16 stycznia 2013

Broad Peak 2013

Chciałem napisać coś więcej. o przygotowaniach, o treningu i o wielkich znakach zapytania, ale po prostu nie było kiedy. Czas uciekł przez palce i teraz jestem już w Skardu w samym centrum Karakorum...
Jestem tu i nie mogę w to uwierzyć. Jestem uczestnikiem zimowej wyprawy Polskiego Związku Himalaizmu. To jest coś o czym marzyłem odkąd pamiętam, ale tak naprawdę nigdy nie sądziłem, że może się to spełnić. I teraz jestem tu, jakby nigdy nic żartując sobie przy stole z Krzyśkiem Wielickim, gościem który jest dla mnie bohaterem. Czuje się tak jakbym był jakimś młodym gitarzysta z początkującego zespołu i zagrał razem z Mickiem Jaggerem i rolling stonesami na pełnym stadionie Wemblay. to chyba dobre porównie:)

Jutro ruszamy w góry. Kolejna, ale naprawdę wyjątkowa wyprawa życia. Trzymajcie kciuki,bo jest okazja napisać kolejny rozdział historii himalaizmu.  Ale by było...

16 grudnia 2012

400km na lody


W ramach treningu do zbliżającej się "wyprawy życia" ruszyłem wraz z Raszem i dwoma Agnieszkami na poszukiwanie lodów nadających się do dziabania. Mieszkając w Poznaniu jest to nie lada wyzwanie, bo w najbliższe góry jest 5h jazdy samochodem, a lodospady tworzą się tylko w kilku miejscach w Karkonoszach i dobre warunki do wspinania w lodzie nie trwają długo. Topo znaleźliśmy tutaj: http://izerskielodospady.blogspot.com/ oraz w GÓRAch nr 200-201 ze stycznia 2011

Wyjechaliśmy w sobotę w nocy mimo, że prognoza sugerowała odwilż. Licząc na łut szczęścia po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do kamieniołomu w Oldrichovie w Czechach, kilkanaście kilometrów od Świeradowa Zdroju. Padający deszcz i dodatnia temperatura sugerowały, że nie mamy czego szukać. Ostatecznie po ostatnich opadach zachowała się kilku centymetrowa polewa lodowana którą namiętnie eksploatowaliśmy. Efektem było zrobienie dwóch dróg i jednego wariantu w szanowanym powszechnie stylu TR ;) Dla Rafała i Agi było to pierwsze zetknięcie z lodem i dziabkami. Trzeba przyznać, że jak na te warunki radzili sobie znakomicie:)

Po południu ruszyliśmy na pierwsze w tym sezonie (dla mnie pewnie ostatnie) biegówki w Jakuszycach. Forma ok, ale trzeba się przestawić na nowy rodzaj wysiłku. Spotkaliśmy też Łasucha i Marcina z którymi prawdopodobnie stworzymy nowy dream team rajdów przygodowych, ale to na razie inna historia...;)

Tyle wrażeń z jednej niedzieli i pomyśleć że 12h spędziliśmy w samochodzie:)

15 października 2012

Lycian Challenge part II


...Ruchy robią się wolniejsze. Jest zimno, cali przemokliśmy do suchej nitki. Jesteśmy przekonani, że na punkcie czeka nas ognisko i ogrzewanie się do woli. to nas motywuje do szybszego pedałowania. Niestety. Ognia brak, chociaż coś się tli, tak jakby dopiero zostało dogaszone. Byli tu Czesi! Wpadamy w klasyczną telepę. Łasuch wpada na idealny pomysł, żeby przebrać się w pianki, które tutaj na nas czekają. Wspólnymi siłami rozpalamy ognisko i zaczynamy dochodzić do siebie.

Zamulamy konkretnie, ale na mokro ciężko nam się ruszyć z miejsca. W końcu jakoś się zbieramy na kolejny trekking z zadaniami specjalnymi w postaci krótkiego canyoningu „na sucho” i zjazdu w czeluść wzdłuż wyschniętego wodospadu. Idzie nam wyjątkowo sprawnie napieramy żwawo mimo środka nocy jednak powoli każdy zaczyna odpływać. Łasuch zaczyna coś gadać na temat wstawiania drzwi lewych albo prawych oraz tajemnej recepturze „siedem talerzy”, Aga wszędzie widzi maski a na ziemi igliwie układa się w postacie z kreskówek. Do tej pory twierdzi, że nie były to zwidy tylko naprawdę tam były kreskówki. Kuba idzie na autopilocie, ja mimo początkowego nabuzowania energią zaczynam odpływać i gdzieś ucieka mi część drogi i tylko mówię Łasuchowi żeby mnie obudził jak dojdziemy do skrzyżowania. Ostatecznie do rzeki dochodzimy wyjątkowo sprawnie. Zgodnie stwierdzamy, że czas na 40minutową drzemkę.

Wstajemy razem ze słońcem. Z 12km kajaka , jakieś 5 trzeba go ciągną przez skały, bo poziom wody nie pozwala na spływ. Stopy Kuby zamieniły się w gąbczastą masę i większość ciągnięcia przypadło na mnie co dosyć ostro daje mi w kość. Mimo tego etap jest bardzo urokliwy, a rzeka z kilometra na kilometr zmienia oblicze. Raz nawet wpadamy w wir przed malutkim wodospadem. Do kolejnych rowerów docieramy po dobrych kilku godzinach. Kilka minut suszenia, po stojących rowerach widzimy, że wszystkie zespoły nadal w grze, więc nie ma się co obijać. Jasne jest też, że nie mamy szans na zebranie wszystkich punktów. Zaczyna się strategia i wyliczanie, które punkty zebrać, a które odpuścić. Wybieramy szybki wariant asfaltem. Tym razem pogoda iście piekielna. Duszno, gorąca a drogą standardowo pod górę. Jedziemy już ponad godzinę doliną i coś zaczyna się nie zgadzać. Może dlatego, że jesteśmy nie w tej dolinie co trzeba... kur....a! Wracamy te kilkanaście kilometrów na dół i staramy się zapomnieć to tym fatalnym błędzie. Ciśniemy asfaltem dalej na oślep do kolejnej doliny. Jedziemy i jedziemy. Zaczyna się jakieś miasto, którego nie ma na mapie. Coś tu nie gra. Robimy postój na piwo i kiełbasę z bułką. Lokalsi twierdzą, że jesteśmy w Fethiye, ale to nie ma sensu bo to 10km nie w te stronę co powinniśmy... kur...a! Byliśmy w dobrej dolinie, raptem 200 metrów od punktu, tylko patrzeliśmy za inną. 20 km podjazdu w plecy. Przy tej pogodzie i tempie daje nam to prawie 4 godziny straty.

 Morale siadają zupełnie. Cała walka na nic. Na szczęście jest Aga, której motywacja nie zna granic i która w kryzysach znajduje siłę. Zbiera nas wszystkich do kupy i nadje tempo na rowerze, chociaż wyraźnie już nam łyda nie zapodaje. Wracamy z powrotem do punktu wyjścia. Jest punkt. Jest i kolejny. Niestety szczęście nas opuszcza razem z drogą, która powinna być a jej nie ma. Przedzieramy się z rowerami na plecach przez stromy kilkuset metrowy grzbiet góry. Tracimy kolejne godziny. Jest jakaś droga, kierunek się z grubsza zgadza, jedziemy. Na kolejnym punkcie łapie nas nocka. Zgodnie stwierdzamy, że próba znalezienia kolejnych punktów może nas zupełnie zgubić więc tniemy asfaltem naokoło do strefy zmian. Trzecia nocka atakuje z potrójną siłą. Po wjechaniu w skały docieramy w końcu do przepaku. Kilkanaście minut za nami francuzi. Odrobili stratę, zresztą nie ma się czemu dziwić. I tak dobrze, że nie jesteśmy na końcu stawki. Kładziemy się spać na dywanach starego meczetu. 30 min zamienia się w 1h 30. Zaspaliśmy i właściwie cudem orientujemy się, że budzik nie zadzwonił!

Nie wiadomo czym zmotywowani ruszamy w pogoń za francuzami, których dopadamy po kilkunastu minutach truchtu. Ledwo idą:) Przyspieszamy, żeby ich psychicznie zniszczyć i już do końca zawodów ich nie spotykamy. Z bólem serca omijamy nocny Canyoning i lądujemy na imponującym zadaniu linowym. Lina przewieszona jest 100 metrów nad dnem kanionu, a po drugiej stronie punkt do zgarnięcia. Zero obsługi i zero gwarancji, że lina wisi poprawnie. Testujemy na własnej skórze, a palące mięśnie rąk uświadamiają nam, że przejście na drugą stronę to wcale nie takie łatwe zadanie. Potem już tylko długi zbieg nad brzeg morza z nieplanowaną 8 minutową drzemką nad rzeką. Na chwile dołącza do nas Piotrek i razem docieramy nad brzeg klifu. Wreszcie spotykamy Czechów. Mają wszystkie punkty, także nie mamy szans ich dogonić. To jednak trochę inna liga. Teraz czaka nas zjazd na linie prosto do wody, 1000m pływania z całym ekwipunkiem na wyspę przy której czekają na nas kajaki morskie - ostatni etap. Kuba nauczony doświadczeniem z Finladii zaopatrzył się w dmuchany materac, którym przepłynął morze niczym wakacyjny plażowicz;) Kajaki full profeska ze sterem dają nam sporo radości. Musimy tylko odpędzać sleepmonstera wymyślnymi grami słownymi i piosenkami oraz ciągłym polewaniem się ciepłą morską wodą. Zbieramy dodatkowe 4 punkty w tym jeden z jaskini morskiej pełnym nietoperzy. Decydujemy się na szybszy powrót mijając po drodze zacumowane luksusowe jazdy w prawie każdej z licznych tutaj lagun i urokliwych zatoczek. W końcu na horyzoncie pojawia się plaża w Gocku gdzie zostawiamy kajaki i ledwo truchtając przekraczamy linię mety po 75 godzinach i 9 minutach od startu zajmując zaskakująco II miejsce. Okazuje się, że kolejne zespołu mają 5 punktów mniej niż my, więc nie potrzebnie się spieszyliśmy...;)

Prysznic, kebab, odbiór przepaków, bankiet, piwo, jedzenie,dużo jedzenia, private transport do Antalii od razu lot i o 7 rano meldujemy się niczym żywe trupy w Poznaniu.
Teraz tylko jeść i spać, jeść i spać, jeść, spać...

Dzięki chłopakom za wspólną walkę i Adze za bezdenne pokłady motywacji. To była jedna z tych przygód na którą długo czekaliśmy i trzeba przyznać, że „odwaliliśmy kawał naprawdę dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty” ;)

14 października 2012

Lycian Challenge part I



„Tomek!”. „Spoko”. „Tomek, tomek!”. „Spoko, spoko”. „Tomek,tomek”, „Spoko,spoko”. „Tomek”. „...”. JEBS! Zjazd na rowerze. Łasuch krzycząc do mnie co chwile próbował podtrzymać mnie na jawie. Niestety brak snu nie da się tak łatwo opanować. W końcu z impetem wjeżdżam w skały ograniczające drogę (z drugiej strony przepaść) co stawia mnie chwilowo na nogi. To już trzecia nocka tureckiego rajdu przygodowego Lycian Challenge. Bardzo przygodowego rajdu.

Do Turcji jedziemy przypadkiem w barwach adidas Terrex Team Poland. Przypadkiem, bo Magda i Krzysiek Dołęgowscy z powodu „zmęczenia materiału” odpuszczają, proponując nam start. Decyzja nie była trudna, bo zarówno dla mnie jak i dla Agi start w zagranicznym rajdzie ekspedycyjnym to wieloletnie marzenie. Szybki zakup pianki, brakującego sprzętu, paczka z ubraniami od adidasa, szukanie taniego lotu last minute (dzięki Justyna) i już siedzimy w samolocie czekając na rozwój wydarzeń.

Bazą tegorocznego rajdu jest Gocek – mała mieścina leżąca nad brzegiem morza śródziemnego. Po sezonie cicha i spokojna, tylko zaparkowane luksusowe jachty przy brzegu świadczą, że nadal jest to turystyczny kurort. Z Aga dostajemy się tutaj z Antali z trzema przesiadkami autobusowymi. Chłopaki - Kuba , Łasuch oraz naczelny fotograf, Piotrek Dymus dolatują nocą do pobliskiego Dalamanu.
Kolejne 2 dni to zupełny chillout wliczając w to taplanie się w basenie, zakupy pamiątek, zajadanie się prawdziwym tureckim kebabem, a w międzyczasie zdawanie sprzętu, odebranie nadajników SPOT i nie mająca sensu odprawa po turecko-angielsku, która wprowadziła więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Ah, no i dostaliśmy mapy.

Mapa na Lycian Chellenge to osobna historia. Ksero, ksera kolorowej mapy topograficznej w skali 1:25000. Wydawało by się, że super bo dokładna, ale jak mamy 5 arkuszy metr na dwa wydrukowanym na zwykłym papierze,który rozpada się przy najmniejszym kontakcie z wodą to już robi się problem. W dodatku punkty nanosi się na podstawie koordynatów UTM, które dostaje się 3h przed startem. Potem okazuje się, że jednak koordynaty różnią się nawet o kilkaset metrów od położenia punktów, więc na nałożenie właściwych miejsc pozostaje 5 min przed startem na podstawie mapy wzorcowej. Zaklejenie mapy, pocięcie jej na odpowiednie kawałki i ochrona przed deszczem czy nawet kroplami potu to ukryta dyscyplina tego rajdu:)

W końcu upragniony dzień startu. Okazuje się, że nasze skrupulatnie przygotowane przepaki nie mają sensu, bo owszem są dwa przepaki na całej 350km trasie, ale można mieć tylko dwie torby, które są przenoszone z jednego miejsca na drugie, więc żadnej taktyki tutaj nie ma. Wszystko co się może przypadać „na potem” , całe jedzenie i picie ląduje w przepaku byle to wszystko upchnąć. W praktyce na plecach nosi się większość dobytku wliczając pianki, sprzęt do zadań linowych, buty na zmianę i zestaw ciepłych ubrań. Trochę to waży, ale biegać tzw. „świńskim truchtem” się da;)

Start się z lekka opóźnia przez panikę wywołaną mapą wzorcową, która umiejscawia punkty nie tam gdzie koordynaty wskazywały. Ostatecznie 11:20 ruszamy z impetem na etap pierwszy – city puzzle, czyli zabawowe zbieranie literek po całym miasteczku. Tempo średnie, ale czuć napięcie w powietrzu. Łasucha nawet coś siekło w plecach przed dobiegnięciem na jeden z punktów. Zaczyna się ciekawie...

Po 20min ruszamy na rower. Przed nami już jedni i drudzy czesi, równo z nami Turcy z tyłu  francuzi zaklejają jeszcze mapę i tną na kawałki A4i. Skwar straszny, a tempo jak to na początku mocne. Od razu ostro w górę. Przy pierwszym punkcie niebo się chmurzy, zaczyna padać. Mapa się rozmywa i rozpada mimo mapnika. Łapiemy gumę. Potem drugą. Czesi mają już 30min przewagi. Odjeżdżają nam francuzi i turcy. Lądujęmy na końcu. Łapiemy trzecią gumę, którą w błocie i deszczu już beznamiętnie zmieniamy. Nastroje trochę siadają. Pierwsze głupie błędy nawigacyjne. Mapa przestaje się zgadzać i brniemy w jakimś bezsensownym kierunku. Spotykamy na szczęście inne zespoły i wspólnymi siłami (oni mieli lepiej oklejone mapy) wychodzimy na dobry wariant. Mijają godziny i kolejne kilometry. Zapada noc i docieramy to punktu w opuszczonej wiosce. Akurat trafiamy na Piotrka, który twierdzi, że przed nami byli tylko Czesi z CZARu. Wydaje nam się to mało możliwe zważywszy na ilość wtop. Potem okazuje się, że nasze wtopy były wyjątkowo niewielkie w porównaniu z innymi zespołami. Zbliżając się do poranka docieramy do końca roweru i po krótkim ogrzaniu się przy ognisku ruszamy na trekking, który ma nas wprowadzić na 2400m n.p.m. , najwyższą górę w okolicy. Jest dosyć chłodno i zestaw długi + krótki rękaw plus gore-tex działa jedynie przy chyżym poruszaniu się.
Góry zupełnie dzikie. Trzeba wybierać drogę przez wyschnięte koryta rzek i kaniony lub liczyć na jakąś przypadkową ścieżkę wydeptaną przez pasterzy. Przekroczenie gór „na azymut” to naprawdę przygoda sama w sobie tym bardziej jak do pokonania jest 30km i nie widać właściwie celu. Wyłania się dopiero wraz ze wschodem słońca i wydaje się tak bardzo daleko i wysoko...
Co jakiś czas oglądamy się za siebie, ale mimo rozległego terenu nie widzimy za sobą żadnych zespołów. Ze szczytu schodzimy „na szagę” przez kolczaste zarośla i skały do doliny i pierwszego przepaku na którym czeka zrobiony przez Agę makaron z kurczakiem oraz wymarzona Coca-cola. Lekko rozleniwieni ruszamy na dalszą część trekkingu. Ogromny płaskowyż skalny z pojedyńczymi sosnami i chatkami „na końcu świata” z uśmiechniętymi turczynkami zapraszającymi na „czaj”. Super klimat. Staramy się truchtać w dół i po płaskim. Czeka nas jeszcze przeprawa przez góry z kilkoma niespodziewanymi odcinkami skalnymi. W Polsce byłoby tu kilkanaście szlaków turystycznych i „orla perć” , tutaj nie ma kompletnie nic. Nawet najmniejszej ścieżki. Do doliny schodzimy przez kanion wyschniętej rzeki. Zaczyna padać. Do kolejnych rowerów docieramy już w kompletnej zlewie. Czeka nas 15km zjazdu, który w słońcu byłby radosna zabawą, ale w deszczu i na błotnistym szutrze zamienia się w walkę o życie i zdrętwiałe stopy. Wjeżdżamy w dolinę, która kompletnie nas zaskakuje. Wielkie, wapienne ściany ograniczają wąwóz tworząc jego 300 metrowe pionowe ściany. Takie miejsce umiejscowiłbym raczej gdzieś w Tajlandi. W dodatku jedna tylko droga, która po drugiej stronie doliny wije się kilkunastoma serpentynami do góry niczym norweska Droga Troli. Trzeba tamtędy podjechać... Zaczyna się burza. Pioruny walą nad nami co kilka minut. Robi się stresująca atmosfera spotęgowana histerią Agi, że „zginiemy w jakiejś pieprzonej Turcji”. Zapada drugi zmrok, nadchodzi SLEEPMONSTER...  cdn.

p.s. Wszystkie fotki made by Piotrek Dymus

15 września 2012

Filar Gervasuttiego



Są takie momenty, że wszystko wydaje się być przeciwne do podjętej wcześniej decyzji. Pogada się psuje. Dzień krótki. Tempo słabe. Do tego Damianowi spadł kask. Urobiliśmy już 8 wyciągów, jesteśmy przygotowani na biwak, ale czuje jednak, że nie powinniśmy się dalej pchać. Wycof. Nie zdarza mi się często, ale nie można lekceważyć „intuicji”. Cokolwiek to znaczy.

Tym razem wyjazd w Alpy miał być szybki. Jeden cel -wielki klasyk masywu Mont Blanc - filar Gervasutiego. Nieśmiertelną Toyotą ruszyłem z Poznania zbierając chłopaków z Wrocka - Damiana z którym byłem na Cassinie oraz Kubę który akurat szukał transportu do „szamoniowa” ) .Po jeździe bez przerwy lądujemy w środku nocy na parkingu w Chamonix.

Kolejny dzień ogarniamy brakujące zakupy jedzeniowe, szwędamy się po mieście jak po krupówkach gapiąc się w witryny i zaglądamy do biura przewodników dowiedzieć się coś o warunkach w górach. Nie wygląda dobrze. Ponoć bardzo zimno jak na wrzesień i dużo śniegu. Zważywszy, że liczyliśmy na słoneczne wspinanie w czerwonym granicie to trochę nas to zmartwiło. Pod wieczór bierzemy ostatnią kolejkę na Auguille du Midi i przy zapadających ciemnościach rozbijamy namiot na lodowcu poniżej schroniska Cosmique. Akurat helikopter ratuje jakiegoś zabłąkanego wspinacza, który źle skończył drogę Rebufatta na południowej ścianie Midi. Jutro chcemy sami ją sprawdzić.

Noc zaskakująco bez żadnych problemów, mimo że z reguły po tak szybkiej wizycie na tej wysokości, głowa pęka mi z bólu. Idziemy na rekonesans pod ścianę południowo-wschodnią Mont Blanc du Tacul. Główna ścieżka w dolinie nawet wydeptana, ale podejście pod sam filar musimy torować. Ściana robi wrażenie, ale okazuje się, że wcale nie jest zawalona śniegiem. Wręcz przeciwnie. Budzi to nasze nadzieje. Wielką szczelinę omijamy prawą stroną w przeciwieństwie do schematu Biszona, który zeskanowaliśmy sobie z „GÓR”. Wejście w drogę jest dużo niżej niż wszystkie stare schematy Pioli i inne opisy które znalazłem. Wyraźnie widać po szarych skałach, że lodowiec obniżył się o dobre 60-80 metrów! Początek drogi wygląda hardo, ale wydaje się, że można obejść go kawałek po lewej kuluarem ,a potem półkami do pierwszego stanowiska. Wracamy około 14 do namiotu i szybko próbujemy wbić się na wspomnianego Rebufatta. Droga wygląda pięknie. Start również kilka metrów niżej niż wskazują topo. Po godzinie walki Damian wycofuje się nie mogąc znaleźć dojścia do pierwszego stanu... potem okazuje się, że mała półka i rysa była niewidoczna zaraz za przełamaniem ściany. Szkoda.
Wieczorem dochodzi Kuba z partnerem i namawiamy ich na wspólny wspin na Gervasuttim.

Czasem mam takie uczucie, że nie powinienem czegoś robić mimo że właściwie nie ma ku temu przesłanek. Rzadko mi się to zdarza, ale jednak ciężko pozbyć się tego uczucia. Obudziliśmy się chyba o 5 rano i od samego początku towarzyszyło mi to uczucie. Póki nie ma powodów postanowiłem się nie przejmować i wbić w ścianę mimo to.
Jest bardzo zimno, chociaż słońce wyszło już zza horyzontu. Zaczynamy trochę za późno tym bardziej jak na wrzesień. Obchodzimy dolne trudności naszym wariantem. Pierwsze 3 wyciągi bierze Damian, kolejne ja i tak na zmianę. Z ciężkim plecakiem na drugiego wspina mi się fatalnie. Czwórkowe trudności wymagają większego skupienia niż zwykle. Chłopaki zawracają po pierwszym wyciągu. Trzeci wyciąg zaczyna się krótkim trawersem do płytkiego komino-zacięcia. Damian bierze blok, a ja na drugiego również nie daje rady przejść tego miejsca w ciągu. Kurde co jest? Raptem V, może V+ a tu takie jaja. Potem łatwiej, idziemy częściowo filarem mijając płaty śniegu, aż do ewidentnego zacięcia idącego po lewej stronie filara. Na jednym ze stanowisk Damian próbuje zdjąć buffa i spada mu kask, lekko zsuwając się z półki leci do podstawy ściany. To jest chyba ten ewidentny znak do odwrotu.
Wspinamy się jeszcze dwa wyciągi do przewinięcia na drugą, ciemniejszą stronę filara. Nie wygląda nawet źle, ale godzina na zegarku ostudza nasz zapał. Czasem trzeba dać za wygraną, szczególnie jak „wszystkie znaki na niebie i ziemi” już wyraźnie wskazują w którą stroną trzeba iść. Wycof.
dolna część drogi. zaznaczone pierwsze 3 stanowiska
Szybkimi zjazdami docieramy do podstawy ściany. Kask Damiana, który leży wprost pod naszymi nogami chyba tylko czekał na znalezienie. Zawsze szuka się jakiegoś potwierdzenia decyzji i czasem nawet takie absurdalne rzeczy jak leżący na ziemi kask jest dla mnie tym potwierdzeniem.
Nie dowiem się już czy był sens się wspinać dalej czy nie, ale wiem, że na Gervasuttiego trzeba wrócić. I trzeba go zrobić w jeden długi letni dzień.

Kolejnego dnia schodzimy i od razu ruszamy w podróż powrotną do Poznania. Chciałoby się napisać - wyjazd nieudany. Ciężko znaleźć pozytywy, ale już nie jeden mądry powiedział, że uczymy się na własnych błędach. Ostatecznie zdobyliśmy cenne doświadczenie, nic nam się nie stało i jednak lepiej spędzić weekend marznąć pod namiotem w Alpach niż z piwem w ręku i dziewczyną u boku. Czyż nie? ;)

9 września 2012

7 dolin...

fot.Monika Strojny
100km. Taka ładna okrągła liczba. Zawsze kojarzyła mi się z wyzwaniem. Przejść 100km to jest coś. Przejść to non-stop to naprawdę trzeba samozaparcia. Przebiec 100km to już dla twardzieli. Ale ścigać się na 100km to nie mieści się w ramach sensu. Chciałbym napisać, że jestem w tej ostatniej kategori, ale to jeszcze nie mój czas...


Kilka lat temu ukończyłem słynny rajd pieszy na orientację na 100km Harpagan. Startuje w nim rok rocznie,a właściwie dwa razy w roku, prawie 1000 osób. Wówczas zakończyłem go w 17h zajmując 7 miejsce i pamiętam, że byłem z tego wyniku bardzo dumny. Lata mijają, ludzie trenują więcej,a miedzy nimi niejaki Maciek Więcek czy Michał Jędroszkowiak, którzy setki na orientację biegali co miesiąc często poniżej 12 h. W końcu ewolucja biegaczy w Polsce doprowadziła do ultramaratonów górskich na 100km. Od razu na czoło wysunął się Ultramaraton 7 dolin gdzie w szranki stają obecnie najlepsi ultrasi w Polsce i nie tylko. Nie jest to przypadek, bo do zgarnięcia za pierwsze miejsce jest 15 tysięcy polskich nowych złotych!
Pierwszy U7D przyciągnął zaledwie  kilkunastu zapaleńców. Rok później pojawia się już kilkuset i bieg wygrywa fenomenalny Jan Wydra, a wspomniany Michał Jędroszkowiak jest czwarty co wielu udowodnia że nie trzeba być maratończykiem czy profesjonalnie trenować, żeby liczyć się w walce o podium.
Rok temu wystartwała również Aga , która podobnie jak inne dziewczyny zupełnie się załatwiła.
W tym roku miało być wyjątkowo. Dużo więcej uczestników, wyższa stawka za wygraną i cała śmietanka ultrasów na starcie. Wszystkich gnębiło jedno pytanie "Czy Wydra wygra?" :)

Przebiegłem już 100km kiedyś w USA więc wiedziałem, że dystans to nie problem. Chodzi jak zawsze o czas. Założyłem, że złamanie 12h jest w moim zasięgu. Fakt, że nie trenowałem za wiele ostatnio (zresztą rzadko kiedy udaje mi się regularnie trenować) i taki czas może się wydawać trochę wyśrubowany. Ostatecznie założyłem standardową taktykę "pożyjemy, zobaczymy", albo raczej "pobiegniemy, zobaczymy"
W tym roku na starcie było sporo znajomych w tym liczna poznańska ekipa. Aga liczyła nawet po cichu, że załapie się na jedno z premiowanych miejsc.

Czas do startu minął szybko i ruszyliśmy z kopyta  jeszcze w nocy zaczynając całą zabawę w centrum Krynicy. Starałem się zacząć nie za szybko, chociaż zawsze mam ochotę gonić czołówkę z którą na moim poziomie na razie nie ma sensu się porównywać. Pierwszy podbieg i już stawka się mocno przerzedza. Mijam Michała Jędroszkowiaka, który o kijkach i ponoć z kontuzją podchodzi do góry. Potem zastanawiałem się po co startować z kontuzją, ale niektórzy chyba potrzebują takiej dawki energii jaką dostaje się tylko na zawodach niezależnie od stanu fizycznego. Zauważam, że ewidentnie na zbiegach mijam większość biegaczy i idzie mi to bardzo sprawnie, natomiast na podbiegach/podejściach jestem zupełnie bezradny. Potwierdza to moje doświadczenie z czerwcowego Biegu Marduły i tej zimy zamierzam mocno popracować nad poprawą siły biegowej. Z każdą godziną człowiek staje się co raz bardziej osamotniony na trasie. Tempo mam dobre i wydaje się, że jestem w stanie na te 12h skończyć. Niestety po 66 kilometrze zdecydowanie tracę moc. Dochodzi mnie i wyprzedza pierwsza kobieta, potem druga. Na podejściach brakuje mi mocy i tylko nadrabiam zbiegami. Jeden z biegaczy mija mnie chyżym truchtem na jednym ze stromszych podbiegów. Jestem zaskoczony. Potem okazuje się, że owszem jest w stanie biec pod spore stromizny nawet na 80km, ale w dół musi praktycznie schodzić, bo skurcze nie pozwalają na nic innego.
Ostatecznie jakoś dochodzę do ostatniej stacji i motywuje się do biegu tak, że na kilka kilometrów przed metą udaje mi się wyprzedzić 4-5 zawodników. Ostatecznie po 12h 32min dobiegam na metę łapiąc się na 5 miejsce w swojej kategorii wiekowej i dodatkowo zgarniając 200zł, moje pierwsze pieniądze w biegowej karierze:) Aga wpada niecałe 2h później jako piąta kobieta w ogóle, zarabiając bagatela 2000zł :)

Zawody wygrywa doświadczony ultras Nemeth Csaba, przed "nową nadzieją polaków" Marcinem Świercem i zeszłorocznym zwycięzcą Janem Wydrą. Największym zaskoczeniem jest chyba 4 miejsce naszego znajomego Kuby Wolskiego, który nie dość, że pokonał wielu znanych ultrasów to do tego złamał 10h. Próbując wytłumaczyć ten fenomen doszedłem do wniosku, że w ultramaratonach naprawdę liczy się motywacja i psycha, a ciało musi się jedynie przekonać, że da radę pobiec szybciej;) I mam nadzieje, że swoje ciało też wkrótce do tego przekonam:)


26 sierpnia 2012

Dotknięcie Górskiego Wyzwania

"Pieskiem przez Dunajec"

Podejście nie chce się skończyć. To chyba jakieś Deja Vu. Zadziwiająco wiele razy zdarza mi się, że podchodzę gdzieś ( z rowerem lub bez) i nie widać temu końca. Tym razem jesteśmy w Pieninach na Mountain Touch Challenge - "rajdzie dla amatorów", który nas miejscami nieźle zmasakrował.

Chętnie startujemy w rajdach przygodowych. Wiadomo to nie od dziś. Do tego jeżeli odbywają się w pięknej górskiej scenerii z ciekawymi etapami to nie może nas tam zabraknąć. Tak właśnie było z rajdem organizowanym przez Kubę Wolskiego, który to miał być "dla wszystkich". Super trasa przez całe Pieniny wliczając w to kajakowy spływ Dunajcem. Fajne zadania specjalne i spore przewyższenie. Postanowiliśmy wystartować jako dwie dwójki Poco Loco Adventure Team. Ja z Aga oraz Piotrek Kłosowicz z Marcinem Jarzębowskim.

Co tu dużo pisać. Cisnęliśmy ostro w czołówce na etapach pieszych i kajaku. Dopadło nas słońce i tak zamuliło, że na rowery wyszliśmy jak Zombie. Tylko Piotrek się tym nie przejął. My tym czasem walczyliśmy z nasilającymi się kryzysami i nawet super długi zjazd z Obidzy do Piwnicznej nie postawił nas na nogi. Do tego do podejście na Przehybe...

Ledwo 100km, a zajęło nam to chyba 14h. Ostatecznie zajęliśmy 4 i 5 miejsce ogólnie , ja z Agą wygrywając kategorie MIX. Po raz pierwszy chyba otrzymaliśmy taki aplauz na podium dzięki zgromadzonej publiczności - chyba wszystkich mieszkańców Szczawnicy. Po nas grał jakiś zespół Country, stąd ta frekwencja...
p.s. foty organizator

1 sierpnia 2012

Porachunki z Piz Bernina

(fot. ze strony chmoser.ch, widac wyraznie piekna gran Biancograt)
Było to kilka lat temu. Ten sam samochód ta sama góra tylko skład inny. Razem z Jagną i Szczurem poszliśmy na Piz Bernina od strony włoskiej. Pierwszy raz na lodowcu nie mając pojęcia o tym jak się po nim poruszać. Udało nam się w bólach dojść do schroniska Marco e Rosa i bezpiecznie wrócić. Był to chyba pierwszy mój górski "wycof". Od razu wiedziałem, że kiedyś wrócę wyrównać porachunki. i wróciłem.

Tym razem już ze zdecydowanie większym "bagażem doświadczeń" atakujemy Piz Berninie przepiękną granią Biancograt. Łatwa mikstowa wspinaczka za III+ i wspaniała śnieżna grań tzw. "must do" dla każdego fana alpejskich czterotysięczników. Nastawiamy się na szybką akcję. Po południu podchodnimy to Tschierva Hut gdzie po raz pierwszy nocuję w alpejskim schronisku, które wygląda raczej na wystilizowany, boutiqowy hotel niż typowy schron. Wstajemy tradycyjnie w nocy i na podejściu wyprzedzamy ile osób się da, żeby na grani być już z przodu stawki. Podejście w miarę ewidentne po piargach, potem kawałek lodowca i  fajną via-ferratą na przełęcz. Tutaj już konkretny wspin w czasem kruchej skale przy promieniach wschodzącego słońca. Idziemy sprawnie i wyprzedzamy kolejne zespoły. Główną, śnieżną częścią grani biegnie wąska, eksponowana ścieżka wydeptana przez tłumy atakujących codziennie alpinistów. Ostatni odcinek to znowu skalny wspin z jednym, dwoma zjazdami z całkiem konkretną ekspozycją. Wspinamy się sprawie i praktycznie całą grań przechodzimy na lotnej asekuracji ścigając się z dwójką nadgorliwych włochów. Na piku Piz Bernina meldujemy się o ??? godzinie. Pogoda wspaniała, widoki po sam horyzont.

Schodzimy na drugą stronę koło schronu Marco e Rosa, gdzie kilka lat temu doszedłem, i dalej lodowcem oraz zaskakująco wspinaczkową granią w kierunku stacji kolejki Diavolezza. Zejście dłuży nam się straszliwie. W dodatku trzeba robić kilka zjazdów i w dolnej części ścieżka jest nieewidentna, a ostatni odcinek po lodowcu musimy sporo kluczyć między szczelinami. Energia spadła drastycznie, a ostatnie podejście pod Diavolezze nie chce się skończyć. Potem zostawiam chłopaków i zbiegam do drogi żeby złapać kolejkę powrotną do Potresiny i wrócić po nich samochodem. Kolejka ucieka mi o kilka minut, ale udaje mi się złapać stopa z parą Niemców, którzy robili tę samą trasę co my.

a potem już długa droga do domu i snujemy plany na kolejny alpejski wspin...

30 lipca 2012

Korek na Cassinie




Chaos. Pięć podwójnych lin plącze się ze sobą jak zwój kabli telefonicznych łączacych zbyt duża ilość
nadawców z odbiorcami. Piec osób prowadzi jeden i ten sam wyciąg. Łatwy, najwyżej czwórkowy,
ale strach pomyśleć co by się stało gdyby jeden z prowadzących się poślizgnąl i poleciał. Nie tak
wyobrażałem sobie zmierzenie się z jednym z największych klasyków Alp, Droga Cassina na Piz
Badile.

Po raz koljny Yariska okazała się samochodem doskonałym, który zawiozl mnie, Damiana i Wojtka do
Szwajacari. Chłopaków poznałem na tegorocznym obozie KW Katowice i okazało się,że nasze cele
sa zbieżne więc w w trójkowym zespole postanowiliśmy zaatakować klasyk klasyków. Przyznam, że nie
przygotowałem się zbytnio do tego wyjazdu z powodu permanentnego braku czasu, na szczęcie Wojtek
wziął skserowane przewodniki i schematy i nadrobiłem zaległości w aucie. Samochodem można dojechać
aż do doliny Bondasca (platna 10euro) drogą skąd po przekrocznieu rzeki ,ostrymi zakosami dociera
się do schornika w niecale 2 godziny. Niestey już na parkingu łapie nas ulewa, która przerwami
pozwala nam na dotarcie do schronu. Namiot rozbijamy niecałą godzinę powyżej już w drodze
pod połnocny filar Piz Badile. W sloneczną pogodę to sielankowa okolica z zielona trawką i wielkimi
granitowymi kamolami. Teraz leje się rzeka wody z każdego wzniesienia, a pola traw na których
rozbuć można namiot przypominają bajoro. Znajdujemy w końcu odpowiednią platformę i zupełnie
przemoczeni zwalamy się w trójkę do dwuosobowego namiotu. O komforcie raczej tu mowic nie
można. Szczęśliwe prognoza na kolejne dni wspomina o słońcu więc zgodnie przekładamy plan wspinu
na Casssina za dwa dni wykorzytujac pierwszy na osuszenie sciany i naszych ubrań oraz zapoznaniu
soie z tutejszym granitem na innym klasyku - Nordkante

Nordkante

To długa, latwa droga biegnąca filarem z kilkoma trudniejszymi miejscami. Droga tlumnie
odwiedzana przez fanów wspinaczki oraz przez przewodników z „klientami”. Nordkante jest też
często wykorzystywana jako droga zjazdów/zejścia z innych dróg na Piz Badile. Granit jest wspaniały,
tarcie doskonały, pogoda i widoki niesamowite. Cała dolina zamknięta jest skalnym bstionem z
dominującymi Piz Cenaglo i naszym Piz Badile. Wyraźnie odróżnia się od innych okolicznych, mniej strzelistych dolin. Ktoś kto zobaczył te widoki po raz pierwszy musiał być ogromnym szczęściarzem. Zmieniamy się na prowadzeniu co kilka wyciągów. Mimo ewidentnej formacji, można się w kilku miejscach zapchać co oczywiście robimy wychodząc zamiast fajnym, piątkowym i obitym trawersem na grań, krucha
przewieszka kawałek powyżej. Daliśmy sobie czas do 14 i mimo późnego wyjścia doszliśmu do 2/3
drogi co stwierdzilśmy jest dobrym wynikiem jak na trzysosobowy, wspinający się po raz pierwszy
zespół. Zjazdy przedłużają się jednak niemiłosiernie i do namiotu docieramy wieczorem z niepokojem
zauważając, że dookoła rozbiło się kilkanaście innych ekip, które niechybnie zmierzają również na
Casssina. Zaczyna się wyścig. Kto wyjdzie wcześniej, ten pierwszy na ścianie.

Wstajemy o 3:00


Cassin

Gdzieś powyżej nas widać już czołówki. Ruszamy szybko do góry kamiennym terenem, który spiętrza się
przed przełęczą i trzeba kawałek się podwspinać . Znamy drogę z wczoraj więc udaje nam się już na
podejściu wyprzedzić jeden brytyjski zespół. Na przełęczy widać przed nami daw zespołu już
zmierzjace na trawers dojściowy do Cassina. Zakładamy szpej, bierzemy linę,ale już w międzyczasie
dwa inne oszpejone zespoły zeszły na dół. W zejściu z przełęczy można zjechać lub zejść trójkowym
terenem, co w nocy wydaje nam się słabym pomysłem. Zanim zjechaliśmy kolejny zespół nas mija.
Tawers, czasem zalodzony puszcza bez problemów,ale już robi się pierwszuy zator na kominach
dojściowych przed pierwszm wyciągiem. Jedna szybka dwójka, facet z babka, omija go na żywca
trudniejszym terenem i przegania dwa inne zespoły.dobra taktykta. Docieramy w końcu we wlaściwy
start. 4 zespoły. Jeden kończy wciąg, drugi w środku, trzeci prowadzi, szybka dwójka startuje
orginalnym warianem bardziej na lewo. Szybka analiza i idziemy za nimi. Damin wbija się w pierwszy
wyciąg. Mokra ryska za 5c, mało przyjemna rozgrzewka. Ja z Wojtkiem targamy ciężkie plecaki z woda,
ubraniami, jedzeniem i innymi duperelami. Wychodzimy powyżej i już widać ze stawka się zagęszcza.
Żeby nie łaczyć się od razu z główną linią idziemy w lewo mając nadzieję, że ominiemy część
zespołów.Niestety ładujemy się w trudniejszy teren, który Damian dzielnie prowadzi. Łączymy się z
chaosem na drodze głównej gdzies w środku stawki. Przed nami i za nami po kilka zespołów. Lina
splątana. Ludzie wręcz wspinają się jeden na drugim. Zatrzymanie akcji zdarza się dopiero przy wielkim,
odstrzelonym bloku. Kolejny wyciag to czujny trawers z 5c nad niezła lufą. Zajmujemy grzecznie swoje
miejsce w kolejce i czekamy... I tak ponad godzinę. W tym czasie część zespołów z tyłu stawki wycofuje się. W końcu jest nasza kolej, ale dla przyspieszenie jeden wyciąg prowadza dwa zespoły na raz.Pokonanie tego trawersu kosztowało mnie sopor stresu. Mokra rysa, male stopnie pod spodem lufa. Na szczęście gorzej już nie było. Z każdym wyciągiem stawka się przerzedzała i można było iść swoim tempem. Kolejne wyciągi były co raz ciekawsze. Lity granit, zróżnicowane formacje. W łatwiejszych miejscach idziemy symultanicznie. Docieramy w końcu do półki „Cengia Mediana” skąd zaczyna się trudniejsza część drogi. Znowu korek. Znowu czekanie. Z góry lecą kamienie. Mimo, że wypada moja kolej na prowadzenie, jakoś nie czuje się pewnie i przejmuje je Wojtek. Potem z perspektywy czasu stwierdzam, że prowadzenie bez plecaka jest zdecydowanie przyjemniejsze , a trudności są mniej odczuwalne.Eureka:) Udaje się jednak z tymi worami dojść do stanu , który w tym miejsc jest prawie wiszący i ekspozycja robi już spore wrażenie. Kolejny cruxowy wyciąg, trawers pod okapem do zacięcia nie wydaje się już taki trudny. Kolejne należą do mnie i dochodzimy ładną, kładąca się rysa do złowieszczych Kominów. Deny prowadzi pierwszą V-kształtną część, która z nas wybiera mnóstwo energii. Zapieraczka z plecakiem nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Potem jeszcze dwa wyciągi w kominie i dwa kolejne wyprowadzające na górę Nordkante. Dalej już z lotną asekuracją, super eksponowana granią nad morzem mgieł w kierunku szczytu. Docieramy na niego niedługo przed zachodem słońca. Gratulacje, sesja zdjęciowa i na noc wbijamy się do schronu pod szczytem, rezygnując z zejścia tego samego dnia.

Rano ruszamy na stronę włoską. Kilka zjazdów, kluczenie ścieżką i dochodzimy do schroniska skąd długą, 5-cio godzinną drogą przez dwie przełęcze wracamy do Szwajcarii. Szlak jest dobrze oznaczony, tylko na dnie doliny lodowiec trochę zmienił konfigurację śnieżki. W schronie zwycięskie i wymęczone piwo.

Zwijamy namiot i ruszamy na Piz Bernina...

24 lipca 2012

Gran Tatr - Idee Fixe

fot.Kacper Tekieli

Jedna, druga, trzecia i dalej jeszcze kilka kozic stoi dosłownie kilka metrów ode mnie. Najmniejsza podchodzi w moim kierunku tak jakby pierwszy raz widziała człowieka i z ciekawości chciała sprawdzić „co to jest”? Sam przystanąłem na chwile chociaż czasu na podziwianie przyrody specjalnie nie mamy. Przed nami jeszcze kilkanaście kilometrów Grani Tatr Wysokich. Zarówno ja i Kacper jesteśmy tu pierwszy raz i choć chciałoby się siąść i pooglądać widoki to myślę tylko o jednym: „trzeba napierać szybciej”

Pomysł na przejście Grani Głównej Tatr non-stopem pojawił się w mojej głowie już kilka lat temu. Nie ma co przytaczać historii jej przejścia, danych statystycznych czy nazwisk słynnych alpinistów, którzy ją zdobyli. Przejście całej Grani, 75km od Tatr Bielskich, przed Tatry Wysokie po Tatry Zachodnie to po prostu wielki wyczyn. A zrobienie jej w rekordowym czasie to już coś znacznie większego. Dość tylko napisać, że od 1975 roku kiedy Krzystof Żurek, a niedługo po nim Władek Cywiński przeszli samotnie grań w 3,5 dnia nikt w ogóle nawet nie przymierzył się do rekordu, ba!przejść całej Grani było od tej pory w ogóle niewiele. To daje do myślenia.

Ciągle jednak trudno było mi znaleźć mi czas, żeby Grań chociaż zobaczyć, bo zawsze w wakacje byłem gdzieś daleko poza Polską. Teraz pierwszy lipiec od kilku lat spędzam w Polsce dlatego postanowiłem skorzystać z okazji. Pomysł podchwycił Kacper Tekieli z którym poznałem się przypadkiem na otwarciu naszego Poco Loco Hostelu. Okazało się, że biega i wspina się na podobnym/lepszym poziomie ode mnie więc założyłem, że razem możemy spróbować swoich sił w Tatrach. Od decyzji do wyjazdu minęło właściwie kilka dni. Z pomysłu na przejście całej Grani, została tylko Grań Tatr Wysokich, a potem stwierdziliśmy, że ruszymy na lekko i zobaczymy dokąd dojdziemy w ciągu dnia i w zależności od pogody ruszymy dalej. Informacji zasięgnąłem u Artura Paszczaka (trzy próby na Grani Tatr Słowackich), z jednego z wydań magazynu GÓRY, internetu, a główny opis wzięliśmy z przewodnika Kurczaba „Najpiękniejsze Tatrzańskie Szczyty”. Wzięliśmy 50m liny, jakieś kości, friendy, buty wspinaczkowe, puchówkę, nrc, czołówkę, batony,żele, szturmżarcie i 3l wody. I ruszyliśmy...

Z Javoriny wyszliśmy o 1:00 dochodząc na Przełęcz pod Kopą (początek Grani Tatr Wysokich)o 3:00 w nocy. Startujemy z impetem przy świetle czołówek ok 3:30. Już na pierwszym szczycie - Jagnięcym, nadkładamy drogi podążając niepotrzebnie ścieżką zamiast wspinać się wzdłuż grani. Takie pomyłki zdarzają nam się niestety kilka razy. Kolejny na Pośredniej Papirusowej Turni gdzie wchodzimy i schodzimy właściwie tę samą drogą zamiast obejść trudniejszy fragment. Dodatkowy niepotrzebny zjazd (jedyny na całej grani) na Baranich Czubach. Trzymamy się opisu i „zaliczamy” najważniejsze szczyty, mniejsze czuby i pipanty obchodząc. Na przełęczach i szczytach chwile odpoczywamy Kacper robi zdjęcia podchodzącym bardzo blisko kozicom i dokumentuje całe przejście. Mimo początkowej irytacji i chęci do „napierania” zmieniam nastawienie na bardziej rekreacyjne. Idziemy żwawo, ale jednak w celach poznawczych, a nie sportowych. Wspinamy się bez asekuracji. Okazuje się, że zarówno ja jak i Kacper czujemy się pewnie w niewielkich trudnościach mimo, że skała w większości jest krucha lub bardzo krucha. Z tymi wszystkimi wtopami i nie idąc na maksa docieramy na Lodowy Szczyt po 6h20min a godzinę później na Lodową Przełęcz zatrzymując się jeszcze niepotrzebnie żeby nabrać wody z ledwie cieknącej strużki. Jestem zaskoczony. Z reguły zespoły docierają tu po 2-3 dniach wspinania. Paszczak w trzeciej próbie doszedł tu po 12h. Jesteśmy „zaledwie” 1,5h wolniej niż rekord Żurka. Zastanawiam się nawet czy nie popełniliśmy jakiegoś błędu? Ani ja ani Kacper nie spodziewaliśmy się takiego czasu. A nawet nie minęło południe. Dalsza część grani to trochę trudniejsze wspinanie, kilka skomplikowanych przełęczy i trudności z wycofem. Dostajemy info, że po południu pogoda ma się zepsuć, a w nocy burza i kolejny dzień leje. Decydujemy, że pójdziemy do przełęczy „Biała ławka” z której można wycofać się jeszcze na stronę doliny Jaworowej u ujścia której stoi samochód. Trochę wygodnicko, ale ostatecznie z wyniku jesteśmy bardziej niż zadowoleni.
fot.KT

Nabieramy jeszcze wody ze stawu oddalonego o pół godziny drogi w dół i ruszamy przez mały lodowy i Zbójnickie Turnie na Białą Ławkę. Wejście na Wielką Zbójnicką Turnię to trójkowe żywcowanie w całkiem sporej ekspozycji, ale malutki szczyt daje sporo satysfakcji. Na pewno niewiele (jak na na Tatry) osób pozostawiło na nim swój ślad.

Potem długa, kilkugodzinna droga do samochodu i jazda na pizze do „Adamo”.

fot.samowyzwalacz
Mogę napisać jedno. Byłem pełen niepewności czy Grań jest w moim zasięgu. Teraz wiem, że tak i moja „idee fixe” jeszcze bardziej zakrzewiła się w mojej wyobraźni. Czy czerwiec przyszłego roku przyniesie nowy rekord na Grani Głównej? To marzenie nawet silniejsze niż wejście na nie jedną wysoką górę....

p.s.potem kilka dni ostro trenowałem z Aga w Tatrach, ale to inna historia...

10 czerwca 2012

Zawody, Zawody, Zawody

fot.Monika Strojny
Podchodzę do góry jak dziewczyna w białych kozaczkach na giewont: wolno, potykam się i robię dobrą minę do złej gry. W dodatku nie podchodzę na Giewont tylko na Kasprowy. Podchodzę, a powinienem biec. Przede mną kilkadziesiąt zawodników, nawet koleś w hawajskich spodenkach. To zdecydowanie nie mój dzień, a już na pewno nie dzień na ściganie się w I mistrzostwach Polski w Skyrunningu - Biegu Marduły.

Mimo, że wcale się nie zapowiadało (z powodu permanentnego braku czasu), udało mi się wystartować w kilku zawodach. Trzy razy byłem zadowolony, a raz załamany ze swojego wyniku.

Jeszcze w kwietniu zmotywowany wynikami chłopaków na półmaratonie warszawskim wykręciłem swoją życiówkę na poznańskiej wersji półmaratonu. 1h27min45sek, jak to się mówi "dupy nie urywa", ale zważywszy na małą ilość treningu i całkiem niezłe samopoczucie w trakcie i po biegu , to mogę być zadowolony
Potem nieszczęsny Bieg Marduły. Liczyłem, że "jakoś pójdzie" mimo, że nadal do treningów się nie przyłożyłem. Skończyło się zgonem na pierwszym podbiegu na Nosal, a potem było jeszcze gorzej.Ostatecznie zająłem 83 (na 239) miejsce, ale "przybiegłem" godzinę po zwycięzcy - Marcinie Świercu. Porażka, zważywszy na moje górskie zapędy. Gdzie doszukiwać się błędu? Po prostu to nie był mój dzień...

Musiałem się odbić od dna motywacyjnego i jak co roku wystartowałem w Malta Trail Run. Nie sądziłem, że uda mi się poprawić zeszłoroczny czas a tu niespodzianka. Biegło mi się znakomicie i z czasem 31min22sek kończę zawody na dobrym 13 miejscu. Jest jednak jakaś moc.

Przyszedł czas na start na jednym z nielicznych rajdów przygodowych, kolejnej edycji znanego rajdu On-Sight. Razem z Piotrkiem Kłosowiczem, znanym w kręgach niezniszczalnym długodystansowcem, ruszamy do boju tradycyjnie jako Poco Loco Adventure Team. Trasa ponad 200km, dużo roweru (sic!), rolek, biegania,a po drodze eksploracja bunkrów. Start o 24. Pogoda hardcorowa: w nocy leje się ściana wody, która ogranicza widoczność do kilkunastu metrów w dzień upał nie do zniesienia. Do tego pełno błota i przedzieranie się przez niekończące się pola pokrzyw, ostów, zboża, kaktusów i czego tam jeszcze. Nigdy nie miałem tak podrażnionych nóg. Nawet lekkie muśnięcie delikatną trawką kojarzyło się raczej z chlastaniem biczem. Mimo stosunkowo płaskiego terenu zawody bardzo wymagające fizycznie i nawigacyjnie. Stawka w kategorii Masters całkiem konkretna. Są Inov-8, zdobywający ostatnio zagraniczne rajdy Addidad Terex, team 350, Mod-x i kilka innych znanych i mniej znanych teamów.
A sam rajd? Po raz kolejny potwierdziło się, że trzeba walczyć do samego końca. Mimo kilku konkretnych wtop nawigacyjnych, błędów w oznaczeniu punktów, eksploracji nie tego bunkra co trzeba, na przed ostatnim etapie biegowym udaje nam się dogonić prowadzący zespoł Mod-X. W strugach deszczu, ciągnąc za Piotrkiem na rowerze zdrowo ponad 30km/h czułem się jak Lance Armstrong finiszujący na Tour de France. Do ostatniego punktu ważyły się losy wygranej, ale tym razem rozegraliśmy to bez rozlewu krwi i potu. Wspólnie z Mod-x wjeżdżamy uśmiechnięci na metę zajmując ex-equo I miejsce w kategorii Masters, z kolejnym zespołem prawie 2h za nami. Mój największy chyba rajdowy sukces,a do tego okazało się, że już nie jestem najgorszy na rowerze. Awansowałem do klasy średniej;)
fot.Michał Unolt



19 maja 2012

Pierwszy dzień przyszłości


Tygodnie stresu, zakupów, decyzji, sprzątania, doglądania, remontowania i urządzania. Poważnie ostatni tydzień przed Wielkim Otwarciem był chyba najbardziej stresującym tygodniem mojego życia, no może nie licząc zejścia z Denali, ale tam przechodziłem inny rodzaj stresu. Teraz po prostu w ciągu kilku dni musiałem podjąć decyzje, które zaważą na całym moim życiu. Brzmi to górnolotnie, ale tak właśnie było.
Wreszcie 19go maja na ul. Taczaka 23 w Poznaniu otworzyliśmy z Margo, Poco Loco Hostel.

Było mnóstwo gości spodziewanych i niespodziewanych (w pozytywnym sensie). Przyjechała prawie cała moja wspaniała rodzina. Był koncert jazzowy i Dj Kmita (mój osobisty kuzyn). Była interwencja grupy interwencyjnej (impreza bez policji to nie impreza), były tańce, śpiewy, piłkarzyki. Były wspomnienia z grupą dąbrowską, była integracja znajomych z całej Polski i zza granicy, byli nawet pierwsi goście ( z Włoch), którzy nocleg mieli za darmo. Była zabawa do 8 rano i mętny wzrok kolejnego dnia. Były plany na przyszłość...

To był właśnie pierwszy dzień mojej przyszłości. Włożyliśmy w Hostel całą naszą energię i doświadczenie i jestem pewny, że będzie to miejsce wyjątkowe i początek nowej marki w turystyce;)

Pozostaje mi zaprosić Cię, drogi czytelniku/droga czytelniczko do najlepszego hostelu w Poznaniu - Poco Loco Hostelu, miejsca szalonego, ale tylko trochę;)

30 kwietnia 2012

Poco Loco Lago di Garda



"Za kolejnym zakrętem na pewno się wypłaszcza". Tak wmawiam sobie już od dobrych kilkunastu (kilkudziesięciu?) zakrętów. Kilometry mijają, a podjazd wcale nie chce się skończyć. Zakładam, że to samo myśli sobie kilka tysięcy innych zawodników ścigających się razem ze mną. Bierzmy właśnie udział w największym maratonie MTB w Europie - Sympatex Bike Festiwal nad włoskim jeziorem Garda. Najlepsze jest jednak to, że startujemy przypadkiem, bo przyjechaliśmy to przecież w celach treningowych

Pierwszy oficjalny wyjazd Poco Loco Travel musiał być wyjątkowy. Szóstka śmiałków, która zdecydowała się pojechać miała wysokie wymagania co do poziomu i intensywności wszystkich planowanych aktywności. A tych było dużo! Bieganie, rower, wspinaczka, via-ferraty, a do tego najcięższe z nich: pizza i włoskie wino;) Tyle rzeczy na raz można robić chyba jedynie nad Gardą.
Zakwaterowaliśmy się w malutkiej wiosce Tremosine, kawałek od głównego kurortu turystycznego Riva del Garda i był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Cisza i spokój, piękne widoki na góry, tanie lokalne jedzenie i do tego szlaki rowerowe i biegowe zaczynające się prosto z naszej rezydencji. Żyć nie umierać!

Jak na wyjazd treningowy przystało nie oszczędzaliśmy się. Ekipa podzieliła się na grupę rowerową (Gizela i Rafał) biegowo-wspinaczkową (ja i Grzesiek) oraz tych co wszystko na raz (Aga i Marcin). 
Pierwszy dzień skatowaliśmy się na wspomnianym maratonie. Spisaliśmy się całkiem godnie jak na naszą małą, polską reprezentację. Wyniki do wglądu:http://www.bike-magazin.de/festival/riva/?id=747&L=1


Kolejne dni zaliczaliśmy najsłynniejsze (i najtrudniejsze) via-ferraty często łącząc je z długimi wybieganiami. Dla mnie to kwintesencja górskiej przygody. Wychodzisz rano z miasta, wspinasz się szybko na szczyt,a potem z niego zbiegujesz na dół wracając do punktu startu. 2000m przewyższenia, kilkanaście kilometrów, niezapomniane widoki i super pozytywna atmosfera. Takie akcje dają mnóstwo energii, której nie wahaliśmy się używać na kolejne dni. Grupa rowerowa eksplorowała wszystkie możliwe szlaki jednak zostawiając ten jeden, najpiękniejszy i najsłynniejszy na koniec. Najpierw podjazd ponad tysiąc metrów do góry, a później niesamowity zjazd szutrami i ścieżkami z zapierającymi dech w piersiach widokami nad sam brzeg jeziora. Nawet ja, jako nie jeżdżący za wiele na MTB muszę przyznać, że trasa jest powalająca!

Popołudnia i wieczory spędzaliśmy na zwiedzaniu klimatycznych górskich wioseczek i raczeniu się oczywiście pizza, kawa i resztą włoskich specjałów. Te kilka dni oprócz solidnej dawki energi (i hektolitrów wylanego potu) pozwoliła nam zapomnieć o problemach dnia codziennego. Każdy je ma, a nie każdy potrafi się z nimi rozstać. Okazało się, że lekarstwo znajduje się trochę ponad 1000km od Poznania. Tylko należy pamiętać, że zażywać je można tylko w towarzystwie kilku innych wesołych pacjentów;)

Mam nadzieje, że takich wyjazdów uda mi się zorganizować więcej. Chętni pisać śmiało:)
Więcej zdjęć TUTAJ


20 kwietnia 2012

Warianty Kuczery


Nowa droga, wcześniej nawet nie próbowana. Przecina wielkie przewieszenie skały szczytowej Turni nad Karbem. Janek wbija się w trudności zupełnie bez skrępowania. Na przewieszce stoi w szerokim rozkroku na kocówkach raków, wisząc na słabo zaklinowanej dziabce przy okazji bijąc haka drugą dziabą. Jest już prawie przy końcu, wydaje się, że nic go nie zatrzyma, ale źle zahaczony czekan zsuwa się ze skały i Janek niczym orzeł z rozłożonymi skrzydłami wykonuje kilkumetrowy lot. Zbił kolano, ale nic się więcej nie stało. Musze przyznać, że nie widziałem wcześniej na żywo takiego pokazu wspinaczki. Kunszt przez wielkie "K"

Na Hale Gąsienicową przyjechałem prosto z Kolosów. Chciałem dołączyć do obozu wspinaczkowego KW Katowice , gdzie miało się pojawić kilku naprawdę dobrych zimowych wspinaczy. Z Gdańska wróciłem wesołym samochodem z ekipa Yeti i po przesiadce dotarłem nad ranem do Zakopanego. Odwiedziłem Monikę Strojny, która jest chyba największą szczęściara mieszkając i pracując w Zakopcu i ruszyłem w góry obładowany sprzętem i jedzeniem na tydzień.

Liczyłem na tydzień dobrego i mocnego wspinu, ale niestety nie wyszło... Albo była taka dupówa, że zamiast Filaru Świnicy zrobiliśmy nieświadomie filar Niebieskiej Turni (wstyd to mało powiedziane), albo warun zachęcał jedynie do wycofu tak jak przy próbie pierwszego zimowo-klasycznego przejścia Komina Świerza z Bogusiem Kowalskim. Nawiasem mówiąc jednym z najbardziej doświadczonych instruktorów PZA. Straszna szkoda, że nie udało nam się nigdzie wspiąć, może będzie jeszcze kiedyś okazja...
Musiałem się zadowolić jedynie drogą Klisia, szybkościowym wejściem na Kościelec z Karbu  (36min w dwie strony w dupówie) i pierwszym razem na Skitourach podchodząc i zjeżdżając z przeł. Liliowe. Po raz kolejny stwierdzam, że skialpinizm to moja przyszłość, mam nadzieje, że najbliższa.
Miałem nadzieję, że chociaż jeden dzień będzie udany. Mój brat przyjechał specjalnie na Halę i razem wbiliśmy się w "Lewego Dorawskiego" na Świnicy. Mimo tego, że nie wspina się regularnie to jego stara psycha nie rdzewieje i bez pardonu prowadzi pierwsze dwa wyciągi. Niestety i tym razem nie mamy szczęścia. Przemek zalicza spory lot po wyjechaniu całej płyty śniegu. Niefortunnie wykręca mu się kostka co oznacza odwrót i bardzo powolne kuśtykanie do kuźnic... Pech, ale trzeba przyznać, że nie wyszedł z wprawy zimowego wspinania.

Zdecydowanie najlepszy był pierwszy dzień czyli tytułowe "warianty Kuczery". Jasiek Kuczera, mimo ,ze niewiele ode mnie starszy ma na koncie jedne z najtrudniejszych zimowych przejść w Polsce. Razem z Piotrkiem , prezesem KW Katowice wybraliśmy się na "nowe" warianty Turni nad Karbem wspinając się z grubsza najtrudniejszym terenem  po drodze. Na drugiego pokonałem więc najtrudniejsza drogę zimą do tej pory. Te kilka wyciągów było bardzo pouczające. Zobaczyłem jak dużo umiejętności i przede wszystkim psychy mi jeszcze brakuje do trudnego wspinania. Da się to jednak wytrenować, przecież jeszcze młody jestem... ;)

15 kwietnia 2012

Wertepy Adventure Race



Minął rok od naszego poprzedniego startu w Wertepach. Wtedy wygraliśmy, chodź nie bez walki. Teraz wygrana wydaje się dużo większym wyzwaniem. Na starcie stajemy w czwórkę: Kapitan napieracz - Aga, doświadczony koń pociągowy – Mikołaj, superman nowicjusz – Marcin, no i ja, navigator-kombinator.

Chociaż w rajdach przygodowych startuje już od 2003 roku, to po raz pierwszy staję na starcie w prestiżowym, czwórkowym składzie. Sukcesem można nazwać, że w ogóle udało nam się stworzyć zespół, co więcej całkiem mocny zespół. Jednak od początku wisiał nad nami wielki znak zapytania: Na co ich stać?
Dostaliśmy nr 4 jak cztery żywioły, cztery pory roku, czterej pancerni, czterej power rangers. Czterej jeźdzcy apokalipsy!;) Poco Loco Adventure Team. Czas Start!

Godzina 24:00 ruszamy z kopyta (na rowerze). Mapy dostaliśmy kilka minut wcześniej i od razu widać, że Remik - konstruktor trasy, stanął na wysokości zadania. Prawie każdy punkt można zaliczyć innym wariantem. Tym razem bardziej od pancernej łydki będzie się liczyć dobra nawigacja (choć pancerna łyda na pewno nie zaszkodzi). Na pierwszym punkcie lądujemy razem z liderami i kilkoma innymi teamami. Liderzy to były zespół Code 34, który rok temu zajął 8 miejsce w Mistrzostwach Świata. Udaje nam się trzymać razem do trzeciego punktu. Niestety nasz początkujący team nie jest w stanie nawiązać z nimi walki i wkrótce nikną z pola widzenia.
Po konkretnej wtopie na etapie rowerowym lądujemy na przepaku na trzeciej pozycji ramie w ramię w zespołem Inov-8. Dalsza część zawodów przebiega pod znakiem wzajemnego doganiania się. Etap pieszy kończymy o świcie już na drugiej pozycji robiąc nieco przewagę nad kolejnymi „inowejtami”. Trochę jesteśmy zaskoczeni, bo nie mamy jakiegoś mocnego tempa, nawigacja pozostawia wiele do życzenia, a drugi team składa się, co by nie było, z prawie samych nawigantów do tego ze stalową łydką, na czele z Irkiem Walugą. Jakoś udaje nam się jednak im ucieć.

Na kolejnym rowerze nie ma zaskoczenia. Znowu zostaje ze mnie dętka, a reszta teamu rekreacyjnie sobie jedzie czekając na mnie od czasu do czasu. Mimo tego, sprytnym wariantem dochodzimy na zadanie specjalnie – desant rowerowo-pontonowy, przed Inov-8.

Kajaki miały być naszą mocną stroną. Mikołaj jest w końcu trenerem wioślarstwa, więc ramiona ma większe niż cały kajak. Marcin z kolei też mały nie jest, więc wspólnie udaje nam się płynąc całkiem szybko, a co najważniejsze prosto. Do tego błyskotliwy pomysł na „przenoskę” przez cypel dał nam dodatkowe 5 minut przewagi. W ten sposób na ostatni, rolkowy etap, wyjeżdżamy psychicznie nastawieni na zwycięstwo (właściwie drugie miejsce, bo pierwszego zespołu już nie dogonimy). Dzięki super-szybkim rolkom pożyczonym od Kuby Wolskiego (w tym miejscu dziękuję) rozwijam mega prędkości bez specjalnego problemu. Nie idzie nam specjalnie jazda „w tunelu” , ale całkiem chyżo pomykamy do przodu. Co najważniejsze, nikogo za nami nie widać! Do czasu... Chyba straciliśmy czujność, bo na powrocie z jednego punktu spotykamy naszych odwiecznych rywali - Inov-8. Zestresowaliśmy się, nie powiem. Stajemy jednak na wysokości zadania i wrzucając ostatni posiadamy bieg mkniemy w kierunku mety po drodze zaliczając wywrotkę i gubiąc się w mieście kilkaset metrów przed metą.. To byłby tragiczny scenariusz, ale szczęśliwie nasi rywale też się gubią i docieramy na metę na drugim miejscu!
Jestem szczęśliwy, bo to jeden z moich najlepszych wyników w rajdach przygodowych, do tego w zupełnie nowym , czeteroosobowym Poco Loco Adventure Team. Jeszcze będzie o nas głośno!;)
p.s.zdjecia ze strony wertepy.fla.pl

17 marca 2012

Kolosy 2012


Bieg dookoła świata. Wydaje się to trochę absurdalnym pomysłem, a jednak komuś udało się tę szaleńczą idee zrealizować. Piotr Kuryłło za swój niemieszczący się w głowie roczny bieg otrzymał Kolosa 2012 za "wyczyn roku"

W historii zdarzały się jeszcze bardziej szalone idee. Dookoła świata za pomocą tylko siły mięśni, czyli biegiem, rowerem przez kontynenty, wiosłując przez oceany. Dookoła wzdłuż południka przez dwa bieguny. Wpław przez Pacyfik, w samych majtkach na Everest, czołgając się wzdłuż kolei transyberyjskiej itp itd. jednak wyprawa Piotrka była imponująca pod innym względem. On po prostu opuścił swoją wioskę na lubelszyźnie, za sobą ciągnął kajak i zaczął biec, aż przybiegł z drugiej strony. Bez rozgłosu medialnego, bez relacji on-line, wedle idei " nie ma ludzi z małych wiosek, są tylko ludzie z małymi marzeniami". Przesłanie, które na pewno trafiło do wielu osób. Po prostu "chcieć to móc", sam wprowadzam w życie tę prostą maksymę.

Rok temu, na tej samej scenie otrzymałem z rąk prezydenta Gdyni, Nagrodę im.A.Zawady na swój projekt zdobycia Śnieżnej Pantery w jeden sezon. Z bloga dowiecie się, że nie udało się zrealizować całego planu, ale moje przedsięwzięcie zostało docenione i otrzymałem wyróżnienie w kategorii Alpinizm. Podobnie jak Darek Zauski za wejście na K2 filarem północym i chłopaki za wejście na Pik Minsk nową droga. Wyręczenie nagród nie obyło się bez wpadek, której byłem jednym z bohaterów.  Leszek Cichy wyręczał pamiątkowe tabliczki, ale z niewyjaśnionych powodów mojej niestety nie było. Wszystko było widać na wielkim telebimie, więc pozostało mi, ku zadowoleniu widowni, podziękować za nieotrzymaną nagrodę;)

Kolosy to dla mnie ogromna dawka energii i motywacji. Jednak po tych kilku latach moje postrzeganie "wyczynu" zmieniło się. Przestałem zachwycać się i rozmarzać na temat niesamowitych wypraw, myśląc, że takie przygody są tylko dla wybranych. Teraz, zastanawiam się gdzie sam się wybiorę i czy dałbym radę po prostu obiec świat...

(zdjecia ze strony Kolosy.pl)