28 maja 2011

KIERAT na letko

fot.Jacek Deneka


Buty mokre, nogi zabłocone, środek nocy i dookoła na stokach stromego lasu kilkanaście chaotycznie świecących czołówek. Każdy szuka czegoś co na mapie widnieje jako „Diabelski Kamień”. Nie ma go raczej tu gdzie powinien być no ale gdzieś być musi więc biegamy w te i wew te licząc na cud odnalezienia. Ktoś na szczęście znalazł i był na tyle łaskawy, że przekazał wieść innym. Jest tam daleko na górze. Kamień, do diabła.

To dopiero trzeci punkt, a mamy już za sobą dwa głupie błędy nawigacyjne. Wszystko z powodu tak zwanej sugestii grupy. Zgodnie z przysłowiem „jedzcie g*wno, miliony much przecież nie mogą się mylić” pobiegliśmy tam gdzie grupa przed nami zamiast tam gdzie trzeba. Daleko z przodu cała śmietanka z Maćkiem Więckiem i Michałem Jędroszkowiakiem na czele. Są navigatorzy, jest stary znajomy z wielką łydą Irek Waluga, są mocni lokalsi i cała gama silnych zawodników. Razem z nami napiera  Ola Dzik, która dzielnie walczy i przygotowuje się do wyprawy na Gasherbrum.
Czołówka narzuciła ostre tempo od samego początku i szybko znikają z pola widzenia.  Choć mnie, aż stopy świerzbią żeby ich gonić postanawiam trzymać się razem z Agą i zacząć spokojnie.  Plan to powolutku łykać kolejnych zawodników i zacząć wyścig od połowy. Jak Scott Jurek.  Na razie jednak wszyscy nas łykają. Na drugim punkcie jesteśmy poza pierwszą 50siątką. Nie wygląda to dobrze. Napieramy jednak żwawo nie popełniając już większych błędów w nawigacji. Nocą biegnie się szybko, a dzięki dużemu zagęszczeniu zawodników  na początku cały czas spotyka się kogoś ciekawego.  A to chłopaki traithloniści, a to jakiś gość co opowiada jak nienawidzi litwinów, ale rok rocznie jeździ do Wilna na maraton. Gdzieś tam znajoma twarz, chłopak z którym startowałem w przywoływanej już „ekstremalnej dwójce”. Wreszcie łączymy się z Wojtkiem, który startuje w Kieracie po raz 3 i zna tereny na wylot. W połowie trasy, na 50tym kilometrze i po 7,5h napierania meldujemy się już na 18stym miejscu! Trochę zawodników łyknęliśmy. Do tego zaraz przed nami jest pierwsza kobieta na trasie – Justyna Frączek z zespołu code34. Pojawia się zatem cel tego biegu, powalczyć o pudło w kategorii kobietJ Agnieszka startuje po raz pierwszy na tak długim dystansie do tego w od razu w górach. Ja czuję się świetnie i zaczynam zbiegać stromą ścieżką ze świadomością, że wyścig dopiero się zaczyna. Niestety nogi Agi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Najpierw skurcze które ograniczają zbiegi, a potem jeszcze gorzej. Na jej odmoczonych stopach pojawiło się kilka odcisków, które podczas biegu asfaltem pękły… Przymusowy postój na zmianę skarpet. Kiedy zobaczyłem jak to  wygląda to mnie zmroziło. Trochę jak scenka z filmu GORE. Dla mnie oznaczałoby to jedynie rezygnację, dla Agi jedynie powód do mocniejszego zaciśnięcia zębów. Na następnym punkcie sporządzam prowizoryczne opatrunki  z plastrów compeed i folii po bułkach z serem. Przechodzimy z biegu do chodu i tak już niestety do przedostatniego punktu. Zaczęli łykać nas, ale to w sumie nic dziwnego skoro nie biegniemy. Trasa zaczyna się dłużyć. Mnie zaczyna łapać typowy sleepmonster, czyli zasypianie niezależnie od okoliczności. Przysypiam co kilka kroków. Zapijam jednak guaraną extreme,  zrobił się dzień i wszystkie potwory uciekły. Dreptamy sobie pod górkę i z górki nadrabiając bieganie kreatywną nawigacją z pomocą Wojtka.  Aga cierpi bardzo, aż momentami serce się kraja. Przestajemy przejmować się samymi zawodami i odliczamy kolejne kilometry w kierunku mety. Kolejny postój niedaleko jednej z licznych tu, odciętych od świata wsi. I tu zdarza się cud. Trudno powiedzieć  czy z pomocą końskiej dawki guarany, magnezu i środków przeciwbólowych czy też z pomocą siły wyższej. W każdym razie Aga zaczyna BIEC. I to całkiem żwawo, a nie typowym ultramaratońskim świńskim truchtem. I tak biegniemy i zaczynamy łykać kolejne zespoły. Chłopaków z Compassu co zatrzymali się na piwko w sklepie. Potem Wojtka i Zbyszka z bikeboardu którzy długo z nami szli, a potem z nudów przyspieszyli i zostawili nas z tyłu. Potem jakiegoś pojedynczego gościa. I nagle okazało się, że możemy złamać  18 godzin. Ostatnie 5 kilometrów zbiegu finiszujemy na maksa. Widać Limanową, widać kościół, przyspieszamy, jest most, jest dom kultury i jest Meta!  Trzeba jeszcze dotrzeć do małej salki, odebrać bezceremonialnie wyręczany dyplom i medal i koniec. 18h i 4 minuty.
Zajmujemy odpowiednio 24 i 25 miejsce na 578 startujących. Aga mimo, że przybiegła jako czwarta kobieta (trzecie była czeszka) dostaje puchar i tytuł drugiej vicemistrzyni w mistrzostwach Polski pieszych maratonów na orientację.
Skłamałbym gdybym napisał, że jestem zadowolony z wyniku. Nie ma sensu zastanawiać się co by było gdybym ścigał się od samego początku. Udowodniłem sobie tylko, że przebiegnięcie 100 kilometrów nie musi wiązać się  z bólem i cierpieniem, ale może być zaskakująco przyjemnym doświadczeniemJ Dzięki wszystkim, znanym i nieznanym osobą spotkanym na trasie za wspólną walkę i niezłą zabawę. Za rok wracam i walczę o pudło;)

p.s. jakieś nasze zdjęcia może pojawią się w późniejszym czasie
p.s. +3 punkty do UTMB;)

Z mikrofonem w ręku


Dzięki mojej wizycie na Kolosach i nieoczekiwanej wygranej w konkursie Zawady dostałem kilka propozycji pokazu slajdów.  Trochę to nowa dla mnie sytuacja, bo do tej pory sam musiałem prosić  o możliwość pokazania zdjęć z podróży ,a tym razem poproszono mnie.  Strasznie mnie to ucieszyło, że kogoś mogą zainteresować, a może nawet zainspirować moje podróże.
Na jedynej skałce w Poznaniu co się zowie Avana (zupełnym przypadkiem również pracuję na niej w charakterze „operatora ściany”) pokazałem zdjęcia i filmy z moich dotychczasowych zdobyczy przybliżających mnie do Korony Ziemi.
Do Wschowy, małej mieściny niedaleko Leszna zostałem zaproszony przez Tomka Szwarca. Jego stowarzyszenie zaprasza co jakiś czas podróżników, którzy w dostojnej Sali urzędu miasta prezentują się przed licznie zgromadzoną publicznością.  Jest miła, kameralna atmosfera  oraz długie domowe rozmowy na przeróżne tematy. Tomek sam jest ciekawym jegomościem. Pracuje jako rzeźbiarz i jest jednym z większych znawców kultury Indian w Polsce
Razem z Aga docieram też do Bydgoszczy na I bydgoski festiwal podróżniczy „z plecaka wzięte”. Dwa dni super pokazów slajdów z różnych dziedzin i zakątków świata. M.in. Hajer, ślązak i autor dwóch książek opowiadał jak to pojechał do Dallejlamy, udowadniając przy tym, że emeryt też może. Organizatorka Karolina okazała się na maksa zakręconą osobą, która podobnie jak ja ma za sobą wielomiesięczną podróż i do tego byliśmy w tych samych miejscach w podobnym czasie. W ogóle cały czas okazuje się jaki świat jest mały. Od słowa do słowa okazało się, że znajomi Karoliny jeździli na rikszy w Kopenhadze razem z moimi znajomymi, a samą Karolinę zna inny mój znajomy i w ogóle wszyscy to jedna rodzina. Z każdym kolejnym piwem znajduje się co raz więcej koneksji;) Bydgoszcz jest naprawdę bardzo ładnym miastem z odnowioną starówką co zaprzecza tezie jakoby było to jedno z brzydszych miast Polski (zwane przez niektórych pieszczotliwie Brzydgoszcz). Super klimat, mili ludzie, impreza zorganizowana na 5+. Za rok wracam (o ile mnie zaproszą;)
A poniżej niepublikowany jeszcze nigdzie wywiad ze mną z Kolosów;)

Śnieżnik extreme




Coś się chłodnawo zrobiło.  Światło dnia zdążyło już nas obudzić tylko jakoś wstawać się nie chce. Dzisiaj mamy jeszcze zrobić ostatni trening biegowy przed powrotem z majówki. Przecieram zaparowane okienko w namiocie i ze zdumieniem stwierdzam, że na dworze jest… zima. 30 centymetrów mokrego śniegu zaskoczyło wszystkich. A najbardziej chyba drogowców.
Cel wyjazdu był dosyć prosty. Bierzemy buty do biegania i rower i każdego dnia naginamy ile się da. Choć nie w pełni profesjonalny to zdecydowanie jest to mój pierwszy „obóz” treningowy.  Pod masyw Śnieżnika w Kotlinie Kłodzkiej dojeżdżamy dosyć późno. Po drodze udaje nam się zobaczyć słynna krzywą wieże w Ząbkowicach Śląskich, która krzywizną przebija nawet jej bardziej znaną siostrzyczkę w Pizie. Odświeżam też wspomnienia na twierdzy w Kłodzku, która wybitnie kojarzy mi się z początkiem mojej licealnej kariery w telewizyjnym reailty show „Extremalna Dwójka”. Gdzieś nawet można to obejrzeć  w sieci.  Yariske zostawiamy na leśnym parkingu i ruszmy z buta obładowani zapasami sprzętu i jedzenia na kilka dni, który zaskakująco dosyć sporo waży. Zrobiła się noc, a my nadal pchamy rowery pod niekończącą się górę. Szczęśliwym trafem jednak wracał do schroniska swoim samochodem sam właściciel – Jacek i zabrał nam plecaki zostawiając nas z samymi rowerami bez czołówek w środku lasu. Dotarliśmy jednak bez problemów z pomocą księżyca i rozbiliśmy namiot rozpoczynając oficjalnie obóz treningowy.
3 następne dni toczyły się podobnym rytmem. Wstajemy niespiesznie czekając aż słońce oświetli namiot. Jemy jajecznice, zalewamy bukłaki rocketfjulem, bierzemy kilka batonów, mapę i ruszamy w trasę. Raz rower, raz bieganie , czasem dwie rzeczy tego samego dnia.  Masyw śnieżnika jest najwyższy w okolicy, więc każdy trening rozpoczynał się długim zjazdem (lub zbiegiem) aby potem serpentynami i z różną zmianą krajobrazu otoczyć kilka górek i długim podjazdem wrócić do punktu wyjścia. Kilka godzin treningu, który w gruncie rzeczy jest trochę cięższą wycieczką sprawia, że na twarzy mamy ogromne banany.  Nie oznacza to, że nie jest to męczące! Wylewam bowiem siódme poty na podjazdach rowerem oglądając oddalające się plecy Agnieszki czy kuśtykając z kijkami po raz trzeci wbiegając na szczyt Śnieżnika. Są piękne widoki, które przecież ani nie są norweskimi fjordami ani grand canyonem, a jednak  ujmują i  wręcz zobowiązują do odpoczynku i kontemplacji. Są magiczne chwile jak samotna  ambona na środku wielkiego wyrąbiska,  wiejący grozą domek pustelnika w środku lasu czy niestandardowa ilość gwiazd oglądana przy kubku grzańca galicyjskiego. Są też przyjaciele, którzy pojawili się znienacka ostatniego dnia i przedłużyli nieco czas ciszy nocnej w schronisku. Wreszcie jest Jacek, właściciel, który porozumiewa się tylko w trybie rozkazującym czasu przyszłego.
Nici z ostatniego biegania.  W zimowych warunkach zjeżdżamy przemoczeni i zmarznięci do samochodu. Na drodze warunki tragiczne i nikt nie zazdrości markotnie wyglądającym motocyklistą z otwartą, zaklejoną śniegiem szybką kasku.  W ramach turystycznego obowiązku zwiedzamy jeszcze tajemnicze podziemne miasto w Osówce, które w imponujący sposób pokazuje fanatyzm Niemców na punkcie budowania fortyfikacji.
Majówka udana w 200%.Nie dość, że się zdrowo zmęczyłem, łydę przypakowałem, trochę nawet schudłem to jeszcze znalazłem stałą kompankę na dalsze treningi;) A kolejne zawody już wkrótce…

19 kwietnia 2011

Karko Nosz


odglos przypominajacy warkot silnika trabanta połaczony z rzeniem konajacego wieprza. az dziw bierze ze cos tak niesamowitego moze wyjsc z wnetrza starszej babki ktora spi dwa lozka obok. to chrapanie niczym armagedon nie pozwala nawet na sekunde zmrozyc oka. w momencie kiedy wydaje sie ze nastapilo apogeum i gorzej byc nie moze, babka wydobywa z siebie, ze zdwojona sila, odglos ktorego na prozno szukac w filmach science fiction... tego juz nikt o zdrowych zmyslach nie byl w stanie zniesc. wynosimy sie spedzic twarda noc na korytarzu:)


pojechalem z Aga (znana z przepisu na cudowna potrawe z kurczaka) pobiegac w Karkonoszach. Po feralnym maratonie filmowym i godzinie snu ruszamy  skoro swit w dluga droge na poludnie. Skracajac trase przez Wroclaw ladujemy w Karpaczu po troche ponad 5h. Plan z grubsza mamy taki zeby pobiegac w sobote, przespac sie w schronisku Samotnia i pobiegac troche wiecej w niedziele. i wrocic. Samochod zostawiamy na parkingu z widokiem na moloch - Hotel Golebiewski, ktory widac z kazdego miejsca Sudetow i z kosmosu chyba tez.  W gorach mozna spotkac, tak samo jak w miescie, roznych dziwakow. roznica polega na tym, ze to dziwactwo jakos sie bardziej tutaj uwidacznia. Jest parka rodem z berliskiego Love Parade, ktora udaje ze biega. Sa goscie w plaszczykach i adidaskach z nieodlacznym papierosem w ustach. Czy wreszcie koles po farmacji z krzywa przegroda nosowa i wielkim wolem ktory nawdychal sie zbyt duzo azjatyckiego powietrza. O babce co chrapie jak "koniec swiata" nie wspominajac.
Jednak nie przyjechalismy tu patrzec sie na ludzi. Wkladamy obcisle geterki, buklak napelniamy "raket fjulem" i swinskim truchtem ruszamy na sniezke.  Tego dnia robimy 25 kilometrow, do przeleczy okraj i z powrotem. Na szczyt wbiegamy nawet bez zatrzymania co powoduje czasem podziw i oklaski, ale w wiekszosci przypadkow mine ktora zwykle poprzedza pukanie sie palcem w czolo. Niemniej jednak my czujemy sie jak ryby w wodzie. Zapomnialem jakie bieganie w gorach jest wspaniale. Nawet z tym sniegiem po kostki, chlupiacymi butami, wiatrem i narastajacym zmeczeniem jestem szczesliwy...

wracamy pod wieczor. cieply prysznic, aminokwasy, potrawka z kurczaka, grzane winko, schroniskowe rozmowy i... bezsenna noc. gdyby nie godzilla w pokoju napewno zregenerowalibysmy sie w 100%. Rano jestesmy zmarnowani, ale ruszamy chyzo tym razem w kierunku Szrenicy. I pewnie bysmy dobiegli gdyby nie Agi troj-fazowy lot koszacy konczacy sie nabiciem kolanem na wystajcy kamien. Normalny czlowiek po takim wypadeczku wrocil by z placzem do schroniska. Aga jednak nauczyla sie trudnej sztuki oddzielenia bolu od ciala i pobieglismy jeszcze kilka kilosow dalej. nastepnego dnia stosuje juz technike chodzenia z jedna noga permanentnie wyprostowna, bo okazalo sie ze uszkodzila jakis miesien/sciegno ktory w ogole nie wiedzialem ze istnieje.

w niedziele, w srodku nocy, wracamy do Poznania. Ot, taka krotka dwu dniowa przygoda. Bardzo pozytywna mimo tego upiornego chrapania i widowiskowego upadku.


p.s.na Picassie kilka zdjec

5 kwietnia 2011

23 sekundy szybciej

zdjęcie z bieganie.pl, ja gdzieś tam daleko z tyłu
O tyle właśnie poprawiłem mój rekord w półmaratonie z przed kilku lat kiedy biegłem w Genui. Zważywszy, że wtedy raczej mało trenowałem, a moja aktywność ograniczała się głównie do całonocnych wyjść na miasto i leżenia plackiem na plaży można by założyć, że wynik raczej słaby...

A wcale nie było łatwo.
Dzień wcześniej w ramach "carbo loadu" czyli napakowania się węglowodanami, zjadłem fatalne spaghetti na jeszcze bardziej nieudanej Pasta Party, które to odbywało się w Hali Arena. Potem dobiłem się jeszcze zapiekanka z penne, kurczakiem, cebulą, szpinakiem i co tam jeszcze nie było , zapełniając bak wielką szarlotką z lodami. Wydawało mi się, że po takim żarciu, energii powinno mi starczyć przynajmniej na ultramaraton. Tymczasem skutek był odwrotny do zamierzonego. Po dziś dzień mam stresujące odgłosy w żołądku, a dzień po maratonie spędziłem rekordowe 2 godziny siedząc "na desce".
Z uczuciem, że "zaraz coś ze mnie wyjdzie" ruszyłem z impetem razem ze znanym już Grześkiem Łuczko w kierunku Mety.  Plan był taki, żeby biec za pacemakerem (gościu z balonem, który biegnie dokładnie na konkretny czas, w naszym przypadku 1h 30min) do połowy, a potem ruszyć z kopyta tak, żeby te 2-3 minuty pobiec szybciej drugą połówkę. W między czasie dobiegł nas Bela, który spóźnił się na start, ale że chłopak mocny jest niesłychanie to naszym tempem mógłby biec tyłem (co czasem zresztą robił). Zgodnie z planem po połowie ruszyłem szybciej w towarzystwie Beli, bo Grzesiek się gdzieś zapodział. Bela swoją klatą osłaniał mnie od morderczego wiatru prosto w twarz (tzw.mordewind),  a ja patrząc tylko na jego skarpetki cisnąłem ile się da. 16 kilometr i Bela pobiegł w siną dal, a ja zostałem sam na sam z mordewindem. Dawałem sobie jeszcze zmianę z pewnym łysawym gościem, ale czułem, że zapasy energii ulegają znacznemu deficytowi.
2 kilometry przed meta, kiedy powinienem zacząć finiszować czułem , że już pary mi brakuje. Spiąłem pośladki i jeszcze kogoś dałem rade wyprzedzić, ale to pewnie dlatego że prawie stał w miejscu. Czas na mecie (oficjalny) 1h29min15sek. Tym razem nie mam mroczków przed oczami, ale dyszę ciężko.
Chwile za mną jest gościu z balonem (moja taktyka się nie powiodła), Grzesiek jest kilka minut potem a dalej kolejne znajome twarze. Magda co biega z nami w środy. Ludzie ode mnie z roku. Przybiega w końcu Aga (zaraz za wielką grubą babką), potem jest też Piekarz z Avany, Michał z KW Warszawa i kilku innych jegomości. Na rolkach przyjechali też specjalnie z Dąbrowy, Polly z Elvisem. Także bardzo wesoły poznański weekend:)

Po wielu przemyśleniach stwierdzam, że czas mam kiepski, bo: nie wypocząłem po On-sighcie, wiało mi w twarz, niezaaklimatyzowałem się jeszcze do wyższej temperatury (było ponad 20 stopni) no i "coś chciało ze mnie wyjść" i walczyłem bardzo żeby nie wyszło...

dzięki Bela za pociągnięcie mnie przez kilka kilometrów z najgorszym miejscu!
Zrobiliśmy sobie z Aga i Grześkiem plan treningowy, jak wyjdzie chociaż jego cześć to będziemy niezniszczalni!:)
p.s.może będą jakieś dodatkowe zdjęcia potem