Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia 2010

85kg bagazu

3 placaki i torba. co jeden to wiekszy. Kolejnym łutem szczescia pan na check-inie  bierze moje 3 plecaki zamiast legalnych 2. Niestety zabrali mi moja maszynke do gotowania i musze prosic moja host zeby przeslala mi ja do Polski.  Na dworze leje jak z cebra. Do lotu zostala mi godzina. Jakos nie dochodzi do mnie ze wracam juz do domu...

W Seattle bylo dosyc leniwie. Miasto ktore kojarzy sie wszystkim glownie z muzyka grundge i siedziba Microsoftu ma troche wiecej do zaoferownia. O dziwo nie mozna znalezc tutaj za duzo miejsc powiazanych z Nirvana czy Peral Jam. W domu w ktorym zginal Kurt Cobain mieszkaja azjaci. W Seattle urodzil sie tez Jimi Hendrix, ale i w tym przypadku jego muzeum tu nie znajdziemy. Jego dom niedawno zreszta wyburzyli.
Moj tajny plan o wejsciu na Mount Rainer sie nie powiodl glownie z powodu fatalnej pogody. Udalo mi sie za to wyjsc na sciane wspinaczkowa z moja host. Pierwsze 15 minut szlo mi calkiem niezle, a potem sie tak zbulowalem ze do tej pory czuje miesnie przedramion. Trzeba chyba troche przypakowac na poznanskim azsie.  Zbiegiem okolicznosci okazalo sie ze niedaleko Seattle mieszka niejaka Gosia Ciepla, ktora skonczyla ten turystyke na UAMie. Mamy od dawna wspolnych znajomych, ale nigdy sie osobiscie nie poznanlismu, dopiero tutaj. Co ciekawe Gosia zdobyla Denali jakis tydzien po nas. Swiat jest maly. Bylismy w kinie na "127 godzin". Niesamowity film opowiadajacy prawdziwa histori pewnego goscia ktory zostaje uwieziony w canyonie w Utah. Bardzo dramatyczny i robiacy ogromne wrazenie. Ciezko uwierzyc ze to sie stalo naprwde. Polacam!

Nie jestem chyba gotowy jeszcze podsumowywac tej wyprawy. minelo az poltora roku a mam wrazenie jakbym jeszcze calkiem niedawno chodzil po ruinach Angor Wat. Mialem podrozowac samotnie, a praktycznie caly czas ktos mi towarzyszyl. Kolejna wyprawa zycia. Mam nadzieje ze nie ostatnia
Do zobaczenia w Polsce!

9 grudnia 2010

If you're going to San Francisco...



Nalezy sie uzbroic w duza dawke tolerancji. Tutaj mozna wszystko. Nikogo nie zdziwi golas idacy sobie niby nigdy nic ulica, albo latexowa para gdzie pani prowadzi pana-piesk na smyczy. Wszedzie roznosi sie zapach marihuany. Jest tez sporo bezdomnych, ale niektorzy z nich mimo tego ze nie maja domu to posiadaja Iphona i jezdza swoim samochodem. Jest np. taki "bushmen" ktory jest znany z tego ze straszy ludzi na ulicy. Chowa sie za krzakiem i robi "Buu!" na przechodzaca obok parke. Jest na tyle znany, ze ktos zaprosil go na Floryde zeby tam postraszyl ludzi, oplacajac bilet lotniczy i hotel. prawdziwy American Dream. Bushmen ma juz ponoc sporo kasy, ale nadal jest "bezdomnym"
Mieszkam u grupy studenciakow niedaleko parku Golden Gate. Natalie jest artyska. maluje, gra na gitarze, super spiewa i jeszcze lepiej gotuje (zrobila mi paste przed zawodami i ktora byla przepyszna mimo tego ze z pomidorami). Laura jest tak jak ja fantykiem filmowym wiec nie brakuje nam tematow do rozmowy. Rayan jest 100% gejem z rozbrajajacym poczuciem humoru. Jest jeszcze Brandon i Elisabeth ktorzy tez sa na swoj sposob orginalni. Jednym slowem, czuje sie jak u siebie:)
Po zawodach znowu troche schudlem wiec odbijam sobie jedzac codziennie w innej kuchni od tajskiej do amerykanskiej. Bylem juz w San Francisco 2 lata temu, wiec tym razem zamiast ambitnego zwiedzania wybieram spokojny chillout. Mialem okazje zobaczyc film Black Swan z Natalie Portman ktory bardzo goraco polecam. intensywny i dramatyczny, czyli taki jakie kino byc powinno.
W ostatni dzien spotykam sie z Kasia i Piotrkiem Kosmala. Piotrek jest chyba najbardziej utytulowanym zawodnikiem w adventure racingu. Razem z druzyna speleo team (Kasia tez z nimi starowala) wygrywal chyba wszystkie zawody jakie odbywaly sie w Polsce, a za granica byli nawet piatym zespolem na mistrzostwach swiata! ciesze sie ze malem mozliwosc spotkac sie w koncu z Piotrkiem osobiscie. wlasciwie to bylem nawet zaszczycony:) na obiad wciagamy Clam Chowder najwiekszy przysmak tej czesci ameryki.
A wieczorem 21wsze urodziny Natalie. To oznacza ze moze juz oficjalnie pic alkohol. No i pila prawie do upadlego.
Opuszczam z zalem San Francisco i wracam na kilka dni do Seattle. Cel: sprzedac samochod
nie dociera do mnie ze za niedlugo wracam do Polski. Troche sie zaczynam bac...

5 grudnia 2010

DNF



Te trzy litery widnieja przy moim nazwisku na liscie wynikow. Znienawidzony przez wszystkich zawodnikow skrot od "Did Not Finish". Nie wiem co wlasciwie sie stalo. Nie wiem na co moge zawlic wine. Sa poprostu takie dni kiedy wszystko idealnie sie uklada, a sa kiedy nic. Tak jak dzisiaj. Czy to przez te badania? przez to ze spalem 2h tylko? czy moze przez tabletki, ktorych nigdy nie bralem a mialy pomoc moim miesnia przezwyciezyc bol? Pokladalem ogromne nadzieje w tych zawodach. Przebieglem przeciez 50 mil w Squamish w 9h i od tego czasu sporo trenowalem, mialem wiec nadzieje ze bede mogl powalczyc o 8-8.30h. Stresowalem sie bardziej niz zwykle, ale zaraz przed startem udalo mi sie wyluzowac. Milem tylko dziwnie wysokie tempo. Start o 5:07! Ruszylem zaraz za Kasia ktora przyczepila sie czolowki kobiet. Od razu stawka sie rozciagnela z jakas 30sto osobowa grupa z przodu. Tempo ostre. Mialem wrazenie, ze wszyscy zapomnieli ze to bieg na 50mil a nie 10km i do tego biegiemy pod gore! Oddycham powoli, ale zerkam na pulsometr a tam wartosci ktore osiagam zwykle na finiszu ostrego, szybkiego treningu. Cos jest nie tak. Zwalniam, ale tetno wcale nie spada. Kasia juz mi uciekla. Na zbiegu troche odzyskuje sile, ale tetno caly czas bardzo wysokie. Mam nadzieje, ze uspokoi sie troche i potem zaczne gonic. W pewnym momencie trasa wiedzie wzdluz klifow nad oceanem. Akurat jest wschod slonca. Przepieknie. Niestety czuje ze nogi juz zaczynaja mnie bolec a to dopiero poczatek trasy! Kolejny, choc lagodny podbieg zakosami na szczyt gory. Normalnie taki podbieg wogole nie sprawilby mi problemu, teraz walcze z soba zeby nie zaczac isc. co sie ze mna dzieje? Zaczyna padac deszcz. mam dreszcze na calym ciele. Nagle dostaje dziwnej opuchlizny na rekach. czuje ze z twarza tez nie jest wszystko w porzadku. Potem skurcze ud. Chwile do zniesienia a potem tak silne ze musze stanac. Jestem w fatalnym stanie, podjerzewam ze przesadzilem z napojami enegetycznymu, gelami i tabletkami i teraz wychodzi. jakos dowlekam sie do przepaku. To dopiero 18 mila a ja jestem u kresu sil. przez 15min walcze z soba czy rezygnowac czy nie. Widze jednak tych kustykajacych zawodnikow, ktorzy wciagaja jakiegos precla i ida dalej i mysle ze nie moge sie tak szybko poddac. Ruszam dalej. To jedyny moment na tych zawodach z ktorego jestem dumny. Nawet moge troche pobiec, ale po chwili znowu lapia mnie kurcze. Po pewnym czasie mija mnie Kasia biegnaca w druga strone.Ma chyba juz godzine przewagi! Po kolejnych 12 milach zbiegow po zabloconej i sliskiej sciezce, a potem ostrego podejscia juz wszystko mi siada. Dochodze do przepaku na 32 mili po ponad 6 i pol godzinie. Zwyciezcy sa juz na mecie. Postanawiam ze nie ma sensu walczyc przez kolejne 5-6h po to zeby totalnie sie zajechac. Przebieglem juz kiedys 50mil, wiem ze moge. To po prostu nie byl moj dzien...
Jestem zly, smutny i strasznie zawiedziony. Myslalem ze bede walczyl z najlepszymi a przegralem nawet ze samym soba. Nie po raz pierwszy zjadla mnie ambicja. To straszne uczucie kiedy jest sie na lini mety, widzi sie tych potwornie zmeczonych, ale szczesliwych ludzi i miec swiadomosc ze mozna bylo byc jednym z nich.
Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, a zaczalem sie juz do tego przyzwyczajac.
Kiedys wroce do San Francisco i udowodnie sobie ze stac mnie duzo wiecej.

Kasia zajela znakomite 8 miejsce wsrod kobiet. Zwyciezylli, zupelnie nie spodziewanie, zawodnicy z Europy, z teamu Salomona. Dla mnie to byla ostatnia powazna aktywnosc przed powrotem do domu. Teraz juz tylko odpoczywam i zwiedzam.
Szkoda, ze nie udalo mi sie fajnie zakonczyc ten wyprawy. Moze to znak ze nie powinienem jej jednak wcale konczyc?;)
Pozdrowienia dla czytelnikow!

3 grudnia 2010

The North Face Endurance Challenge 50


Jutro wielki final mojej wyprawy. Ostatni okazja zeby sie porzadnie zmeczyc. Mimo, ze nie planowalem wycieczki do Kaliforni to dzieki wielu zbiegom okolicznosci stane na starcie chyba najbardziej konkurencyjnego ultramaratonu w USA. 10 tysiecy $ zwabilo najlepszych biegaczy ze wszystkich stanow i kilku zagranicznych twardzieli. Sa obydwoje zwyciezcy poprzednich edycji i rekordzista trasy Uli Steindl. Sa niesamowii bracia Skagg, jest mlody gniewny Dakota Jones, wreszcie Geof Ross, zwyciezca  i rekordzista trasy Western States i chyba naajlepszy ultramaratonczyk aktualnie na swiecie. Zabraknie niestety mojeo ulubienca, czlowiek ktory wyglada jak biegajacy Jezus (albo Forest Gump u konca swojego biegu przez USA) Anton Krupnicka.
Po stronie kobiet jest jeszcze lepiej i gdyby zadna nie byla ode mnie szybsza to nazwalbym to ogromnym sukcesem.  50 mil (okolo 82km) i ponad 6tys metrow przewyzszenia. super organizacja i doskonale zaopatrzone aid stations sprawia ze sa to naprawde szybkie zaody ultra. rekord to niecale 7 godzin.
Moim celem jest utrzymac tempo Kasi Zajac (twardej zawodniczki zespolu SpeleoSalomon) i byc na mecie szybciej niz w 9 godzin. moze powalczyc o pierwsza 20 stke? Zupelnie nie wiem czego spodziewac sie na starcie. Malo podbudowujcy jest fakt ze nie trenowalem ostanie 10 dni przez kontuzje, ale teraz czuje ze wszystko jest w porzadku. Bedzie walka. Moje poczynania mozna sledzic live na facebooku albo stronie organizatora. 

wczoraj rano zanim przyjechalem do San Francisco mialem kolejna porcje testow. Najpiew dmuchalem w rure przez 20min, potem pedalowalem podlaczony do EKG przez pol godziny, a nastepnie lezalem przez 90min z podlaczona dostawa 12% tlenu co symulowalo wysokosc 18tysiecy stop  (okolo 5500m npm).
to bylo troche meczace i rozbolala mnie glowa. dwa razy pobierali mi tez krew do analizy. Ogolnei rzecz biorac nie wiadmo czy wogle badania beda wazne, biorac pod uwage ze przez 1,5 roku znalezli tylko 4 osoby ktore mialy kiedys HAPE. w kazdym razie bylo ciekawie byc po raz pierwszy krolikiem doswiadczalnym.

Teraz jestem juz u mojego hosta z CS w domu w ktorym mieszkaja 3 dziewczyny i dwoch wesolych gejow. W koncu to San Francisco. Najabardziej chyba liberalne miejsce w jakim bylem. Mozna tu robic doslownie wszystko , chodzenia na golasa po ulicy wlaczajac.
trzymajcie kciuki, jutro Wielki Dzien!

2 grudnia 2010

nalot łysego orła



Zrobiło się bardzo zimno. brzegi rzeki pokryły się lodem po którym niezdarnie człapie orzeł. Bald Eagle oprocz tego, ze jest symbolem USA jest tez chetnie poszukiwany przez ornitologow. Zywkle trzeba jechac daleko na polnoc i trzymac kciuki ze jakis sie pojawi. W Squamish natomiast od listopada zaczyna sie ich tutejsze wakacje i praktycznie stadami przesiaduja na drzewach wzdluz rzeki. Do tego sa tak halasliwe, ze lokalni mieszkancy nie specjalnie ciesza sie z tego niesamowitego przyrodniczego spektaklu. 
To juz ostatnie dni w Squamish. Nasypało sniegu, The Chief przybral bialy odcien, a Atwell Peak wyglada wyjatkowo przystepnie. Krazownik slizga sie po drodze, bo w sumie kazda opone ma inna. Modle sie tylko zeby wytrzymal moja ostatnio podroz do Seattle. Niestety dopadla mnie jakas kontuzja piszczela i nie biegam od ponad tygodnia i moje morale przed zawodami spadlo proporcjonalnie to ilosc dni bez treningu. Nadrabiam basenem i wyciskaniem ciezarow co nigdy nie sprawialo mi specjalnej przyjemnosci.
Zakanczam swoja wspolprace z Valhalla Pure Outfitters wyjsciem na wspolne piwo. Zaskakujaco dostaje jeszcze wyplate za dni wakacyjne ktorych niby nie wykorzystalem i 140 dolarow do wydania na zakupy w sklepie. Udalo sie zapakowac do 3 plecakow i torby, o wcisiniecie tego do samolotu bede martwic sie potem. Po likwidacji konta bankowego, w potezne ulewie wyjezdzam ze Squamish. Nie moge uwierzyc ze minelo juz 5 miesiecy odkad po raz pierwszy z Benem stanelismy na szczycie Chiefa. Jestem pewny ze tutaj musze jeszcze wrocic. Wyjatkowe miejsce i wyjatkowe wspomnienia. Zreszta mam jeszcze kilka drog na liscie ktorych nie udalo mi sie zaliczyc w tym sezonie;)

tego krotkiego przejazdu do Seattle obawialem sie od dawna. nie dosc ze samochod jest nieubezpieczony to dzien w ktorym wyjedzam, konczy sie rejestracja naszego krazownika. Do tego te warunki a drodze. W Vancouver wskazowka temperatury silnika zbliza sie niebezpiecznie do maksimum. stoje w korku juz od pol godziny. zielone swiatlo, wjedzam na skrzyzowanie ale zostalem zablokowany przez samochod z przeciwnej strony. czerwone swiatlo, a ja jedyny stoje na srodku skrzyzowania blokujac zupelnie pas ruchu. pierwszy samochod ktory zablokowalem to... policja.  znowu zielone, wydostaje sie z tej stresujacej sytuacji, policja skreca wyraznie za mna. "no to koniec" mysle. rownaja sie ze mna i stajemy bok w bok na swiatlach. udaje ze wszystko w porzadku najlepiej jak potrafie, patrzac przed siebie. pojechali, ufff... co za ulga.
na granicy o dziwo bez zadnych problemow, jeszcze urzednik zyczyl mi powodzenia w ultramaratonie.
w Seatlle zatrzymuje sie tradycjnie u hosta z couchsurfingu Alison. zostawiam u niej samchod, jej wspolokator odwozi mnie na lotnisko i w kimono. lot o 7, przesiadka w Salt Lake City i laduje w Sacramento praktycznie przesypiajac caly lot. Odbiera mnie Mario, jeden z studentow bioracych udzial w badaniach.
Jenni ktora przeprowadza badania w ramach swojej pracy magisterskiej (tutejsze masters) ma 26 lat wiec jest jedynie rok starsza ode mnie. Wogle raczej laboratorium i pracownicy nie wygladaja tak jak sobie wyobrazalem. Taka sobie grupa luzakow, ktorzy zbudowali jakis aparat to mierzenia zamrozonego oddechu i robia badania. Zreszta zdalem sobie sprawe ze badania nie sa specjalnie profesjonalne kiedy nie potrafili mi do konca udzielic odpowiedzi na niektore nurtujace mnie pytania;) 
Pierwsze byly badania spirometryczne. wyszlo mi ze mam troche ponad 6l w plucach ale jakies inne wskazniki wyszly dziwnie niskie, ale mozliwe ze to z powodu ze zle dmuchalem;) potem lezalem na lezace i przez 20min zmniejszali mi ilosc podawanego tlenu az osiagnalem symulowana wysokosc ilus tam tysiecy stop. tutaj czulem sie zupelnie normalnie. na koniec mialem "niby" badania VO2max ktore byly dalekie od profesjonalnych. krecilem na siedzonym rowerku dopoki mialem pare w nogach. sek w tym ze nie o to chodzi w tescie na wydolnosc, bo przestalem z powodu bolu nog a nie problemow z oddechem i wysokim tetnem. moje V02max ztrzymalo sie na 50. Jenni twierdzi ze na bierzni wedlug tego moglbym wykrecic spokojnie ponad 60. musze to jednak kiedys sam sprawdzic.
Na wieczor dostalem duze burrito na wynos i zakwaterownie w calkiem przyzwoitym hoteli z wielkim lozkiem i jeszcze wiekszym telewizorem. Chyba pierwszy raz spie w takim hotelu zamiast byc jego pracownikiem:)
Jutro dalsza czesc badan i przenosze sie do San Francisco. A za 2 dni... biegne.
jak to mowia Stay tuned! bede teraz pisal czesciej
pozdrowienia

p.s. moj film z wyprawy do argentyny pojawi sie na Krakowskim Festiwalu Gorskim, zapraszam serdecznie!

14 listopada 2010

królik w Kaliforni


Na plakacie mozecie zobaczyc glowne gwiazdy ostatnich wydarzen w Squamish. Otoz skorzystalem z niepowtarzalnej okazji obejrzenia amatorskiego wrestlingu z lokalnymi "zawodnikami" w roli glownej. Wrestling u nas nazywany jest, z niewiadomych powodow, "wolna amerykanka" i nie ma zupelnie nic wspolnego z zapasami, ani chyba z jakimkolwiek sportem. To znaczy wspolny jest ring i to ze glowne przestawienie nazywa sie walka, no ale w gruncie rzeczy nikt tam na prawde nie walczy. Walki sa rezyserowane, a cala rozrywka polega na tym, czy ktos dobrze udaje czy nie. Nie mniej jedak zabawa przednia. Razem z moja kolezanka z pracy wykupilismy bilety na pierwszy rzad, tak zeby byc w centrum wydarzen. Na sali gimnastycznej na ktorej odbywa sie wrestlin zjawila sie sama smietanka towarzystwa Squamish. Sa miesniaki z silowni, sa grupy azjatow ktorzy chyba nie do konca wiedza o co chodzi, jest kilku intelektualistow z wasem no a do tego cala masa dzieciakow. Spikerka (o masie zawodnika sumo) zapowiada pierwsza walke. Z dymu i kolorowych swiatel przy ciezkiej muzyce rockowej wynurza sie Czlowiek-pszczola! W obcislym, zolto-czarnym kostiumie z peleryna oraz maska z czulkami zaczyna jak oszalaly biegac sprintem dookola ringu przybijajac wszystkim piatki. Niezle wejsce. Za raz za nim Vulcan w jeszcze bardziej niesamowitym kostiumie.  W ciagu dwoch godzin ktore udalo nam sie wytrzymac obejrzelismy spektakl ktorego nie jestem w stanie podsumowac jednym slowem. Byly to chyba jedne z dziwniejszych, przerazajacych a zarazem zabawnych, czasem niesmacznych a zdecydowanie fanstastycznych godzin jakie spedzilem. I to nie tylko w Kanadzie. Moze nie do konca dobre porownanie, ale wydarzenie tej samej "klasy" co ping-pong show w Bangkoku. Po prostu to trzeba zobaczyc na wlasne oczy:)
Takie wlasnie kulturalne rozrywki serwuje nam Squamish. Z powodu aury typowo jesiennej ujawniaja sie ostatnio u nas pewne depresyje uczucia, jak znudzenie i tesknota z domem. Wszystko wskazywalo na to, ze do osatatniego dnia przed wyjazdem bede pracowal, skladajac dolar do dolara i zadne przygoda juz na mnie nie czeka.  A tu niespodzianka! I to zupelnie nieoczekiwana (jak to niespodzianka). Znalazlem oglosznie w tutejszym magazynie wspinaczkowym "Rock&Ice" mowiace, ze pewien kalifornijski uniwersytet poszukuje kroliki doswiadczalne do badan. Warunkiem jest przedzial wieku 18-35 lat oraz posiadanie historii choroby HAPE zwanej u nas obrzekiem pluc. A, ze jak niektorzy z Was wiedza taka historie posiadam (dwa lata temu na Aconcagule nieszczesliwe sie tego nabawilem) wiec wyslalem bezwlocznie zgloszenie. Po wymianie kilku maili z sympatyczna Pania Doktor zostalem zakwalifikwany na pozycje krolika doswiadczalnego. W zwiazku z tym uniwersytet sponsoruje mi lot powrotny ze Seattle do Kaliforni, nocleg w hotelu wraz z wyzywieniem oraz darmowe (normalnie 200$) badania wydolosciowe (VO2max, chcialem sobie je zrobic tak czy siak po powrocie do Polski). Same badania nie sa w zaden sposb niebezpieczne. Bede siedzial przez jakis czas w komorze symulujacej wysokosc 6tys m n.p.m.Natomiast po badaniach korzystajac z okazji wystartuje w The North Face Endurance Chellange w San Francisco na dystansie 50 mil. Niesamowity ultramaraton w ktorym biora udzial najlepsi amerykanscy zawodnicy i zupelnie przypadkiem niejaka Kasia Zajac, stara znajoma ktora aktualnie jest czlonkiem najlepszej druzyny AR w Polsce -  Salomon-SpeleoTeam.  Tak sie to wszystko ulozylo, ze az trudno uwierzyc.  Jedno jest pewne. Zycie podsuwa czasem nieoczekiwane rozwiazania i nie moglbym sobie chyba wymarzyc lepszego zakonczenia podrozy.
Poki co ostro trenuje. Ostatnio nawet biegalem po raz pierwszy w zyciu na ruchomej bierzni. Nudne to troche, ale jak na dworze pada i ciemno to co zrobic? Sultani od dwoch dni maja jakies swieta. Rozbili olbrzymi namiot przed naszym domem i serwuja hinduskie jedzenie za darmo przez 24 godziny na dobe. Na wyzerke zjedzaja sie Sultani z calej okolicy! My tez sie zalapalismy. Czasem dobrze jest pomieszkac u hindusa;)
Odliczam dni w glowie do powrotu, a wizualnie skreslam je na kalendarzu. Minal wlasnie 16 miesiac podrozy. za 29 dni wracam domu. Zaczynam ukladac harmonogram powrotu;)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

9 września 2010

Chicago Jazz


Na scenie 5 gosci. Kazdy ma inny instrument I kazdy gra zdecydowanie cos innego. Na poczatku pomyslalem ze moze sie rozgrzewaja, ale po chwili zrozumialem ze to co slychac to wedlug niektorych prawdziwa muzyka. Jazz. Tylko ten bardziej alternatywny.
Jestem w Chiacgo. Korzystajac z okazji, ze Beno opuszcza na dobre Squamish, Slawek z Marta przylatuja niedlugo z wycieczki po Hawajach, postanowilem ze odwiedze moich amerykanskich wujkow. Pojechalismy naszym krazownikiem do Seatlle, drzemka na lotnisku, potem druga w samolocie, trzecia na przesiadce w Milwaukie  I zuplenie niewyspany dolatuje do Chicago. No, a tutaj to prawie jak bym do domu wrocil. Polski jezyk, polskie jedzenie (pyszny swiezo upieczony pasztet, niesamowita szyneczka I do tego majonez winiary) polski sklep z polska muzyka disco-polo. Tu juz moze troche za duzo tej polskosci.  Nie wiem jak pracownicy tego sklepu (oczywiscie wszyscy polacy) wytrzymuja te muzyke. Juz lepiej zeby puszczali jakies goralskie przeboje albo ludowe przyspiewki, no ale disco-polo? Przesada.
Pierwszy dzien spedzam na jedzeniu steka wielkosci mojego laptopa I na ogladaniu I pokazywaniu zdjec. Jakby nie bylo ostatni raz widzielismy sie na slubie mojego brata ponad rok temu. A bloga jak sie okazuje  nie wszyscy czytajaJ Juz po pierwszym wieczorze zdaje sobie sprawe ze wypije tu wiecej wina i piwa niz przez ostatnie 3 miesiace. Do tego calkiem dobrego wina.
Niedziela to ostatni dzien slynnego (i darmowego) Chicago Jazz Festival. Z tego powodu cale polacie parku w ktorym odbywaja sie koncerty sa zastawione rozkladanymi kempingowymi krzesekami i w wiekszosci grubymi amerykanami. Jazz jak to jazz nie jest muzyka popularna takze niebyl to chyba trafiony pomysl pozwalac wystepowac zespolowi ktory tworzy jego alternatywna odmiane i powoduje ze ludzie nie wiedza czy smiac sie czy plakac. Na szczescie show ratuje najlepszy jazzowy wokalista w tym momencie na swiecie z rownie niezlym saksofonista, spiewajac przeboje ktore wydawalo mi sie ze juz gdzies wczesniej slyszalem. nazwisk wykonawcow niestety nie pamietam, ale wszyscy mowili ze sa bardzo znani:)
Ciekawe ze po tym kilkumiesiecznym zyciu w dziczy i malych misateczkach zaczyna sie zauwazac jak duze miasto hmm... po prostu smierdzi. to mnie chyba najbardziej porazilo oprocz bezdomnych, zebrzacych i calej masy swirow od ktorych zupelnie sie odzwyczailem. ciekawe bo przeciez zawsze takie rzeczy byly dla mnie "normalne".
W wolny od pracy Labour day bylem na malym shoppingu i troche pobiegalem i stwierdzam ze niestety cos forma nie najlepsza. czas najwyzszy wrocic do regularnych treningow, tym bardziej ze w planach mam start w biegu na Grouse Mountain w Vancouver.  Pojechalem nawet kiedys w ramach treningu "wbiec" na te gore (niecale 900m przewyzszenia na 2,5km) ale skonczylo sie tym ze prawie wyplulem pluca a czas mialem 16min gorszy od rekordu (26min!!!) co bylo dosyc deprymujace. Dodatkowo stwierdzilem juz ze 100% pewnoscia ze mam bardzo niskie, jak na moj wiek, tetno maksymalne. Nigdy nie udalo mi sie osiagnac wartosci powyzej 172 uderzen kiedy normalny 25 latek dochodzi do 195. na szczescie to nie definiuje mojej sprawnosci fizycznej.
W Chicago spotykam sie rowniez z moim kolega po fachu, czyli bylym kelnerem restauracji Villa Magnolia. Piotrek jest tutaj cale wakcje, mieszka u rodziny  i przyjechal troche popracowac. Powspominalismy stare, dobre, kelnerskie czasy pijac piwko na 96 pietrze hanckok Center z widokiem na caly downtown. Poczekalismy na zachod slonca i razem z nowa kolezanka Marlenka ruszylimy na podboj zycia nocnego. Marlenka jest corka kolegi z zespolu mojego wujka. Mieszka tu odkad skonczyla 4 lata, jest swiezo upieczonym magistrem muzyki i wokalistka jazzowa. Mowi po polsku, wplatajac co kilka wyrazow angielski co daje calkiem zabawna mieszanke. Ow Marlena pokazala nam najfajniejsza dzielnice Chicago z super klubami, kafejkami, malymi sklepikami i np lodziarnia gdzie produkuja lody z cieklego azotu. My wbilismy sie do Kingston Mines, zywcem wyjetego z Nowego Orleanu klubu bluesowego. I jak sie mozna domyslec graja tam bluesa doslownie do czwartej nad ranem, codziennie. wyszlismy szybciej, ale i tak doswiadczenie niezapomniane.
Dzis wieczorem lece juz do Seatlle gdzie reszta ferajny odbiera mnie krazownikiem i wracamy do indianskiej wioski Squamish. Jeszcze skocze tylko na male zakupy w tutejszym Mega Outlecie

Fajnie sie spotkac z rodzina. Rodzina to jednak jest nie do zastapienia.Tak jak napisala mi jedna bliska mi osoba, ze w Chicago to juz jak jedna noga w domu:) Dzieki wujkowie za super spedzony czas i pyszne jedzenie!

p.s. zdjecia jak wroce do skuamiszowa

24 sierpnia 2010

Gdzie jest Waldo 100km?


80 kilometr. Ostatnie zawody konczyly sie na tym dystansie, a teraz stoje u podnoza Maiden Peak 2384m, najwyzszego szczytu w okolicy.wszystko mnie boli, ledwo stoje na nogach i przed chwila cos mnie urzadlilo w noge i strasznie swedzi. Ostatnia moblizacja energi a potem juz z gorki do mety. jakos sie wtaczam na szczyt, widac cala trase pod stopami i gdzies tam daleko tytulowe jezioro Waldo. sila grawitacji, bo nic innego juz mi nie zostalo, pcha mnie ostatnie 14 kilometrow do finishu. biegne. i to wydaje sie ze calkiem szybko. mijam po drodze jeszcze kilku zawodnikow ktorzy nie maja juz sily korzystac nawet z grawitacji. biegne i biegne. wiem ze jak sie zatrzymam to juz chyba nie rusze z miejsca. ile jeszcze? moze za tym zakretem? nie. konczy sie las, moze teraz? nie. powaznie juz nie mam sily, a to ze mi sie po prostu nie chce to stwierdzilem 50 kilometrow temu.  rany! jest! ostatnie kilkaset metrow, lekko pod gorke. przyspieszam (jakim cudem?), dzwonia dzwonki ( a moze to w uszach?) , ludzie bija brawa. slysze przez glosniki moje nazwisko z wyrazym amerykanskim akcentem. na twarzy pojawia mi sie grymas przypominajacy usmiech. wpadam na mete: 12 godzin 45 min. Koniec. dalej sie nie ruszam.

Where is Waldo 100k? mimo malo powaznej nazwy sa jak najbardziej powaznymi zawodami. zjechali sie zawodnicy z roznych Stanow i Kanady, a to dlatego ze pierwsze 2 miejsca dostaja automatyczna kwalifikacje to legendarnego ultramarathonu Western States 100. Bieg w Squamish to w porownaniu z tym wydarzeniem byl lokalna, podworkowa rywalizacja. Waldo to taka kreskowkowa postac w pasiastym sweterku ktora dzieciaki probowaly odnalezc na ekranie telewizora czy komiksach. tak sie sklada ze najwieksze jezioro w okolicy tez nazywa sie Waldo. Stad nazwa. Kto pierwszy zobaczy jezioro i ukonczy bieg, dostaje nagrode. nagrode mozna dostac tez jezeli wykompie sie w 7 jeziorach ktore sa na trasie i dotrze do mety w limicie czasu. mozna tez wygrac jezeli pokaze sie wszystkim swoj "Waldo". Jakkolwiek sie kojarzy, chodzi o cos co sprawi ze obsuga stacji pokarmowych (nadal nie wiem jak to nazwac, niektorzy mowia na to "przepak") na Ciebie zaglosuje. w tym roku wygrala babka po 50tce ktora przebiegla cala trase z rozowymi pomponami i spiewala piosenki na kazdym przepaku. takie rzeczy to tylko w ameryce.

Start w Waldo 100k stal dla mnie ciagle pod znakiem zapytania. balem sie ze nasz krazownik nie da rady przejechac kolejne 2tys kilometrow poza tym nie usmiechalo mi sie wydawac 300$ na weekendowy wyjazd. znalazlem na craigslist.org dziewczyne ktora jechala w tym samym kierunku, wiec podzielil sie koszt benzyny. a samochod, wbrew obawom, sprawil sie doskonale i spalil mniej niz sie spodziewalem. Steph ktora ze mna jechala, okazala sie sympatyczna coachsurferka ze stanu Maryland i z ciekawszych rzeczy to opowiedzila mi historie gdzie o malo co nie stala sie ofiara gwaltu. na szczescie wyrwala napastnikowi noz i ugodzila go w brzuch a po kilku dniach policja go zlapala. niestety wyrwanie noza za ostrze skonczylo sie doslownie przecieciem dloni do polowy co mialem watpliwa przyjemnosc zobaczyc.

A same zawody coz. Jak zwykle ambicja kazala mi walczyc o miejsca i dobry czas co spowodowalo ze walczylem ze soba praktycznie od samego poczatku. najpierw psycha troche mi siadla jak po pierwszym przepaku zobaczylem ze przede mna biegna panowie i panie po 50tce wyprzedzajac mnie juz o kilkanasie minut, a potem jak na 6 przepaku dowedzialem sie ze jestem poza 40stka. jakos sie jednak zmoblizowalem i w koncu ukonczylem zawody na 29 pozycji z nienajgorszym czasem (na 130 startujacych i limit 16h). zakladajac ze od samego poczatku czulem ze nie mam sily to mysle ze calkiem dobry wynik.
najwiekszy jednak podziw wzbudzil we mnie pewnien 71-letni Pan, ktory przybiegl nie dlugo po mnie w zuplnie niezlej formie. i tutaj nie jest to zupelnie odosobniony przypadek. to taka informacja dla moich dziadkow, co nie wierza w takie historie:) jak tu nie ufac stwierdzeniu ze "sport to zdrowie". nigdy nie jest za pozno na odrobine lub troche wiecej, ruchu. pamietajcie o tym!

szkoda tylko ze musze przezywac takie emocje samotnie. tutaj mam wrazenie ze wszyscy sie znaja, przyjezdzaja calymi rodzinami wzajemnie sie dopingujac. atmosfera jest bardzo pozytywna. jednak mimo tego ze ludzie zagaduja do mnie, gratuluja na mecie, wymieniaja sie kontaktami to czuje sie jak taki  odlodek. przyjechal polaczek (z kanady) prawie 900km swoim ledwno trzymajacym sie kupy samochodem. przebiegl 100km. obolaly wszedl  do gruchota. i po 12h jazdy wrocil do domu (na uchodztwie). taka nie majaca wiekszego sensu przygoda weekendowa. jak by to powiedzial kolega Rafal: "odwaliles kawal, naprawde dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty":)

jest jeden sens. w 2 tyg udalo mi sie zdobyc, dzieki ukonczeniu zawodow, 5 punktow ktore uprawniaja mnie do startu w wymarzonym Ultra Trail du Mont Blanc w 2011 roku. normalnie na zdobycie tych punktow ma sie 2 lata...

Movescount.com - pod tym linkiem mozecie zobaczyc "fizjologiczny zapis" mojego startu. np. ile razy dyszalem wchodzac pod gore, albo ze spalilem prawie 8,5tys kalorii:)

pozdrawiam wszystkich i dzieki za glosy w "zlotych stopach"!:)

p.s. nowe zdjecia wktorce. m.in ze sklepu i firmowego BBQ
p.s2 na imprezie firmowej mialem okazje sprobowac Stand-up paddle board, czyli wioslowania na desce surfingowej. niezla jazda i super zabawa!

20 czerwca 2010

Yukon - bigger than life

Bez elektrycznosci, bez prysznica, bez ubikacji, tak mieszka nasza host w malutkiej, lezacej nad brzegiem fiordu miejscowosci Haines. Miejsce wprost wymarzone dla nas na odpoczynek I zbieranie sil.Aurita jest calkiem urodziwa mieszkanka Puerto Rico, sluzyla prawie 9 lat w armii amerykanskiej, przezyla sluzbe w Afganistanie I Iraku (choc raz wysadzili w powietrze jej opancerzony samochod) I postanowila w koncu zamknac rozdzial wojenny I osiasc w jakims spokojnym miejscu. Nawiasem mowiac na Alasce jest sporo weteranow, glownie z Wietnamu, ktorzy nadal nie moga spac po nocach.
Domek ktory sobie wynajmuje za bagatala 400$ za cale lato, zbudowany zostal na klodach zaraz nad brzegiem fiordu, tak ze gdy przychodzi przyplyw to unosi sie spokojnie na wodzie. Ogrzewanie drewnem, my spimy na malutkim strychu. Obok domku przechodzi sciezka niedzwiedzi Grizzli ktore mozna spotkac wychodzac zalatwic potrzebe.

Dojechalismy tu jednak nie bez problemu. Najpierw, jeszcze w McCarthy zlapalismy stopa I na pace pick-upa wrocilismy do miejsca gdzie zostawilismy naszego krazownika szos. Potem dluga droga do Tok I wreszcie wyjezdzamy na slynna Alaska Higway. Granice kanadyjska przekraczamy bez problemu, ja dostaje wize pracownicza, a Beno z powodu pomylki w ambasadzie musi sie zglosic dokladnie 15go raz jeszcze na granicy. W Kanadzie droga jak w Polsce dziura na dziurze. Raz jedna hopka zaskoczyla Bena I wyskoczylismy prawie jak Collin McRea na OSie:) Zeby dojechac do Haines trzeba znow przejechac granice usa. I tutaj prawie nas zastrzelili. Zamiast zatrzymac sie na czerwonym swietle kilkanascie metrow przed budka straznika ja z przyzwyczajenia chcialem podjechac “pod okienko” Az tu nagle wielka baba wyskakuje I krzyczy STOP! STOP!, a jej kolega juz przygotowany z reka na postolecie biegnie za nia. Nam ogolnie chcialo sie troche smiac, ale babka na powaznie wziela nas za jakis szalencow co wiazalo sie z kompletna kontrola papierow I przeszukiwaniem samochodu. Godzina na granicy.

W Haines na szczescie odrywamy sie po raz kolejny od problemow podrozy. Gotujemy codziennie na kuchence turystycznej (bo zwyklej nie ma), czytamy ksiazki, chodzimy po lesie I w koncu zaczynamy biegac. Mnie zainspirowala ksiazka “Born to run” (w Polsce ukazala sie wlasnie pod tytulem “Urodzeni Biegacze”, bardzo polecam) na tyle, ze od jej skonczenia biegamy I trenujemy praktycznie codziennie. Ostatni dzien w Haines wybralismy sie na kilkugodzinny trail running. Piekny szlak w lesie, potem wzdluz kamienistej plazy konczyl sie przy zatoce z widokiem na lodowiec. 20Km niesamowitej przyrody. Naprawde mam wrazenie ze ta wspinaczka na Denali wprowadzila w nas jakies wewnetrzne przemiany. Cieszymy sie z malych rzeczy I ze wszystkiego dookola.

Okazuje sie, ze Lisa z powodu kiepskiej pogody nie doplynie ani dzis ani jutro wiec pakujemy manatki I jedziemy do kanadyjskiego Whitehorse, skad zaczyna sie zwykle splywy na Yukonie. Zahaczamy jeszcze o slynne muzeum młotkow, gdzie doslownie na scianach wisi 1500 mlotkow roznego uzytku. Nigdy bym nie pomyslal ze mlotek moze byc tak skomplikownym uzadzeniem.
Whitehorse mimo ze jest najwiekszym miastem Yukonu,wyglada jak mala wioska. Kilka ulic na krzyz, kilka supermarketow I dwa dwu-salowe kina z poprzedniej epoki. Sa tez 2 macdonaldy:) przy rzece stoi zacumowany SS Klondike, statek parowy ktory przywozil tu kiedys poszukiwaczy zlota. Nie udalo nam sie znalezc tutaj hosta wiec spimy w samochodzie kawalek za miastem. W oczekiwaniu na Lise, czytamy, biegamy, plywamy, chodzimy na silke, do sauny (3,5$ kosztuje wejscie do wielkiego kompleksu rekreacyjnego) I do kina. I tak kolene 3 dni. Wreszcie Lisa doplywa do miejscowosci Skygway, 180km od Whitehorse, a ze nie mamy za wiele do roboty to postanowilismy po nie pojechac.
Tym razem na granicy bez problemow. Niestety przebijamy opone I nastepnego dnia rano mamy zupelnego flaka. Okazuje sie ze zapasowa tez sflaczala. Staczamy sie kilka kilometrow I natrafiamy na policje ktora ochoczo zawozi mnie na stacje (jako wieznia, z tylu) z opona do naprawy, a potem z powrotem. Strasznie mili ludzie mieszkaja na Alasce.
Juz w trojke wracamy do Whitehorse. Wynajmujemy canoe, kupujemy zarcie na najblizsze 10 dni i jutro zaczynamy splyw. Wreszcie jakas akcja. Bede nadawal SPOTem wiec kto chce moze nas sledzic.
Zdjec tylko kilka, bo jakos sie przyzwyczailismy do krajobrazu.
Pozdrawiam I wracam za ok 9 dni.

11 czerwca 2010

Ghost town Kennecott


Pierwsze 3 dni po zejsciu z Denali wspominam jako bezustanne jedzenie. Od rana do wieczora kupujemy wszystko na co mamy ochote. Coz za wspaniale uczucie! Hamburgery, lody, kanpki, slodycze, miesa, wazywa, owoce I duuuuzzzooo coca-coli. Wydaje mi sie ze udalo nam sie w wiekszosci odzyskac dawna wage.
Po dniu nic nie robienia w Taalketnie wracamy do Anchorage do garazu naszego bylego hosta nicka. Tego samego wieczora spotkykamy sie z byczkami z ameryczki, ktorzy nie dosc ze funduja cale jedzenie I impreze to upewniaja nas ze napewno zalatwia nam prace jak juz dojedziemy do Waszyngtonu. Amerykanie sa naprawde niesamowici.
Nastepnego dnia Lisa jedzie juz do Seward, bo zalatwila sobie przeprowadzke zaglowki do stolicy Alaski, Juno I ma tam doplynac za 6 dni. My w tm czasie ruszamy powoli ladem I spotkykamy sie razem w Haines.
Kolejny dzien nic nie robienia w Anchorage. Tylko jedzenie no I jeszcze wybralismy sie do kina na calkiem niezly Prince of Persia. Potem zmieniamy opone w samochodzie,bo jest ponoc w fatalnym stanie (45$ czyli nie tak zle), kupujemy jedzenie na droge I przewodnik po Kanadzie, ktora zapowiada sie naprwde niezle.
Pierwszy pukt na drodze, miasteczko McCarthy I opuszczone kopalnie miedzi w Kennicott. Po drodze jednak natrafiamy na firme ktora organizuje niedrogie raftingi na rzece klasy IV (czyli juz calkiem ostro) wiec stwierdzamy ze trzeba sprobowac. Nocujemy po raz pierwszy komfortowo w samochodzie I rano juz jestesmy na rzece. Razem z nam plynie wesola amerykanska rodzinka. Kazdy dostaje dry-suit, butki I rekawiczki, ale I tak przez dlugi czas jest przerazliwie zimno. Wedlug goscia woda wyplywajaca z lodowca ma -1 stopien bo jest pod cisnieniem (czy to mozliwe?:) I “ociepla” sie po pewym czasie do jakis 5 stopni. Rafting trwal ponad 2 h z czego wiekszosc to ciagle rapidy czasem bardzo brutalne, ale nie na tyle zeby wywolac w nas adrenaline;) najlepsze bylo jak wskoczylismy do tej wody I plynelismy z nurtem obok raftu. Jedyna nieoslonieta czesc ciala, glowa, po kontakcie z woda sprawiala wrazenie naklowanej tysiacm igiel. Fajna sprawa. Zdjec nie mamy bo drogie, musicie wierzyc na slowo ze zabawa byla przednia:)

Do McCarthy dojechac mozna tylko 60milowa droga szutrowa. Postanawiamy wiec zostawic samochod I lapac stopa co udaje nam sie po 5min. Dwie babeczki okazaly sie miec polskie korzenie I opowiadaly nam swoje perypetie z proba znalezienia pochodzenia nazwiska Truskawski. W samym McCarthy zyl zreszta byly gornik Tony Zak, ktory byl tak naprwde Antonim Żakiem. Zmarl calkiem niedawno zostawiajac swoj dom dla spolecznosci miasteczka.
McCarthy to kilka domow na krzyz, wczesniej bylo to miejsce gdzie gornicy schodzili sie bawic. Byla dzelnica czerwonych latarni I Saloon ktory zachowal sie do dzis. Ogolnie super klimat. Na noc przechdzimy do oddalonego o 6km Kennecott. Rozbijamy namiot na granicy moreny. Z jednej strony widok na ogromny lodowiec I gory na horyzoncie, z drugiej ruiny kopalni poczatku XX wieku.

Rano pada wiec wychodzimy na hiking dopier po 12. Celem jest polozona 1000m wyzej kopalnia Bonanza, pierwsza w regionie. Dopiero 100m przed widzimy przez mgle zawalone budynki kopalni. Idealne miejsce na nakrecenie filmu u duchach. W powietrzu wisi cos zlowrogiego. Ciezko sobie wyobrazic jak ludzie musieli tu pracowac w zimie. W drodze na dol lapia mnie zapomniane juz skurcze. Niestety na tyle mocne ze nie musze sie zatrzymywac I rozciagac co kilka metrow. Mam powaznie dosc tez przypadlosci, a w perspektywnie jakis zawodow nie wyglada to kolorowo.

Wykonczony dochodze na dol, a potem stopem wracamy do McCarthy. Znow w Grand Saloon, ja spie na stole (ze zmeczenia), Beno czyta Into Thin Air, Ronego Kaukauera. Nigdzie nam sie nie spieszy. Oboje stwierdzilismy ze po zejsciu z Denali jestesmy po prostu szczesliwi I w najblizszym czasie nic tego nie zmieni:)

4 czerwca 2010

Trawers Denali

"Panie i Panowie, na pokladzie autobusu mamy dzisiaj dwoch wspinaczy z Polski, ktorzy weszli na Denali do samego SZCZYTU, a potem zeszli cala trase az tutaj. Naleza im sie oklaski", potem bylo duzo "wow" i gromnkie brawa. Takim powitaniem przyjeli nas amerykanscy turysci w autobusie zmierzajacym do wylotu bram parku narodowego Denali. Tak tez zakonczyla sie nasza wyprawa, ktora moge bez problemu nazwac najniebezpieczniejsza wyprawa mojego zycia.
Stracilismy lapawice, dwie butelki nalegene (w tym jedna do sikania, ktora musielismy zastapic termosem), kijki, kilka skarpetek a przedewszystkm skore z nosow, warg, twarzy i cala mase nerwow.
Pierwsze 10 dni w drodze na szczyt nie zapowiadalo ze czeka nas cos wiec niz mila wspinaczka w doborowym towarzystwie. Polaczylismy sie w 6scio osobowa, nieoficjalna grupe z dwoma anglikami oraz dwoma amerykaninai oraz ich dmuchana lala, Molly Tucker, ktora bez watpienia byla najbardziej fotografowana alpinistka na gorze. Bylo duzo, zaskakujaco dobrego jedzenia (odkrylismy przepyszne liofilizaty Mountain House oraz beef jerky), fajna muzyka z Ipoda lub nakrecanego na korbke radia, a nadewszystko wspaniala pogoda, ktora otrzymala sie do szczytu.Byly doskonale humory, duzo sily, nowe znajomosci, plany (praca na traktorze w stanie Waszyngton oraz Everest w 2012 roku), byly polskie ekipy, byly ekstra zdjecia i pozytywna atmosfera. Do szczytu. Atak szczytowy byl ekspresowy i weszlismy na szczyt w towarzystwie gwiazdy reality show Byond the limit kanlu Discovery. Byly zdjecia na szczycie z dmuchana lala amerykanow, byly smiechy, radosc i potem zejscie juz w gorszej pogodzie....
Nie na darmo mowi sie ze wiekoszc wypadkow zdarza sie w zejsciu. Nie inaczej bylo i tym razem. Tyle ze my kazdego dnia zejscia mielismy "wypadek" i tylko los (i doswiadczenie) pozwalalo nam wyjsc calo z opresji. Pierwszy dzien powrotu: w zamieci snieznej wpadam do bezdennej szczeliny, odmarazaja nam obu palce (bable do tej pory) i w trakcie powrotu na powierzchnie prawie spada mi uprzaz. walcze 2 godziny zeby sie wydostac. noc posrodku lodowca, dygocac z zimna. Drugi dzien: na stromym trawersie prawie gubimy namiot, na ostrej jak brzytwa grani Karstensz schodzimy na dol z dusza na ramieniu, nocujemy w pieknym obozie pod wiszacy serakiem. Trzeci dzien: zalamanie pogody, zupenie nic nie widac przez caly dzien. czwarty dzen: przedzieramy sie przez bariere serakow do lodowca. przechodzimy przez great icefall z szarganymi nerwami kiedy trasa prowadzi przez metrowej szerokosci, trzymajace sie na slowo honoru mosty sniezne nad ogromymi szczelinami. kilka razy wykonujemy skoki z czekanmi przez szczeline niczym zywcem zabrane z filmu "vertical limit". przechodzimy icefall doslowienie lutem szczescia. myslelismy ze sie po prostu nie da. piaty dzien: lower icefall znowu z ogromymi szczelinami i tymi mniejszymi zamskowanymi niczym pole minowe. odcinek 300m przechodzimy w godzine co chwile wpadajac po pas do szczelin. dochodzimy do moreny. przekraczamy rzeki zalewajac buty ktore sa juz mokre do samego konca tworzac ogromne odciski. dochodzimy do konca lodowca, Przeleczy McGongall, cieszac sie ze jest juz bezpiecznie... szosty dzien: idziemy prawie 50km w deszczu bez mapy, waziutka sciezka , jedyna na przestrzeni kiludziesieciu kilometrow. zupelna pustka, tylko slady losi i niedziwiedzi. pod koniec dnia przekrazamy rzeke, Bena porywa prad i z calym plecakiem wpada do wody. siodmy dzien: niby ostatnie kilomtry, ale gubimy sciezke i przez tundro/tajge z krzakami do pasa, po bagnach, przewalonych konarach drzew i milionem komarow brmiemy kilka kilometrow w koncu cudem odnajdujemy sciezke. a potem juz kulejac dochodzimy do drogi szutrowej, uscikujemy sobie dlon i w koncu gora nam odpuszcza. lapiemy stopa, a potem darmowy autobus do bram parku. slyszymy gromkie brawa...

W tym sezonie jestesmy jedyna ekipa ktora przeszla trawers Denali, moliwe ze dopiero drugimi polakami wogle po niesamowitym samotnym trawersie Marka Klonowskiego. Nie bede ukrywal ze jestesmy szczesliwi ze do juz naprawde koniec i nawet czujemy sie troche dumni ze mimo tych wszystkich przeciwnosci dotarlismy do konca. W sumie nie mielismy innego wyjscia. Bylo niebezpiecznie, ale w gruncie rzeczy caly czas zachowalismy zimna krew i wspieralismy sie wzajemnie. Zebralismy ogromne doswiadzenie i jestem pewny ze teraz jestesmy juz gotowi na wszystko.
To byla prawdziwa, gorska przygoda ktora jeszcze dlugo bedziemy wspominac.

Dziekuje wszystkim za komentarze, smsy, wsparcie mentalne. Bardzo sie nam przydalo. postaram sie odpisac kazdemu jak zjem tylko dostatecznie duzo hamburgerow i czekolady az wroce do stanu z przed wyprawy:)

Wkrotce fotorelacja, a prawdziwa relacje pewnie napisze  za jakis czas do jakiegos magazynu, bo mysle ze chyba warto gdzies opublikowac nasze zmagania:)

Pozdrawiam serdecznie i ide troche odpoczac i zjesc moze steka

17 maja 2010

PLAN ATAKU


Za pomoca linka powyzej bedzie mozna sledzic nasze poczynania.
W wielkim skrocie, poniewaz jutro juz lecimy, a ja jak zwykle na ostatnia chwile to robie napisze nasz plan wyprawy.
jutro 17go, wylatujemy z Talkeetny do basecampu na lodowcu Kantisha. Wchodzimy trasa West Butress a schodzimy druga strona przez lodowiec Muldrow. Cala wyprawa powinna nam zajac nie wiecej niz 3 tygodnie i na tyle wlasnie mamy zapasow jedzenia, aczkolwiek jestesmy gotowi siedziec tam dluzej jak bedzie trzeba:)
Po cichu licze ze wrocimy szybciej. Ponizej 2 zdjecia ilustrujace nasza trase:
west Butress route
muldrow glacier route
Ogolnie zapowiada sie ze bedzie tam zasieg sieci komorkowej. Wszystkie smsy sa na wage zlota! Potrzebne nam wsparcie!:) Moj amerykanski numer:+18086797014, polski ktory tez moze bedzie dzialal +48 660882891
Trzymajcie kciuki!!!
Pozdrawiamy
Beno & Tomek Expedition (oficjalna nazwa naszej wyprawy wpisana do rejestrow;)

p.s. zalegly post z Talkeetny po powrocie.na picassie sa juz zdjecia z Alaski wrzucone na szybko

16 maja 2010

Przystanek Alaska

Wracalismy z pysznego buritto w barze Moose Tooth i przechodzac obok szkoly zobaczylismy ze na trawniku pasie sie sporych rozmiarow... Łoś. Tak, zdecydowanie jestesmy na Alasce. Tutaj jest tak jak kazdy sobie wyobraza. Malo ludzi, przepiekne widoki, gory, rzeki, zielone lasy. Wiecej niedziwiedzi grizzly niz mieszkncow. Łososie plyna w gore rzeki by dokonczyc swoj zywot, przy drogach napisy ile Łosiow zginelo od uderzenia samochodow (my widzielismy ponad 200), wszystkie domy mozna przewiezc przyczepa w zupelnie inne miejsce lub nawet postawic na jeziorze. Prawie kazdy mieszkaniec Alaski ma licencje pilota, a w hangarach nad woda zamiast ladnych łodzi stoja hydroplany. Po prostu wszystko jest tu takie jak ogladalo sie w niezliczonych programach przyrodnicych czy wlasnie w tytulowym serialu "Przystanek Alaska"

Na lotnisku o 5 rano odebral mnie Beno razem z naszym hostem Nickiem. Nick jest muzykiem, potrafi grac na niezliczonej ilosci instrumentow, jest czlonkiem roznych zespolow jazzowych i reagge i jednym z glownych orgnizatorow eventow muzycznych w Anchorage. Mieszkamy w jego nieocieplanych garazu i szok temperatury po 10 miesiacach zycia w cieplym klimacie jest spory, ale lepiej przyzwyczaic sie teraz niz na lodowcu McKinleya:) W Anchorage mamy sporo do zalatwienia: zakupy sprzetu, jedzenia, organizacji calego ekwipunku, rezerwacji samolotu, przestudiowanie przewodnikow, mapy relacji itp. Mimo ze wydaje sie ze do wyprawy przygotowujemy sie od dawna, to wszystkie sprawy logistyczne (najtrudniejsze) musimy zalatwic tutaj. Zakupy sprzetu spowodowaly spustoszenie w naszym portfelu. wieksze niz sie spodziewalismy, ale teraz juz za pozno zeby sie wycofac... wieczorem jedziemy z Nickiem obejrzec jego koncert i jam session ktore organizuje. W fajnej klimatycznej kafejce ludzie po prostu brali jakis instrument i dolaczali sie do zespolu. W pewnym momencie bylo kilkunastu muzykow na scenie i nadal dalo sie tego sluchac:)

Nastepnego dnia przyleciala Lisa, ktora zostala zatrzymana na ponad godzine w customs bo rozmawiala z niemcem ktory przylecial na Alaske zrobic kurs pilota, a to po zamachu na WTC oznacza ze musi byc terrorysta. sprawa bezpieczenstwa naradowoego jest tu traktowana z niezwykla powaga. Pomijajac ten incdent, ludzie na Alasce sa przemili i bardzo goscinni. Czasem sie ma wrazenie ze wszyscy Cie tutaj znaja, kazdy mowi dzien dobry na ulicy, usmiecha sie czy nawet macha zza szyby samochodu. I wydaje sie ze jest to taka naturalna goscinnosc a nie udawana jak w innych czesciach USA czy Australii.
Kupujmy kolejene rzeczy, odwiedzamy znowu te same sklepy, bo czegos tam zapomnielismy, cos tam sie jeszcze przyda i tak codziennie. Stwierdzilismy, ze musimy poszukac samochodu, bo to zdecydowanie najtansza opcja podrozowania tutaj i wogle ulatwienie w zalatwianu wszystkich spraw. a po Makinleyu uzyjemy go przeciez do kontynuowania naszej podrozy na poludnie. Zeby jedak szukac samochodu, musimy najpierw inny wypozyczyc. za 14$ na dzien dostajemy sportowego Hyundaia. Wygladamy w nim troche smiesznie, ale grunt to dobre wrazenie:)
Kiedy ogladalismy pierwszy samochod, czulem sie jak w "ukrytej kamerze". Jakis szemrany sprzedawca samochodow zawozi nas do miejsca gdzie stoi najwiekszy gruchot jaki kiedykolwiek widzialem. cena na poczatku 900$ spadla do 700$ od razu jak gosc go tylko sam zobaczyl:D Co ciekawe samochod odpalil i jechal, tylo co chwila cos wystrzeliwalo z rury wydechowej i jestem pewny ze gosc sie modlil zeby auto nie rozpadlo sie od razu po kilku sekundach. Potem cene spuscil do 500$. Powiedzielismy ze pomyslimy;)
Inne oferty byly juz lepsze. Wielkie jeepy z lat 70', ktore pozeraja niesamowite ilosci benzyny, ale z tylu maja przynajmniej duzo miejsca na spanie i bagaze. Drugiego dnia odnalezlismy nasze cudo. Ford Taurus z 92' roku, jedynye 118 000 mil przebiegu, super sprawny, nawet lusterka elektroniczne dzialaja i stargowalismy sie do 750$. mozliwe ze i wiecej by sie dalo, bo koles sam nam zaproponowal zebysmy rzucili oferte. Tym razem byl to jednak mily pan, ktory chcial sie pozbyc rodzinnego auta. mysle ze mozna mu bylo zaufac. do tej pory (po kilku dniach) Ford jezdzi pieknie.

Korzystajac z dobrych nastrojow wybralismy sie na hiking w pobliskie gory (30min jazdy). Zakladalismy ze wejdziemy na pobliska gore obejrzec widoki, ale szlaki byly fatalnie oznaczone w dodatku snieg zalegal po pas w niektorych momentach, takze przeslimy sie tylko dolina w te i z powrotem. mielismy na sobie tylko buty do biegania wiec zupelnie przemoknieci wrocilismy do samochodu. Na parkingu widniala tabliczka "uwaga na zlodziei, zabrac wszystkie cenne rzeczy z samochodu itd.". Okazalo sie jednak ze Lisa nie zamknela samochodu (ze swoja lustrzanka w srodku) i dodatkowo zostawila kluczyk... w stacyjce :))) na szczescie nikogo nie bylo w okolicy wiec skonczylo sie na smiechu.

Ostatni dzien w Anchorage znow kupujemy brakujace rzeczy, odwiedzamy hurtownie zywnosci gdzie wszystko jest duzo tansze, ale trzeba miec karte czlonkowska, ktora pozyczamy od nieznajomego. Ogolnie oszczedzamy na wszystkim co sie da, a i tak przekraczamy zamierzone wydatki. W dodatku nie moge tutaj wymienic reszty swoich australijskich dolarow co dodatkowo komplikuja nasza sytuacje. Pocieszamy sie faktem ze i tak wszystko odpracujemy w Kandzie. Teraz musimy sie skupic na McKinleyu i nie stresowac za duzo. Niestety nigdy mi to nie wychodzilo przed wyprawa i wszystkim sie bardzo zamartwiam.

Na szczescie w Taalketnie w ktorej juz jestesmy, atmosfera jest bardzo pozytywna, ale o tym w nastepnym poscie...

p.s.zdjecia wkrotce

12 maja 2010

Matsumoto shaved ice

Lody w kolorze teczy. Slynne matsumoto shaved ice mozna sprobowac po polnocnej stronie wyspy Oahu. North shore jest znany glownie z ogromnych fal ktore tworza sie tutaj podczas sezonu zimowego i surferzy z calego swiata zjezdzaja sie zeby sprobowac swoich sil na Waterpipe. sa tez oczywicie niesamowite plaze, a kolor oceanu to rewia wszystkich mozliwych odcieni zielonego i niebieskiego. Dojechac tu mozna publicznym autobusem oficjalnie zwanym The Bus za 2, 25$ po drodze mijajac kilka mniej lub bardziej znanych atrakcji.  Jest np. slynna dolina w ktorej krecono kilkanascie hollywodzkich produkcji w tym Jurassic Park i Godzille. Gory sa przeogromne, wyrastaja wprost z morza i cale obrosniete sa pionowa jungla. Ttulowe "golone lody" to specjal Hawajow. W specjalniej maszynie tworzy sie wielkie sniezne kulki, ktore nastepnie nasaczane sa sokiem w intresujacym nas smaku. Moja teczowa wersja to truskawka, coconut i cytyryna i pomieszane razem daje przekroj prez wszystkie kolory teczy. Do "budki" z lodami ustawia sie cala kolejka, ale niesety sam smak lodow juz nie powala. smakuja jak kiepska, za slodka oranzada.
Dzien wczesniej pojechalem zwiedzic Pearl Harbour. Nie bede przytaczal calej histori bitwy(polecam film Tora!Tora! ew Pearl Harbour;) wazne ze miejsce ma symboliczne znaczenie jako poczatek II wojny swiatowej (dla USA) i jednoczesniej jej koniec. Na USS Missouri, ktory stoi zacumowany w porcie, Japonia podpisala akt kapitulacji. Jest Arizona Memorial, ktory stoi na zatopionym wraku USS Arizona, na ktorym zginelo kilkuset marynarzy, w tym jak wynika z tablicy pamiatkowej kilku z nazwiskiem konczacym sie na -ski. W ramach treningu wbieglem tez na szczyt krateru Diamond Head z ktorego roztacza sie niesamowity widok na cale Honolulu i Waikiki. Niestety podczas zbiegiwania znow zlapaly mnie skurcze, ale juz nie tak silne jak wczesniej.
Oczywiscie bylem jeszcze raz surfowac tym razem z instruktorka w postaci mojej host. Fale byly male, ale znow udalo mi sie troche przeplynac. Na zdjeciach nie widac ze stoje na desce, ale zapewniam ze tak bylo:)
Ogolnie Hawaje to taki chillout w czystej postaci. Jedyne co mnie zdziwilo to ze wiekszosc ludzi tu mieszkajacych i turysci chyba tez, pochodza z Azji. Wyglada na to ze predzej czy pozniej nie bedzie miasta na swiecie bez swojego Chinatown. To jest temat, ktory napewno szerzej opisze w innym poscie. Dowiedzialem sie tutaj wogole sporo ciekawych rzeczy. Ogladalem np. film dokumentalny na temat wlosow murzynek. Co to niby za temat do filmu dokumentalnego pomyslalem. A jak sie okazalo to jest to tak skomplikowane zjawisko ze az trudno uwierzyc. Czy zdajecie sobie sprawe, ze wlosy wiekoszosci murzynek to w rzeczywistosci peruki z wlosy hindusow zebrane podczas rytuwalnch obrzedow i sprzedawane przez chinskie firmy za cene wieksza niz zloto? a kupno takiej peruki to kilka tysiecy dolarow? fascynujace

Jestem pewy ze na Hawaje jeszcze kiedys wroce. chocby po to zeby wystartowac w najslynniejszym Ironmanie w Kona na Big Island:) Tymczasem wlasnie siedze w garazu naszego nowego hosta, kilka tysiecy kilometrow bardziej na polnoc i kilkanascie stopni celsjusza mniej. Pierwszy raz od roku jest mi po prostu zimno... i podoba mi sie to:) Nastepny post, juz  w krotce z Przystanku Alaska.

p.s. zdjec tylko kilka z Hawajow. nie ukrywam ze za duzo nie zwiedzalem, no ale nie po to na Hawaje sie przyjezdza;)

6 maja 2010

Aloha Hawaii!

Slynny Duke Kahanamoku wita mnie z otwartymi ramionami na plazy Waikiki. Juz sama nazwa kojarzyla mi sie z czy egzotycznym , a juz na pewno z surfingiem. No bo ile plazy ma status powszechnie znanej. Jest brazylisjka Copacabana, jest australijska Bondi, jest amerykanska Miami Beach, jest Polska plaza na Helu no i jest Hawajska Waikiki:) Tutaj narodzil sie surfing i wlasnie wspomniany "Duke" rozpowszechnil go na calym swiecie. a bylo to juz ponad 100 lat temu!
No i nie zawiodlem sie. wiecej ludzi na deskach niz opalajacych sie. chyba kazdy mieszkaniec Hawajow potrafi wczesniej surfowac niz jedziciz na rowerze czy nawet chodzic. na lotnisku zastanwialem sie dlaczego wiekszosc ludzi ma zaczerwionone oczy. pomyslalem: "moze narkotyki biora?". oswiecilo mnie jak zobaczylem oczy ludzi dookola na oceanie. wszystkie czerwone od morskiej soli:) Tak wiec pobilem nioficjalny rekord rodziny Kowalskich w surfingu, przeplywajac dobre 200m!:) cieszylem sie jak dziecko

Malo brakowalo i moja przygoda skonczyla by sie jeszcze na lotnisku! Wypelniajac papiery przyjazdowe, jako adres w USA wpisalem ulice mojej host z couchsurfingu. Pani urzednik nie mogla jednak tego pojac jak moge mieszkac u kogos kogo nie znam, wiec probowala sie do mojej host dodzwonic i wyjasnic wszystko ale bez skutku. potem zadawala mnostwo pytan, ale mialem wrazenie ze nie slucha odpowiedzi. skierowala mnie do osobnego pokoju i tam czekalem kolejne 40min na innego urzednika. modlilem sie tylko zeby mnie nie przeszukali i nie znalezli tej calej gotowki ktora mam ze soba, bo nie wiem jakbym sie z tego wytlumaczyl. oficjalnie mam srodki na karcie kredytowej. Po kolejnej sesji pytan zostalem puszczony wolno z ostrzezeniem ze jak nie wyjade z USA za 6 miesiecy to bede poszukiwany:)

Moja host Thea, jest byla surferka, obecnie startuje w zawodach w padlingu (taki oceaniczny splyw tradycyjnymi lodkami hawajskimi) i mieszka na 14 pietrze wierzowca z niesamoitym widokiem. miedzy domami przebija sie Ocean, a z drugiej strony tropikalne gory. Dala mi swoj rower, super kolarzowe, wiec po treningu na rikszy poruszam sie teraz z predkoscia swiatla:) Jutro jade np. do Pearl Harbour i na pobliski wulkan Diamond Head z super widokiem na cale Waikiki.

Ogolnie to zakochalem sie w Hawajach. Jest tu taki wyluzowany klimat jakiego brakowalo mi w Australi. dziewczyny chodza z deskami surfingowymi na glowach, sa pyszne steki za 6 dolarow, stojaki rowerowe sa w ksztalcie... roweru i ludzie jacys tacy mili. Mimo tego ze zdecydowana wiekszosc to azjaci (znowu:/)
Niestety nie skorzystam ze wszystkich tutejszych atrakcji. moj laptop padl i naprawa pochlonela 170$... do pracy wybiore sie chyba wczesniej niz planowalem.
Takze najblizsze 4 dni relaksuje sie tutaj a potem zmiana klimatu i... Welcome to Alaska:)
Pozdrawiam
p.s. do australijskich polaczkow. myslalem ze nie bede tesknil, ale jednak cos mnie serce boli;)
p.s.2 zdjecia wkrotce