami. Pierwszy przepak, raptem 60km od startu a my jesteśmy na 6 pozycji w kategorii profi ze stratą kilkunastu minut do następnego zespołu (sic!) i oczywiście wszyscy mastersi przed nami. No, ale na szczęście teraz biegniemy. Ciśniemy mocnym tempem i 8km BnO robimy wzorowo oprócz ostatniego punktu na którym kilka minut kręcimy się w kółko. Na kolejny rower ruszamy na 4 pozycji razem z zespołem Navigatoria z trasy masters. Niby tylko 30km roweru, ale jestem na limicie. Tyłek, teraz to już musze napisać, DUPA to mnie tak boli, że koszmar. Nawet na chwile nie mogę utrzymać się „na kole” Agi. Jest już jasno więc chociaż na nawigacji nie muszę się tak skupiać. Jakoś dociągam do przepaku, ale wzięła nas jedna dwójka i mastersi odjechali. Spotkaliśmy tylko ostro wkurzonego Michała Jędroszkowiaka z teamu Inov-8, który gdzieś zapodział resztę zespołu. Szybka bułka z kurczakiem, banan, batony, izotonik, zakładamy rolki i jakimś cudem na trzeciej pozycji ruszamy na trasę. Aga oczywiście z przodu robi „tunel”. Po kilku kilometrach spotykamy jadący w przeciwną stronę zespół Lurbel  i nie daleko za nimi pierwszy team z kategorii Profi zespół Mod-x. Wygląda, że ostro napierają na rolkach. W głowie liczę sobie, że mają przynajmniej 40min przewagi, czyli nie ma szans żeby ich dogonić. W drodze do pierwszego punktu rolkowego mijamy drugi team. Tutaj włącza nam się światełko i zgodnie stwierdzamy „łykamy ich!”. Aga zanim łyknęła to zalicza glebę i z siniakami ciśniemy dalej. Etap rolkowy jest super! Asfalt w większości jak masełko, kilka odcinków można skrócić biegiem i do tego dwa zadania specjalne. Na zjeździe na moście doganiamy drugi team z Profi i Nawigatorie z Masters. Z nową energią ruszamy dalej. Drugie zadanie specjalne to przeprawa przez jezioro. Jedna osoba na pontonie druga wpław. Tutaj też nie ma zaskoczenia i Aga płynie sobie kraulem, a ja próbuję dogonić ją na pontonie.  Mimochodem pytam jak daleko przed nami są liderzy Profi. Okazuje się, że dopiero co skończyli zadanie! Patrzymy na siebie i znowu dochodzimy do tego samego wniosku… „łykamy ich”. Bierzemy rolki pod pachę i biegniemy. Po 2-3km dobiegamy do asfaltu i zastajemy chyba zaskoczony zespół mod-X. Obieramy taktykę „udajemy, że wcale nie jesteśmy zmęczeni” i mijamy ich po kilu kilometrach jazdy. Najwyraźniej taktyka zadziałała, bo  cały czas się oddalamy. Na przedostatnim punkcie rolkowym widzimy zespół Lurbel. Tym razem z „łyknięciem” może być problem, bo mają jakieś 15 minut przewagi, ale i tak Aga włącza piąty bieg. Ja, że posiadam tylko 4 przełożenia to zostaje znowu w tyle;) Dojeżdżamy do bazy, zostały nam dwa krótkie etapy: kajak i BnO.  Team 360 code34 już dawno na mecie, a my gonimy trzeci zespół masters. Pierwszy raz płyniemy na kajaku razem, ale jakoś nam idzie. Nie możemy znaleźć pierwszego punktu w trzcinie więc płyniemy na kolejny i wracamy potem. Trochę to źle rozegraliśmy także już nikogo nie dogonimy, ale walczyć trzeba do końca. Bieg na orientację przebiegamy bez błędów i po 15h i ??? minutach wbiegamy a metę jako pierwszy zespół w kategorii Profi. Dla mnie było to bardzo ciężko wywalczone zwycięstwo, zresztą pierwsze w mojej karierze w rajdach przygodowych. Dla Agi było to raczej popołudniowa wycieczka...
Zawody zorganizowane super i etap rolkowy na pewno wyznaczył nowe standardy na rajdach. Dzięki ogromne dla orgów i wolontariuszy. Remik bezbłędnie przewidział czas pierwszego zespołu masters i pewnie gdyby nie błędy w nawigacji to może nawet sprawdził by się opis jego trasyJ
Podsumowując nasz występ to cieszę się, że walczyliśmy do końca, ale niezły obciach, że przyjąłem rolę dziewczyny w zespole.  Czasem trzeba robić coś wbrew naturze, żeby osiągnąć sukces;)

28 maja 2011

KIERAT na letko

fot.Jacek Deneka


Buty mokre, nogi zabłocone, środek nocy i dookoła na stokach stromego lasu kilkanaście chaotycznie świecących czołówek. Każdy szuka czegoś co na mapie widnieje jako „Diabelski Kamień”. Nie ma go raczej tu gdzie powinien być no ale gdzieś być musi więc biegamy w te i wew te licząc na cud odnalezienia. Ktoś na szczęście znalazł i był na tyle łaskawy, że przekazał wieść innym. Jest tam daleko na górze. Kamień, do diabła.

To dopiero trzeci punkt, a mamy już za sobą dwa głupie błędy nawigacyjne. Wszystko z powodu tak zwanej sugestii grupy. Zgodnie z przysłowiem „jedzcie g*wno, miliony much przecież nie mogą się mylić” pobiegliśmy tam gdzie grupa przed nami zamiast tam gdzie trzeba. Daleko z przodu cała śmietanka z Maćkiem Więckiem i Michałem Jędroszkowiakiem na czele. Są navigatorzy, jest stary znajomy z wielką łydą Irek Waluga, są mocni lokalsi i cała gama silnych zawodników. Razem z nami napiera  Ola Dzik, która dzielnie walczy i przygotowuje się do wyprawy na Gasherbrum.
Czołówka narzuciła ostre tempo od samego początku i szybko znikają z pola widzenia.  Choć mnie, aż stopy świerzbią żeby ich gonić postanawiam trzymać się razem z Agą i zacząć spokojnie.  Plan to powolutku łykać kolejnych zawodników i zacząć wyścig od połowy. Jak Scott Jurek.  Na razie jednak wszyscy nas łykają. Na drugim punkcie jesteśmy poza pierwszą 50siątką. Nie wygląda to dobrze. Napieramy jednak żwawo nie popełniając już większych błędów w nawigacji. Nocą biegnie się szybko, a dzięki dużemu zagęszczeniu zawodników  na początku cały czas spotyka się kogoś ciekawego.  A to chłopaki traithloniści, a to jakiś gość co opowiada jak nienawidzi litwinów, ale rok rocznie jeździ do Wilna na maraton. Gdzieś tam znajoma twarz, chłopak z którym startowałem w przywoływanej już „ekstremalnej dwójce”. Wreszcie łączymy się z Wojtkiem, który startuje w Kieracie po raz 3 i zna tereny na wylot. W połowie trasy, na 50tym kilometrze i po 7,5h napierania meldujemy się już na 18stym miejscu! Trochę zawodników łyknęliśmy. Do tego zaraz przed nami jest pierwsza kobieta na trasie – Justyna Frączek z zespołu code34. Pojawia się zatem cel tego biegu, powalczyć o pudło w kategorii kobietJ Agnieszka startuje po raz pierwszy na tak długim dystansie do tego w od razu w górach. Ja czuję się świetnie i zaczynam zbiegać stromą ścieżką ze świadomością, że wyścig dopiero się zaczyna. Niestety nogi Agi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Najpierw skurcze które ograniczają zbiegi, a potem jeszcze gorzej. Na jej odmoczonych stopach pojawiło się kilka odcisków, które podczas biegu asfaltem pękły… Przymusowy postój na zmianę skarpet. Kiedy zobaczyłem jak to  wygląda to mnie zmroziło. Trochę jak scenka z filmu GORE. Dla mnie oznaczałoby to jedynie rezygnację, dla Agi jedynie powód do mocniejszego zaciśnięcia zębów. Na następnym punkcie sporządzam prowizoryczne opatrunki  z plastrów compeed i folii po bułkach z serem. Przechodzimy z biegu do chodu i tak już niestety do przedostatniego punktu. Zaczęli łykać nas, ale to w sumie nic dziwnego skoro nie biegniemy. Trasa zaczyna się dłużyć. Mnie zaczyna łapać typowy sleepmonster, czyli zasypianie niezależnie od okoliczności. Przysypiam co kilka kroków. Zapijam jednak guaraną extreme,  zrobił się dzień i wszystkie potwory uciekły. Dreptamy sobie pod górkę i z górki nadrabiając bieganie kreatywną nawigacją z pomocą Wojtka.  Aga cierpi bardzo, aż momentami serce się kraja. Przestajemy przejmować się samymi zawodami i odliczamy kolejne kilometry w kierunku mety. Kolejny postój niedaleko jednej z licznych tu, odciętych od świata wsi. I tu zdarza się cud. Trudno powiedzieć  czy z pomocą końskiej dawki guarany, magnezu i środków przeciwbólowych czy też z pomocą siły wyższej. W każdym razie Aga zaczyna BIEC. I to całkiem żwawo, a nie typowym ultramaratońskim świńskim truchtem. I tak biegniemy i zaczynamy łykać kolejne zespoły. Chłopaków z Compassu co zatrzymali się na piwko w sklepie. Potem Wojtka i Zbyszka z bikeboardu którzy długo z nami szli, a potem z nudów przyspieszyli i zostawili nas z tyłu. Potem jakiegoś pojedynczego gościa. I nagle okazało się, że możemy złamać  18 godzin. Ostatnie 5 kilometrów zbiegu finiszujemy na maksa. Widać Limanową, widać kościół, przyspieszamy, jest most, jest dom kultury i jest Meta!  Trzeba jeszcze dotrzeć do małej salki, odebrać bezceremonialnie wyręczany dyplom i medal i koniec. 18h i 4 minuty.
Zajmujemy odpowiednio 24 i 25 miejsce na 578 startujących. Aga mimo, że przybiegła jako czwarta kobieta (trzecie była czeszka) dostaje puchar i tytuł drugiej vicemistrzyni w mistrzostwach Polski pieszych maratonów na orientację.
Skłamałbym gdybym napisał, że jestem zadowolony z wyniku. Nie ma sensu zastanawiać się co by było gdybym ścigał się od samego początku. Udowodniłem sobie tylko, że przebiegnięcie 100 kilometrów nie musi wiązać się  z bólem i cierpieniem, ale może być zaskakująco przyjemnym doświadczeniemJ Dzięki wszystkim, znanym i nieznanym osobą spotkanym na trasie za wspólną walkę i niezłą zabawę. Za rok wracam i walczę o pudło;)

p.s. jakieś nasze zdjęcia może pojawią się w późniejszym czasie
p.s. +3 punkty do UTMB;)

5 kwietnia 2011

23 sekundy szybciej

zdjęcie z bieganie.pl, ja gdzieś tam daleko z tyłu
O tyle właśnie poprawiłem mój rekord w półmaratonie z przed kilku lat kiedy biegłem w Genui. Zważywszy, że wtedy raczej mało trenowałem, a moja aktywność ograniczała się głównie do całonocnych wyjść na miasto i leżenia plackiem na plaży można by założyć, że wynik raczej słaby...

A wcale nie było łatwo.
Dzień wcześniej w ramach "carbo loadu" czyli napakowania się węglowodanami, zjadłem fatalne spaghetti na jeszcze bardziej nieudanej Pasta Party, które to odbywało się w Hali Arena. Potem dobiłem się jeszcze zapiekanka z penne, kurczakiem, cebulą, szpinakiem i co tam jeszcze nie było , zapełniając bak wielką szarlotką z lodami. Wydawało mi się, że po takim żarciu, energii powinno mi starczyć przynajmniej na ultramaraton. Tymczasem skutek był odwrotny do zamierzonego. Po dziś dzień mam stresujące odgłosy w żołądku, a dzień po maratonie spędziłem rekordowe 2 godziny siedząc "na desce".
Z uczuciem, że "zaraz coś ze mnie wyjdzie" ruszyłem z impetem razem ze znanym już Grześkiem Łuczko w kierunku Mety.  Plan był taki, żeby biec za pacemakerem (gościu z balonem, który biegnie dokładnie na konkretny czas, w naszym przypadku 1h 30min) do połowy, a potem ruszyć z kopyta tak, żeby te 2-3 minuty pobiec szybciej drugą połówkę. W między czasie dobiegł nas Bela, który spóźnił się na start, ale że chłopak mocny jest niesłychanie to naszym tempem mógłby biec tyłem (co czasem zresztą robił). Zgodnie z planem po połowie ruszyłem szybciej w towarzystwie Beli, bo Grzesiek się gdzieś zapodział. Bela swoją klatą osłaniał mnie od morderczego wiatru prosto w twarz (tzw.mordewind),  a ja patrząc tylko na jego skarpetki cisnąłem ile się da. 16 kilometr i Bela pobiegł w siną dal, a ja zostałem sam na sam z mordewindem. Dawałem sobie jeszcze zmianę z pewnym łysawym gościem, ale czułem, że zapasy energii ulegają znacznemu deficytowi.
2 kilometry przed meta, kiedy powinienem zacząć finiszować czułem , że już pary mi brakuje. Spiąłem pośladki i jeszcze kogoś dałem rade wyprzedzić, ale to pewnie dlatego że prawie stał w miejscu. Czas na mecie (oficjalny) 1h29min15sek. Tym razem nie mam mroczków przed oczami, ale dyszę ciężko.
Chwile za mną jest gościu z balonem (moja taktyka się nie powiodła), Grzesiek jest kilka minut potem a dalej kolejne znajome twarze. Magda co biega z nami w środy. Ludzie ode mnie z roku. Przybiega w końcu Aga (zaraz za wielką grubą babką), potem jest też Piekarz z Avany, Michał z KW Warszawa i kilku innych jegomości. Na rolkach przyjechali też specjalnie z Dąbrowy, Polly z Elvisem. Także bardzo wesoły poznański weekend:)

Po wielu przemyśleniach stwierdzam, że czas mam kiepski, bo: nie wypocząłem po On-sighcie, wiało mi w twarz, niezaaklimatyzowałem się jeszcze do wyższej temperatury (było ponad 20 stopni) no i "coś chciało ze mnie wyjść" i walczyłem bardzo żeby nie wyszło...

dzięki Bela za pociągnięcie mnie przez kilka kilometrów z najgorszym miejscu!
Zrobiliśmy sobie z Aga i Grześkiem plan treningowy, jak wyjdzie chociaż jego cześć to będziemy niezniszczalni!:)
p.s.może będą jakieś dodatkowe zdjęcia potem

28 marca 2011

Rajd On sight


Poniżej relacja która mam nadzieje, znajdzie się także na portalu napieraj.pl
-------------


Chłodno, piach, deszcz, śnieg, błoto, grad, zimna woda, mokro, zimno. bardzo zimno. Szczęka mi lata na wszystkie strony. Jesteśmy na jedynym przepaku w którym można było coś zostawić. Nie ma się jednak niestety gdzie ogrzać. Zaraz zmienimy przemoczone do suchej nitki ubrania i może odżyjemy. Jeden żel, drugi żel, ryż z kurczakiem zapijamy coca-colą i mamy wrażenie, że rajd dopiero się zaczyna. Napieramy!

To już trochę ponad połowa rajdu On-Sight. W tym roku nie ma za dużo możliwości żeby się pościgać więc do Lubniewic zjechało całkiem sporo mocnych zespołów. 32 teamy na trasie Speed nie pozostawiały złudzeń, że będzie szybko i ciężko. Na odprawie wszyscy dowiadują się jednak od Kuby Wolskiego, że wcale tak szybko nie będzie. Do zaliczenia 66 punktów kontrolnych, trudna orientacja, wymagające zadania specjalne i do tego pogoda jak w kalejdoskopie. Kuba twierdzi, że według jego szacunków wszystkie punkty uda się podbić jedynie 30% zespołów. Uprzedzając fakty okazało się, że przewidział wszystko co do jednego procenta. Całość punktów zebrało jedynie 11 ekip.

Nasz zespół PocoLoco AT wraca do rajdowania po ponad 3 latach przerwy. Zespół to może trochę za dużo powiedziane. Biegliśmy wcześniej tylko raz razem, właśnie 3 lata temu na Wertepach. Karol startuje z chorobą i właściwie nie trenował przez całą zimę, ja z kontuzją, która zadziwiająco mi przechodzi po terapi szokowej w postaci 17h ściagania. Za cel obieramy sobie po pierwsze dobrą zabawę (kwestie czy na rajdach tego typu w ogóle można się bawić pozostawiam do dyskusji), a po drugie powalczyć o pierwszą dziesiątkę. Z naszymi dolegliwościami, moim pożyczonym rowerem, zagrzybiałym bukłakiem (również pożyczonym, dzięki Aga;) i ogólnym brakiem formy to i tak wydawało się mało realne. W myśl zasady „do ambitnych świat należy” ruszamy truchtem w stronę pierwszego Punktu Kontrolnego

NOC

Nie wygląda to dobrze. Już na pierwszym punkcie widać chaos kilkudziesięciu czołówek szukających dołka w lesie. Potem jakieś wąwozy, dziury, bieganie „na azymut” przez chaszcze czy przejście po spróchiałym drzewie nad rzeką, żeby czasem za wcześnie butów nie zamoczyć. Niby scorelauf , a każdy biegnie A,B,C,D i tak dalej. Remik z Kiełbasą jak zwykle kreatywną orientacją łączą różne litery alfabetu i po pierwszym BnO na 10km prowadzą. My dobiegamy do rowerów na 7 miejscu. Z myślą, że jest zajebiście i lepiej być nie może.
Rower dla mnie zawsze był i będzie tragedią. Choć nie wiem jak bardzo się będę prężył to albo mnie skurcz łapie, albo widzę plecy wyprzedzających mnie dziewczyn. Teraz w dodatku jest jeszcze kupa piasku i jakby atrakcji było za mało zaczęło siąpić deszczem. Dowlekamy się na kolejną zmianę. MTBO nazwane, nie bez powodu, „Mordęga” okazuje się Męczarnią. Orientacja trudna (przynajmniej w naszym mniemaniu), podejścia (bo podjechać to szans często nie było), gałęzie w szprychach i do tego z lekkiego siąpania zrobił się ostry kapuśniak. Mimo kilku błędów na kolejnej zmianie meldujemy się na 6 miejscu razem z Natural Born Runners.
Na samą myśl o kolejnym etapie boję się wziąć mapę do ręki. Oryginalna kopia mapy do Mistrzostw Polski Wojska Polskiego. Nie wiem czy oni też biegali w nocy w takich warunkach i ile im to zajęło, ale my chyba na żołnierzy się nie nadajemy. Pierwszy PK spoko, na drugim już gorzej, a na trzecim pomyliłem północ z południem. Z opresji ratuje nas Lurbel Adventure. Dalej już lepiej, jak przecinaki tniemy gęstwiny lasu. Raz rzadkiego i wysokiego innym razem gęstego młodnika, który w deszczu nie pozostawia na nas suchej nitki. Mijając się z wyżej wspomnianymi ekipami docieramy do zmiany na 5 miejscu. Za nami napierają dwa kolejne teamy. Zrobiło się naprawdę zimno...

RANO

Ponoć są 2 stopnie Celcjusza. Wszyscy są doszczętnie przemoczeni, a do przepaku zostały jeszcze 3 etapy. Kolejny rower. Palce odmarzają nam na tyle, ze musimy się zatrzymać i rozgrzewać kilka minut żeby wróciło do nich czucie. Mamy tylko po jednej parze cienkich, od dawna już przemoczonych rękawiczek. Tniemy ewidentnym wariantem i nie wiadomo jak lądujemy na bagno- rzece bez przejścia. W dodatku wylądowałem lotem koszącym nad kierownicą twarza w kupie ziemi, łamiąc przy okazji mapnik. Dalej na rowerze nawiguje Karol. Znajdujemy drogę i docieramy na kolejną zmianę.
Tu dzielimy role. Ja biegnę na BnO , Karol na MTBO. Znowu nieewidentna orientacja. Łapię pierwszy kryzys, zapasy glikogenu sięgnęły dna, a isostar i żele się właśnie skończyły. Jakoś doczłapuję do zmiany, Karol wraca w tym samym momencie i bez odpoczynku (a bardzo na to liczyłem) tniemy do stefy zmian. Spadamy na 6 pozycje.
Mimo wszystkich przygód Jojo, który siedzi na przepaku, mówi że wyglądamy najlepiej z dotychczasowych zespołów. Skoro tak to może by jednak trochę przycisnąć? Po 20stu dygocących minutach, wspomnianych na początku żelach i kurczaku, bierzemy rolki i ruszamy w pogoń.


POGOŃ

Tytuł brzmi dumnie, ale jakieś filmowej pogoni nie było. Po prostu w dobrych nastrojach ruszyliśmy przed siebie. Na rolkach łypie mnie w plecach tak, że prawie podjeżdżać nie mogę. Asfalt jest, tak jak zapewniali organizatorzy, gładki jak masełko. Na rolkach byliśmy wcześniej tylko raz na przejadżce wokół poznańskiej Malty, a wcześniej to pewnie z 5 lat temu. Mimo tego wydaje mi się, że suniemy równo, ale to pewnie dlatego że nie mamy porównania. Dosunęliśmy do kostki brukowej, krótki bieg i jest kolejna zmiana. Długo oczekiwany trekking z tajemniczymi bunkrami po drodze. W pierwszym siedzą jeszcze 2 zespoły, więc zakładamy, że nie może być za łatwo. Okazało się, że jacyś goście ubrani w moro od stóp do głow zrobili sobie libację alkoholową i wynieśli jeden lampion, który bezskutecznie probowały odnaleźć inne zespoły. Jeden z jegomościów powiedział, że znalazł go „na lewo od Wampira, po schodach przy dziurze”. Wampirem okazała się postać namalowana na ścianie, co w tych ciemnościach robi niezłe wrażenie. W promieniach samotnej świeczki znajdujemy wiszący na ścianie dziurkacz. Dajemy namiary szukającemu jeszcze brakującego lampionu zespołowi Lurbel i ruszamy. Dalej na mapie widniały dwa bunkry do których wydawało się, że można łatwo trafić. Nic bardziej błędnego. Gubimy się strasznie, dochodząc do okopów z zaporą przeciwczołgową, która nas jednak nie zatrzymała. Ze świdomością, że straciliśmy cenne minuty docieramy do ostatniego bunkra, długo wyczekiwanego zadania specjalnego – 23 metrowego zjazdu i podejścia głęboko pod ziemnią. Okazuje się, że wyprzedziliśmy o dosłownie minutę Lurbel, a w środku są jeszcze chłopaki z Inov-8. Z racji tego, że obydwaj wywodzimy się ze środowiska wspinaczkowego zadanie wykonujemy błyskawicznie (jedyny moment kiedy wiedziałem, że robimy coś szybko:) i wychodzimy z bunkra przed resztą teamów. Z powrotem już bez wpadek. Dochodzi nas inov-8, ale że chłopaki nie mają rolek to robimy nad nimi z 10 minut przewagi. Tym razem sunie się idealnie i plecy o dziwo nie bolą.
Nieśpiesznie wychodzimy z przepaku zakładając oczywiście, że zostaniemy wyprzedzeni. Obieramy najkrótszy wariant. Niestety asfalt okazuje się być kostką brukową co zupełnie odbiera nam energię. Mimo naszego niezbyt szybkiego tempa Inov-8 bierza nas dopiero przy punkcie 10. Zaczynamy robić głupie błędy nawigacyjne i plątamy się bezsesnu. W tak zwanym międzyczasie, Aga z Lurbela nagina szosą dookoła ze średnią równą prędkości światła i wodują kajaki na czwartej pozycji. Nie pociesza nas ta informacja, ale postanawiamy i tak cisnąć do końca, bo okazuję się, że Inov-8 nie wyszli jeszcze z przepaku.
17 kilometrów kajaka. Czasem słońce, czasem deszcz. Albo jak kto woli trochę śmiesznie, trochę strasznie. Łapie mnie typowy „sleepmonster”. Zaczynam snić na jawie i gadam sam do siebie po czym orietuje się, że przespałem dwa machnięcia wiosłem. Jeden punkt znajduję się w głębi lądu. Karol leci go podbić, a ja łapie się jedną ręką gałęzi żeby nie odpłynąć i zasypiam na kilka minut. Budzi mnie po chyba 5 minutach, a mam wrażenie, że przespałem całe zawody. Nie możemy znaleźć najbardziej oddalnego punktu i zza cypla wyjrzał właśnie goniący nas Inov-8. Mamy może tylko 3 minuty przewagi. Pełna moblizacja, czyli napieramy ile fabryka dała. Na jeziorze zrobiły się fale. Nie wiadomo czy przez wiatr czy przez nasz, sunący jak przecinak kajak. Nakręcamy się tak, że już dawno straciłem czucie w palcach, a z każdym machnięciem wydaję z siebie nie frasobliwe „uch!”. Szybka przenoska się przedłuża przez dygoty ciała i kaczy chód spowodowany moimi obtarciami pachwin. Wbijamy ostatni punkt i już z zapasem docieramy do brzegu. Dostajemy szampana, bo na mecie meldujemy się po 17h30min jako 3 zespół w kategorii MM. Jesteśmy szczęśliwi.

KONIEC

Karol zalicza podręcznikowy zgon. Końcówką kajaka wyeksploatował się do dna. Ma gorączkę, trzęsie się z zimna i gada od rzeczy jeszcze kilka godzin po zakończeniu rajdu. Przedstartowa choroba dała mu 17 godzin wolnego, żeby teraz zebrać swoje żniwo. Na szczęście na drugi dzień jest już ok. Wystarczyły tylko dwa powiększone zestawy z McDonalda i od razu wracamy do pełni sił;)
Pozostaje mi podziękować Karolowi za pozytywne nastawienie i niezwykłą wolę walki,dzięki któremu tylko udało nam się ten rajd ukończyć na tak wysokiej pozycji. Doskonale się uzupełnialiśmy na orientacji, bo albo ja albo on robiliśmy błędy, ale nigdy w tym samym czasie:)
Dziękujemy ogranizatorom za super rajd, który dał szanse na walke zespołom z mniejszą łydką.
Mam nadzieję, że ów historia obrazuję iż nawet zupełni średniacy, jak my ,mogą się liczyć w walce o szeroko pojętą „czołówkę”. Wystarczy tylko czerpać przyjemność z napierania i łatwo się nie poddawać. Nie zaszkodzi również odrobina ryżu z kurczakiem i ananasem na przepaku;)
--------------------------
to jeszcze na starcie

Dodam tylko, że 2 dni po czuje się ok. Trochę się przeziębiłem i mam zanik czucia w jednym palcu u ręki, ale ogólnie jest świetnie:) Zdjęcia może będą wkrótce

O innych "przygodach" w następnym poście