15 września 2012

Filar Gervasuttiego



Są takie momenty, że wszystko wydaje się być przeciwne do podjętej wcześniej decyzji. Pogada się psuje. Dzień krótki. Tempo słabe. Do tego Damianowi spadł kask. Urobiliśmy już 8 wyciągów, jesteśmy przygotowani na biwak, ale czuje jednak, że nie powinniśmy się dalej pchać. Wycof. Nie zdarza mi się często, ale nie można lekceważyć „intuicji”. Cokolwiek to znaczy.

Tym razem wyjazd w Alpy miał być szybki. Jeden cel -wielki klasyk masywu Mont Blanc - filar Gervasutiego. Nieśmiertelną Toyotą ruszyłem z Poznania zbierając chłopaków z Wrocka - Damiana z którym byłem na Cassinie oraz Kubę który akurat szukał transportu do „szamoniowa” ) .Po jeździe bez przerwy lądujemy w środku nocy na parkingu w Chamonix.

Kolejny dzień ogarniamy brakujące zakupy jedzeniowe, szwędamy się po mieście jak po krupówkach gapiąc się w witryny i zaglądamy do biura przewodników dowiedzieć się coś o warunkach w górach. Nie wygląda dobrze. Ponoć bardzo zimno jak na wrzesień i dużo śniegu. Zważywszy, że liczyliśmy na słoneczne wspinanie w czerwonym granicie to trochę nas to zmartwiło. Pod wieczór bierzemy ostatnią kolejkę na Auguille du Midi i przy zapadających ciemnościach rozbijamy namiot na lodowcu poniżej schroniska Cosmique. Akurat helikopter ratuje jakiegoś zabłąkanego wspinacza, który źle skończył drogę Rebufatta na południowej ścianie Midi. Jutro chcemy sami ją sprawdzić.

Noc zaskakująco bez żadnych problemów, mimo że z reguły po tak szybkiej wizycie na tej wysokości, głowa pęka mi z bólu. Idziemy na rekonesans pod ścianę południowo-wschodnią Mont Blanc du Tacul. Główna ścieżka w dolinie nawet wydeptana, ale podejście pod sam filar musimy torować. Ściana robi wrażenie, ale okazuje się, że wcale nie jest zawalona śniegiem. Wręcz przeciwnie. Budzi to nasze nadzieje. Wielką szczelinę omijamy prawą stroną w przeciwieństwie do schematu Biszona, który zeskanowaliśmy sobie z „GÓR”. Wejście w drogę jest dużo niżej niż wszystkie stare schematy Pioli i inne opisy które znalazłem. Wyraźnie widać po szarych skałach, że lodowiec obniżył się o dobre 60-80 metrów! Początek drogi wygląda hardo, ale wydaje się, że można obejść go kawałek po lewej kuluarem ,a potem półkami do pierwszego stanowiska. Wracamy około 14 do namiotu i szybko próbujemy wbić się na wspomnianego Rebufatta. Droga wygląda pięknie. Start również kilka metrów niżej niż wskazują topo. Po godzinie walki Damian wycofuje się nie mogąc znaleźć dojścia do pierwszego stanu... potem okazuje się, że mała półka i rysa była niewidoczna zaraz za przełamaniem ściany. Szkoda.
Wieczorem dochodzi Kuba z partnerem i namawiamy ich na wspólny wspin na Gervasuttim.

Czasem mam takie uczucie, że nie powinienem czegoś robić mimo że właściwie nie ma ku temu przesłanek. Rzadko mi się to zdarza, ale jednak ciężko pozbyć się tego uczucia. Obudziliśmy się chyba o 5 rano i od samego początku towarzyszyło mi to uczucie. Póki nie ma powodów postanowiłem się nie przejmować i wbić w ścianę mimo to.
Jest bardzo zimno, chociaż słońce wyszło już zza horyzontu. Zaczynamy trochę za późno tym bardziej jak na wrzesień. Obchodzimy dolne trudności naszym wariantem. Pierwsze 3 wyciągi bierze Damian, kolejne ja i tak na zmianę. Z ciężkim plecakiem na drugiego wspina mi się fatalnie. Czwórkowe trudności wymagają większego skupienia niż zwykle. Chłopaki zawracają po pierwszym wyciągu. Trzeci wyciąg zaczyna się krótkim trawersem do płytkiego komino-zacięcia. Damian bierze blok, a ja na drugiego również nie daje rady przejść tego miejsca w ciągu. Kurde co jest? Raptem V, może V+ a tu takie jaja. Potem łatwiej, idziemy częściowo filarem mijając płaty śniegu, aż do ewidentnego zacięcia idącego po lewej stronie filara. Na jednym ze stanowisk Damian próbuje zdjąć buffa i spada mu kask, lekko zsuwając się z półki leci do podstawy ściany. To jest chyba ten ewidentny znak do odwrotu.
Wspinamy się jeszcze dwa wyciągi do przewinięcia na drugą, ciemniejszą stronę filara. Nie wygląda nawet źle, ale godzina na zegarku ostudza nasz zapał. Czasem trzeba dać za wygraną, szczególnie jak „wszystkie znaki na niebie i ziemi” już wyraźnie wskazują w którą stroną trzeba iść. Wycof.
dolna część drogi. zaznaczone pierwsze 3 stanowiska
Szybkimi zjazdami docieramy do podstawy ściany. Kask Damiana, który leży wprost pod naszymi nogami chyba tylko czekał na znalezienie. Zawsze szuka się jakiegoś potwierdzenia decyzji i czasem nawet takie absurdalne rzeczy jak leżący na ziemi kask jest dla mnie tym potwierdzeniem.
Nie dowiem się już czy był sens się wspinać dalej czy nie, ale wiem, że na Gervasuttiego trzeba wrócić. I trzeba go zrobić w jeden długi letni dzień.

Kolejnego dnia schodzimy i od razu ruszamy w podróż powrotną do Poznania. Chciałoby się napisać - wyjazd nieudany. Ciężko znaleźć pozytywy, ale już nie jeden mądry powiedział, że uczymy się na własnych błędach. Ostatecznie zdobyliśmy cenne doświadczenie, nic nam się nie stało i jednak lepiej spędzić weekend marznąć pod namiotem w Alpach niż z piwem w ręku i dziewczyną u boku. Czyż nie? ;)

9 września 2012

7 dolin...

fot.Monika Strojny
100km. Taka ładna okrągła liczba. Zawsze kojarzyła mi się z wyzwaniem. Przejść 100km to jest coś. Przejść to non-stop to naprawdę trzeba samozaparcia. Przebiec 100km to już dla twardzieli. Ale ścigać się na 100km to nie mieści się w ramach sensu. Chciałbym napisać, że jestem w tej ostatniej kategori, ale to jeszcze nie mój czas...


Kilka lat temu ukończyłem słynny rajd pieszy na orientację na 100km Harpagan. Startuje w nim rok rocznie,a właściwie dwa razy w roku, prawie 1000 osób. Wówczas zakończyłem go w 17h zajmując 7 miejsce i pamiętam, że byłem z tego wyniku bardzo dumny. Lata mijają, ludzie trenują więcej,a miedzy nimi niejaki Maciek Więcek czy Michał Jędroszkowiak, którzy setki na orientację biegali co miesiąc często poniżej 12 h. W końcu ewolucja biegaczy w Polsce doprowadziła do ultramaratonów górskich na 100km. Od razu na czoło wysunął się Ultramaraton 7 dolin gdzie w szranki stają obecnie najlepsi ultrasi w Polsce i nie tylko. Nie jest to przypadek, bo do zgarnięcia za pierwsze miejsce jest 15 tysięcy polskich nowych złotych!
Pierwszy U7D przyciągnął zaledwie  kilkunastu zapaleńców. Rok później pojawia się już kilkuset i bieg wygrywa fenomenalny Jan Wydra, a wspomniany Michał Jędroszkowiak jest czwarty co wielu udowodnia że nie trzeba być maratończykiem czy profesjonalnie trenować, żeby liczyć się w walce o podium.
Rok temu wystartwała również Aga , która podobnie jak inne dziewczyny zupełnie się załatwiła.
W tym roku miało być wyjątkowo. Dużo więcej uczestników, wyższa stawka za wygraną i cała śmietanka ultrasów na starcie. Wszystkich gnębiło jedno pytanie "Czy Wydra wygra?" :)

Przebiegłem już 100km kiedyś w USA więc wiedziałem, że dystans to nie problem. Chodzi jak zawsze o czas. Założyłem, że złamanie 12h jest w moim zasięgu. Fakt, że nie trenowałem za wiele ostatnio (zresztą rzadko kiedy udaje mi się regularnie trenować) i taki czas może się wydawać trochę wyśrubowany. Ostatecznie założyłem standardową taktykę "pożyjemy, zobaczymy", albo raczej "pobiegniemy, zobaczymy"
W tym roku na starcie było sporo znajomych w tym liczna poznańska ekipa. Aga liczyła nawet po cichu, że załapie się na jedno z premiowanych miejsc.

Czas do startu minął szybko i ruszyliśmy z kopyta  jeszcze w nocy zaczynając całą zabawę w centrum Krynicy. Starałem się zacząć nie za szybko, chociaż zawsze mam ochotę gonić czołówkę z którą na moim poziomie na razie nie ma sensu się porównywać. Pierwszy podbieg i już stawka się mocno przerzedza. Mijam Michała Jędroszkowiaka, który o kijkach i ponoć z kontuzją podchodzi do góry. Potem zastanawiałem się po co startować z kontuzją, ale niektórzy chyba potrzebują takiej dawki energii jaką dostaje się tylko na zawodach niezależnie od stanu fizycznego. Zauważam, że ewidentnie na zbiegach mijam większość biegaczy i idzie mi to bardzo sprawnie, natomiast na podbiegach/podejściach jestem zupełnie bezradny. Potwierdza to moje doświadczenie z czerwcowego Biegu Marduły i tej zimy zamierzam mocno popracować nad poprawą siły biegowej. Z każdą godziną człowiek staje się co raz bardziej osamotniony na trasie. Tempo mam dobre i wydaje się, że jestem w stanie na te 12h skończyć. Niestety po 66 kilometrze zdecydowanie tracę moc. Dochodzi mnie i wyprzedza pierwsza kobieta, potem druga. Na podejściach brakuje mi mocy i tylko nadrabiam zbiegami. Jeden z biegaczy mija mnie chyżym truchtem na jednym ze stromszych podbiegów. Jestem zaskoczony. Potem okazuje się, że owszem jest w stanie biec pod spore stromizny nawet na 80km, ale w dół musi praktycznie schodzić, bo skurcze nie pozwalają na nic innego.
Ostatecznie jakoś dochodzę do ostatniej stacji i motywuje się do biegu tak, że na kilka kilometrów przed metą udaje mi się wyprzedzić 4-5 zawodników. Ostatecznie po 12h 32min dobiegam na metę łapiąc się na 5 miejsce w swojej kategorii wiekowej i dodatkowo zgarniając 200zł, moje pierwsze pieniądze w biegowej karierze:) Aga wpada niecałe 2h później jako piąta kobieta w ogóle, zarabiając bagatela 2000zł :)

Zawody wygrywa doświadczony ultras Nemeth Csaba, przed "nową nadzieją polaków" Marcinem Świercem i zeszłorocznym zwycięzcą Janem Wydrą. Największym zaskoczeniem jest chyba 4 miejsce naszego znajomego Kuby Wolskiego, który nie dość, że pokonał wielu znanych ultrasów to do tego złamał 10h. Próbując wytłumaczyć ten fenomen doszedłem do wniosku, że w ultramaratonach naprawdę liczy się motywacja i psycha, a ciało musi się jedynie przekonać, że da radę pobiec szybciej;) I mam nadzieje, że swoje ciało też wkrótce do tego przekonam:)


26 sierpnia 2012

Dotknięcie Górskiego Wyzwania

"Pieskiem przez Dunajec"

Podejście nie chce się skończyć. To chyba jakieś Deja Vu. Zadziwiająco wiele razy zdarza mi się, że podchodzę gdzieś ( z rowerem lub bez) i nie widać temu końca. Tym razem jesteśmy w Pieninach na Mountain Touch Challenge - "rajdzie dla amatorów", który nas miejscami nieźle zmasakrował.

Chętnie startujemy w rajdach przygodowych. Wiadomo to nie od dziś. Do tego jeżeli odbywają się w pięknej górskiej scenerii z ciekawymi etapami to nie może nas tam zabraknąć. Tak właśnie było z rajdem organizowanym przez Kubę Wolskiego, który to miał być "dla wszystkich". Super trasa przez całe Pieniny wliczając w to kajakowy spływ Dunajcem. Fajne zadania specjalne i spore przewyższenie. Postanowiliśmy wystartować jako dwie dwójki Poco Loco Adventure Team. Ja z Aga oraz Piotrek Kłosowicz z Marcinem Jarzębowskim.

Co tu dużo pisać. Cisnęliśmy ostro w czołówce na etapach pieszych i kajaku. Dopadło nas słońce i tak zamuliło, że na rowery wyszliśmy jak Zombie. Tylko Piotrek się tym nie przejął. My tym czasem walczyliśmy z nasilającymi się kryzysami i nawet super długi zjazd z Obidzy do Piwnicznej nie postawił nas na nogi. Do tego do podejście na Przehybe...

Ledwo 100km, a zajęło nam to chyba 14h. Ostatecznie zajęliśmy 4 i 5 miejsce ogólnie , ja z Agą wygrywając kategorie MIX. Po raz pierwszy chyba otrzymaliśmy taki aplauz na podium dzięki zgromadzonej publiczności - chyba wszystkich mieszkańców Szczawnicy. Po nas grał jakiś zespół Country, stąd ta frekwencja...
p.s. foty organizator

1 sierpnia 2012

Porachunki z Piz Bernina

(fot. ze strony chmoser.ch, widac wyraznie piekna gran Biancograt)
Było to kilka lat temu. Ten sam samochód ta sama góra tylko skład inny. Razem z Jagną i Szczurem poszliśmy na Piz Bernina od strony włoskiej. Pierwszy raz na lodowcu nie mając pojęcia o tym jak się po nim poruszać. Udało nam się w bólach dojść do schroniska Marco e Rosa i bezpiecznie wrócić. Był to chyba pierwszy mój górski "wycof". Od razu wiedziałem, że kiedyś wrócę wyrównać porachunki. i wróciłem.

Tym razem już ze zdecydowanie większym "bagażem doświadczeń" atakujemy Piz Berninie przepiękną granią Biancograt. Łatwa mikstowa wspinaczka za III+ i wspaniała śnieżna grań tzw. "must do" dla każdego fana alpejskich czterotysięczników. Nastawiamy się na szybką akcję. Po południu podchodnimy to Tschierva Hut gdzie po raz pierwszy nocuję w alpejskim schronisku, które wygląda raczej na wystilizowany, boutiqowy hotel niż typowy schron. Wstajemy tradycyjnie w nocy i na podejściu wyprzedzamy ile osób się da, żeby na grani być już z przodu stawki. Podejście w miarę ewidentne po piargach, potem kawałek lodowca i  fajną via-ferratą na przełęcz. Tutaj już konkretny wspin w czasem kruchej skale przy promieniach wschodzącego słońca. Idziemy sprawnie i wyprzedzamy kolejne zespoły. Główną, śnieżną częścią grani biegnie wąska, eksponowana ścieżka wydeptana przez tłumy atakujących codziennie alpinistów. Ostatni odcinek to znowu skalny wspin z jednym, dwoma zjazdami z całkiem konkretną ekspozycją. Wspinamy się sprawie i praktycznie całą grań przechodzimy na lotnej asekuracji ścigając się z dwójką nadgorliwych włochów. Na piku Piz Bernina meldujemy się o ??? godzinie. Pogoda wspaniała, widoki po sam horyzont.

Schodzimy na drugą stronę koło schronu Marco e Rosa, gdzie kilka lat temu doszedłem, i dalej lodowcem oraz zaskakująco wspinaczkową granią w kierunku stacji kolejki Diavolezza. Zejście dłuży nam się straszliwie. W dodatku trzeba robić kilka zjazdów i w dolnej części ścieżka jest nieewidentna, a ostatni odcinek po lodowcu musimy sporo kluczyć między szczelinami. Energia spadła drastycznie, a ostatnie podejście pod Diavolezze nie chce się skończyć. Potem zostawiam chłopaków i zbiegam do drogi żeby złapać kolejkę powrotną do Potresiny i wrócić po nich samochodem. Kolejka ucieka mi o kilka minut, ale udaje mi się złapać stopa z parą Niemców, którzy robili tę samą trasę co my.

a potem już długa droga do domu i snujemy plany na kolejny alpejski wspin...

30 lipca 2012

Korek na Cassinie




Chaos. Pięć podwójnych lin plącze się ze sobą jak zwój kabli telefonicznych łączacych zbyt duża ilość
nadawców z odbiorcami. Piec osób prowadzi jeden i ten sam wyciąg. Łatwy, najwyżej czwórkowy,
ale strach pomyśleć co by się stało gdyby jeden z prowadzących się poślizgnąl i poleciał. Nie tak
wyobrażałem sobie zmierzenie się z jednym z największych klasyków Alp, Droga Cassina na Piz
Badile.

Po raz koljny Yariska okazała się samochodem doskonałym, który zawiozl mnie, Damiana i Wojtka do
Szwajacari. Chłopaków poznałem na tegorocznym obozie KW Katowice i okazało się,że nasze cele
sa zbieżne więc w w trójkowym zespole postanowiliśmy zaatakować klasyk klasyków. Przyznam, że nie
przygotowałem się zbytnio do tego wyjazdu z powodu permanentnego braku czasu, na szczęcie Wojtek
wziął skserowane przewodniki i schematy i nadrobiłem zaległości w aucie. Samochodem można dojechać
aż do doliny Bondasca (platna 10euro) drogą skąd po przekrocznieu rzeki ,ostrymi zakosami dociera
się do schornika w niecale 2 godziny. Niestey już na parkingu łapie nas ulewa, która przerwami
pozwala nam na dotarcie do schronu. Namiot rozbijamy niecałą godzinę powyżej już w drodze
pod połnocny filar Piz Badile. W sloneczną pogodę to sielankowa okolica z zielona trawką i wielkimi
granitowymi kamolami. Teraz leje się rzeka wody z każdego wzniesienia, a pola traw na których
rozbuć można namiot przypominają bajoro. Znajdujemy w końcu odpowiednią platformę i zupełnie
przemoczeni zwalamy się w trójkę do dwuosobowego namiotu. O komforcie raczej tu mowic nie
można. Szczęśliwe prognoza na kolejne dni wspomina o słońcu więc zgodnie przekładamy plan wspinu
na Casssina za dwa dni wykorzytujac pierwszy na osuszenie sciany i naszych ubrań oraz zapoznaniu
soie z tutejszym granitem na innym klasyku - Nordkante

Nordkante

To długa, latwa droga biegnąca filarem z kilkoma trudniejszymi miejscami. Droga tlumnie
odwiedzana przez fanów wspinaczki oraz przez przewodników z „klientami”. Nordkante jest też
często wykorzystywana jako droga zjazdów/zejścia z innych dróg na Piz Badile. Granit jest wspaniały,
tarcie doskonały, pogoda i widoki niesamowite. Cała dolina zamknięta jest skalnym bstionem z
dominującymi Piz Cenaglo i naszym Piz Badile. Wyraźnie odróżnia się od innych okolicznych, mniej strzelistych dolin. Ktoś kto zobaczył te widoki po raz pierwszy musiał być ogromnym szczęściarzem. Zmieniamy się na prowadzeniu co kilka wyciągów. Mimo ewidentnej formacji, można się w kilku miejscach zapchać co oczywiście robimy wychodząc zamiast fajnym, piątkowym i obitym trawersem na grań, krucha
przewieszka kawałek powyżej. Daliśmy sobie czas do 14 i mimo późnego wyjścia doszliśmu do 2/3
drogi co stwierdzilśmy jest dobrym wynikiem jak na trzysosobowy, wspinający się po raz pierwszy
zespół. Zjazdy przedłużają się jednak niemiłosiernie i do namiotu docieramy wieczorem z niepokojem
zauważając, że dookoła rozbiło się kilkanaście innych ekip, które niechybnie zmierzają również na
Casssina. Zaczyna się wyścig. Kto wyjdzie wcześniej, ten pierwszy na ścianie.

Wstajemy o 3:00


Cassin

Gdzieś powyżej nas widać już czołówki. Ruszamy szybko do góry kamiennym terenem, który spiętrza się
przed przełęczą i trzeba kawałek się podwspinać . Znamy drogę z wczoraj więc udaje nam się już na
podejściu wyprzedzić jeden brytyjski zespół. Na przełęczy widać przed nami daw zespołu już
zmierzjace na trawers dojściowy do Cassina. Zakładamy szpej, bierzemy linę,ale już w międzyczasie
dwa inne oszpejone zespoły zeszły na dół. W zejściu z przełęczy można zjechać lub zejść trójkowym
terenem, co w nocy wydaje nam się słabym pomysłem. Zanim zjechaliśmy kolejny zespół nas mija.
Tawers, czasem zalodzony puszcza bez problemów,ale już robi się pierwszuy zator na kominach
dojściowych przed pierwszm wyciągiem. Jedna szybka dwójka, facet z babka, omija go na żywca
trudniejszym terenem i przegania dwa inne zespoły.dobra taktykta. Docieramy w końcu we wlaściwy
start. 4 zespoły. Jeden kończy wciąg, drugi w środku, trzeci prowadzi, szybka dwójka startuje
orginalnym warianem bardziej na lewo. Szybka analiza i idziemy za nimi. Damin wbija się w pierwszy
wyciąg. Mokra ryska za 5c, mało przyjemna rozgrzewka. Ja z Wojtkiem targamy ciężkie plecaki z woda,
ubraniami, jedzeniem i innymi duperelami. Wychodzimy powyżej i już widać ze stawka się zagęszcza.
Żeby nie łaczyć się od razu z główną linią idziemy w lewo mając nadzieję, że ominiemy część
zespołów.Niestety ładujemy się w trudniejszy teren, który Damian dzielnie prowadzi. Łączymy się z
chaosem na drodze głównej gdzies w środku stawki. Przed nami i za nami po kilka zespołów. Lina
splątana. Ludzie wręcz wspinają się jeden na drugim. Zatrzymanie akcji zdarza się dopiero przy wielkim,
odstrzelonym bloku. Kolejny wyciag to czujny trawers z 5c nad niezła lufą. Zajmujemy grzecznie swoje
miejsce w kolejce i czekamy... I tak ponad godzinę. W tym czasie część zespołów z tyłu stawki wycofuje się. W końcu jest nasza kolej, ale dla przyspieszenie jeden wyciąg prowadza dwa zespoły na raz.Pokonanie tego trawersu kosztowało mnie sopor stresu. Mokra rysa, male stopnie pod spodem lufa. Na szczęście gorzej już nie było. Z każdym wyciągiem stawka się przerzedzała i można było iść swoim tempem. Kolejne wyciągi były co raz ciekawsze. Lity granit, zróżnicowane formacje. W łatwiejszych miejscach idziemy symultanicznie. Docieramy w końcu do półki „Cengia Mediana” skąd zaczyna się trudniejsza część drogi. Znowu korek. Znowu czekanie. Z góry lecą kamienie. Mimo, że wypada moja kolej na prowadzenie, jakoś nie czuje się pewnie i przejmuje je Wojtek. Potem z perspektywy czasu stwierdzam, że prowadzenie bez plecaka jest zdecydowanie przyjemniejsze , a trudności są mniej odczuwalne.Eureka:) Udaje się jednak z tymi worami dojść do stanu , który w tym miejsc jest prawie wiszący i ekspozycja robi już spore wrażenie. Kolejny cruxowy wyciąg, trawers pod okapem do zacięcia nie wydaje się już taki trudny. Kolejne należą do mnie i dochodzimy ładną, kładąca się rysa do złowieszczych Kominów. Deny prowadzi pierwszą V-kształtną część, która z nas wybiera mnóstwo energii. Zapieraczka z plecakiem nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Potem jeszcze dwa wyciągi w kominie i dwa kolejne wyprowadzające na górę Nordkante. Dalej już z lotną asekuracją, super eksponowana granią nad morzem mgieł w kierunku szczytu. Docieramy na niego niedługo przed zachodem słońca. Gratulacje, sesja zdjęciowa i na noc wbijamy się do schronu pod szczytem, rezygnując z zejścia tego samego dnia.

Rano ruszamy na stronę włoską. Kilka zjazdów, kluczenie ścieżką i dochodzimy do schroniska skąd długą, 5-cio godzinną drogą przez dwie przełęcze wracamy do Szwajcarii. Szlak jest dobrze oznaczony, tylko na dnie doliny lodowiec trochę zmienił konfigurację śnieżki. W schronie zwycięskie i wymęczone piwo.

Zwijamy namiot i ruszamy na Piz Bernina...