29 kwietnia 2010

Surfin'

Te 3 sekundy pozwolily mi poczuc sie jak w prawdziwej Australii. Idzie fala, w momencie kiedy jest idealnie pod Toba, trzeba szybko machnac kilka razy rekami i dynamicznie wskoczyc z pozycji lezacej na deske. Po niecalych trzech sekundach juz sie jest pod woda sponiewranym przez fale. No ale surfing byl.
Mialem pisac co tydzien, ale znow praca i ostatnie wydarzenia troche pochlonely mi czas. Przez ostatnie kilka miesiecy glownie krytykowalem Australie i Brisbane, a teraz w obliczu wyjazdu zaczyna mi sie tu co raz bardziej podobac. Odkad wrocilismy z Roadtripa pracuje wlasciwie tylko w nocki weekendowe, a i tak potem musze 2 dni odpoczywac. Moj problem ze skurczami wydaje sie ze minal, odkad zaczalem zazywac magnes i troche wiecej myslec o tym co jem. Minelo tez moje cwierczwiecze i na prezent symbolicznie przeżywcowalem (wspialem sie bez liny) na tutejsze klify. Kameralna imprezka w polskim gronie skonczyla sie glosym spiewem przebojow Ich troje. Nie dlugo potem switowalismy urodziny Slawka, ktory z tej okazji stracil na drugi dzien prace.W znanym juz klubie Down Under Bar, przypadkowo trafilismy na wybory miss mokrego podkoszulka. niestety do miss bylo dziewczyna daleko, a koszulek w wiekoszosci i tak nie uzywaly w nadziei ze wygraja 300$ nagordy. Tutaj chyba warto opowiedziec jak wyglada zycie nocne Australijczykow. Poniewaz pracuje w piatki i soboty mam pelen obraz tego ZOO ktore powstaje w tym czasie na ulicach Brisbane. Wyobrazcie sobie tlumy wrzeszczacych ludzi. grupy roslych mezczyzn przeczesuja okolice w poszukiwaniu zdobyczy, a te czesto leza bezwladne na chodnikach nie swiadome swojego losu. sa bijatyki, wyzwiska, rzuty butelkami (kilka razy we mnie, ale szczesliwie bez trafienia), jest tez sporo policji (kiedys 4 policjantow gonilo biednego pijaczka ktory wysikal sie pod klubem i nie chcial zaplacic mandatu) a wsrod nich MY, weseli kierowcy Rikszy, ktorzy na tej cholocie zarabiaja pieniadze. No a jezdzac w nocy na riszy nie ma dnia zeby mi ktos nie pokazal (przepraszam za jezyk) golej dupy, spytal sie czy go nie zawioze do Gold Coast (100km od miasta), wetknal patyka w szprychy, klepal mnie po tylku czy zlozyl niemoralna propozycje (te dwie ostatnie to w przypadku zarowno kobiet jak i mezczyzn). Ostatnio nawet dostlem numer telefonu od modelki z polskimi korzeniami, Karolinki. Takze na brak atrakcji w pracy nie moge narzekac. Na zarobki zreszta tez, wiekszosc kasy zarobilem w ciagu ostatnich trzech weekendow!
W koncu udalo nam sie wybrac do Surfers Pradise, najblizszej od Brisbane plazy. Ubolewam ogolnie na tym ,ze jedzilem po Australi, ale nie zobaczylem praktycznie nic w Queenslandzie, regionie w ktorym mieszkamy. Takze slynne sunshine coast, wielka rafa koralowa, fraser island czy Cairns zostawiam na nastepna podroz.\
Do Surfers wybralismy sie przy okazji wizyty dziewczyn w Sydney, ktore postanowily do nas wpasc na 2 dni. Plaza tutaj jest niesamowita. Bielutki piasek, cieply ocean a dookola... drapacze chmur, kluby, mcdonalady jak to kolega powiedzial "kult ciala":). Nie jest to plaza na ktorej poszukuje sie kontaktu z natura, ale trzeba przyznac ze robi wrazenie. W Brisbane zabralem gosci na wycieczke po miescie, po raz n-ty odwiedzilismy museum of queensland (zawsze jest tam cos ciekawego do odkrycia) i gallery of modern art, gdzie slynna ekspozycja łosia w szkle zamieniona zostala na wielkie, dmuchane kroliki.
Wtorkowa noc zamienila sie w jakby polska impreze pozegnalna. W sumie zebralo sie 11 polakow i kilka innych narodowosci i znow podbijalismy parkiet w klubie Down Under, z czego mozna zobaczyc zdjecia.
Zostalo kilka dni do wyjazdu z Australii. Bilet, wizy, pieniadze, wszytsko gotowe i sam wlasciwie tez jestem gotowy. To juz przeciez prawie 6 miesiecy odkad wyladowalem tutaj. Czas najwyzszy ruszyc w poszukiwaniu kolejnej przygody. A tym razem juz nie bedzie cieplo i przyjemnie. Bedzie bardzo zimno i ciezko...
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytajacych!

p.s. W najnowszym magazynie Extremium, pojawi sie moj artykul z Myanmaru, a moze i zdjecie na okladce. W Przegladzie Dabrowskim (dzieki Elvis) informajca o wyprawie na Denali.


9 kwietnia 2010

Wspaniała Droga Oceaniczna

Na wieczor docieramy do 12 apostolow, czyli najbardziej rozpoznawalnej czesci Great Ocean Road. Droga w zasadzie ciagnie sie nad oceanem jedynie przez kilknascie kilometrow. Wykuto ja ponoc recznie i miala byc upamietnieniem poleglych zolniczy Anzacu (nazwa od polaczonych sil Australi i Nowej Zelandi wlaczacych podczas pierwszej wojny swiatowej). Na przestrzeni ok 100km jest kilka mniejszych, badz wiekszych atrkacji. punkty widokowe na klify i plaze, resztki wrakow (ktorych rozbilo sie tutaj chyba kilkadziesiat,ale wiekszosc spoczywa pod woda), wodospady i szwedajace sie gdzieniegdzie kolczatki i misie koala. 12 apostolow sa wlasnie taka atrakcja, co wiaze sie z tlumami ludzi z calego swita przescigajacych sie w robieniu co raz to lepszych ujec zdjec. jakkolwiek duzo ludzi by nie bylo, miejsce naprwde piekne. Po krotkich, niemajacych sensu poszukiwaniach kempingu (miejsca wykupione kilka tygodni wczesniej) ladujemy przy opuszczonej farmie nad jeziorem, a obok nas grupa 9 backpackerow kady z inego kraju. wspolnie rozkrecamy impreze na polu i rano kazdy rusza w swoja strone.
Znajdamy swiateczne sniadanie w formie bulki z jajkiem i pieczonych ziemniankow w odroznieny od codziennego tunczyka z majonezem. Czasu za duzo nie mamy wiec wybieramy tylko najciekawsze miejsca. jest zatoka w ktorej rozbil sie ogromny zaglowiec Loch Ard i uratowaly sie tylko 4 osoby. zaglowca nie widac, ale jest cmentarz i blowhole w ktorej po katastrofie plywaly ciala marynarzy i wszystko swiecilo dziwnym swiatlem, bo w skrzyniach byly dziwne chemikalia. tak glosi legenda. jest London Bridge, ktory kiedys byl podowjnym lukiem, ale jeden sie juz zawalil. Ogolnie wszystko tutaj jest bardzo kruche. z 12 apostolow (samotnych ostancow) zostalo tylko 6! tym razem nie sprawdza sie powiedzenie ze "gora bedzie tu zawsze", wiec lepiej sie spieszcie z wizyta, bo kto wie ile apostolow sie zawali za rok!:)
zahaczamy jeszcze o wodospady i latarnie, najstarsza w Australi. Niestety spozniamy sie 10 min i nie chca nas wposcic nawet w okolcie w klifu. na szczescie w drodze powrotnej nastrafiamy na stado dzikich Koali! caly czas chcialem je gdzies spotkac i wreszcie sa! co wiecej calkiem aktywne. chodza po galeziach i zra eukaliptusa. nawet flashe z aparatu im nie przeszkadzaja. Marta natomiast przeszkodzila Kangurowi-Gigantowi wchodzac na jego terytorium w celu zalatwienia potrzeby. malo co nie doszlo do rekoczynow, na szczescie jak poszlismy grupa to kangur juz nie podskoczyl. to znaczy podskoczyl ale powoli i w przeciwnym kierunku:)
Wieczorem przy fish&chips dowiaduje sie ze jestem Wujkiem!!! Wojek urodzil sie pierwszego dnia swiat, czyli tak samo jak ja 25 lat temu. czy mozna nazwac to zbiegiem okolicznosci?:) Smutno mi jedynie ze przy tak waznej okazji nie ma mnie domu... odbije sobie przy nastepnym bratanku;)
jadac w nocy, prawie udalo mi sie rozjechac kolejnego misia Koale ktory nie spiesznie przechodzil na druga strone drogi. spimy niedaleko innego wodospadu zaraz przy tabliczce No Camping:)
Zeby tradycji stalo sie zadosc, robie dziewczyna smigusa-dyngusa zolta woda z deszczowki. Przed nami ostatni dziej podrozy. Obijamy sie wiec troche na plazy (dokladnie 1h15min) i skaczemy przez fale. smiesznie ze patrzac w strone oceanu, najblizszy kontynent to... Antarktyda:)
Miejscowosc Torque jest poczatkiem (dla nas konczem) Great Ocean Road i jednoczesnie Australijska stolica surfingu. wlanie odbywaja sie tu najstarsze zawody surfingowe Rip Curl Pro an slynej plazy Bells Beach, ale z powodu braku fal je na dzis odwolali. Zwiedzamy bardzo ciekawe Muzeum Surfingu w ktorym mozna dowiedziec sie wszystkiego na ten temat. od ewolucji deski surfngowej az do jakiego koloru hawsjska koszule powinno sie nosic:)
Noca ladujemy juz w Melbourne w bardzo klimatycznym hostelu The Nunnery, ktory kiedys byl klasztorem badz szkola pielegniarek. W recepcji,  w kominku stoi statula Maryji. dziwny klimat. noca zegnamy sie przy piwie i powaznych dyskusjach w klimatycznym barze w dzielnicy Fitzroy gdzie mieszka ponoc cala artystyczna bohema Melbourne. daje sie odczuc.
Rano staracza nam czasu tylko na szybki spacer po centrum i wizyte w najlepszym muzeum/wystawie w jakim chyba bylem do tej pory. Australian Center of Moving Image przedstawia historie filmu i kina od samego poczatku i projektora braci Lumiere, az do efektow 3D w najnowszych filmach. wszystkiego mozna dotkac, mozna zobaczyc sceny najslyszniejszych filmow w histori kina. zobaczyc jakie panowaly trendy w danych latach, jak rozwijala sie technika. a na koniec mozna pobawic sie w nagrywanie Bullet Time z MAtrixa czy podkladac sciezki dziwiekowe do klipow. super sprawa. Czy wiecie ze efekt dziwiekowy nazwany "Wilhelm Scream" byl uzyty w ponad 140 filmach. sprawidzie na YouTubie:)

Pozegnalismy sie z dziewczynami i samolotem wrocilismy tego samego wieczora do Brisbane. Mowia ze przyjada nas tutaj odwiedzic jeszcze. fajnie by bylo, bo jak na nawiazowanie znajmosci przez internet wyszlo nam calkiem niezle. dawno sie tak nie usmialem:)
teraz juz wracam do rutyny kierowcy rikszy i odliczam dni do wylotu na wschod. wtedy zacznie sie kolejna przygoda...

p.s.wiekszosc zdjec by Slawek

7 kwietnia 2010

Dramat na Mount Kosciuszko

Kto by pomyslal ze wejscie na Gore Kosciuszki moze byc takie trudne? Chcialem sobie wbiec na nia lekkim truchtem, a skonczylo sie tak ze prawie nie moglem chodzic...
Wyjechalismy z Sydney wypozyczona Toyota Camry, samochod calkiem luksusowy jak na nasz status spoleczny. Pierwszy przystanek Canberra, oficjalna stolica Australii, to uporzadkowane miasto, wybudowane od podstaw na podstawie najnowoczesniejszych wzorcow urbanistycznych. rezultat to po prostu zupelnie nudna przestrzen mieszkalna:) mam wrazenie, ze mieszkaja tam tylko urzednicy i pracownicy loklanych instytucji oraz aborygenscy aktywisci domagajacy sie o swoje prawa przed parlamentem. Jest za to muzeum, ktore bylo dla mnie sporym zaskoczeniem. Bo jak mozna zrobic 3 pietrowa, ogromna interaktywna wystawe na temat udzialu Australii w konfliktach zbrojnych na swiecie, kiedy nasza wiedza na ten temat ogranicza sie do kilku akapitow w ksiazce do historii. Muzeum niesamowite, mozna by spedzic w nim kilkanascie godzin nie nudzac sie. Oprocz eksponatow, zdjec, makiet, filmow i pokazow multimedialnych (bombardowanie berlina z pokladu bomboca) , mozna np wejsc do repliki wnetrze lodzi podwodnej, pobawic sie sonarem i peryskopem, potem przejsc do okopow drugiej wojny swiatowej a na koncu wyskoczyc z helikoptera na linie podczas desantu zolnierzy w wietnamie. To jest przyklad, jak powinno wygladac ciekawe muezum.
Wieczorem przepiekna droga dojechaismy do stacji kosmicznej z ogromnymi antenami satelitarnymi. ponoc sa tylko 3 takie na swiecie, a ta wlasnie odpwiedzialana byla za np. przeslanie transmisji z ladowania na ksiezycu. szkoda ze spoznilismy sie na zwiedzanie.
Noc spedzamy juz w Parku Narodowym Kosciuszko, rozbijajac sie na dziko przy jakims resorcie z calkiem ciekawymi widokami;) 3 osoby w samochodzie 2 w namiocie. kazda noc przynosi nam inny temat dyskusji, tym razem byla religia. wspolnie zdecydowalismy ze nie ma sensu poscic i jutro chcemy upiec steka na grillu:)
Rano pogoda marna, ale po kilku godzinach wypogadza sie i jest lampa. pijemy kawke i jedziemy na Charlote Pass, punktu wypadowego na szczyt Kosciuszki. Ja pozytywnie nastawiony przywdzialem biegowe ciuchy, porozciagalem sie i ruszylem z kopyta truchtem. po doslownie 100m lekkiego zbiegu zlapaly mnie skurcze ud, tak mocne, ze nie moglem dalej isc! od razu przed oczami pojawila mi sie wizja ze wejde na szczyt. coz zrzadzenie losu, taka latwa gora a ja nie moge chodzic! probowalem sie rozciagnac, rozmasowac ale po kilku metrach chodu znow skurcze. udalo mi sie dokrzyczec do reszty zeby na mnie poczekali i wymyslilem ze jedyna mozliwoscia jest chodzenie... tylem:) takze czesciowo tylem, czesciowo przodem doczlapalem do reszty. okazalo sie na szczescie ze skurcze mam tylko jak ide z gorki, ale do gory juz nie jest tak zle. dzieki tamu juz razem moglismy podarzac 20km szlakiem na szczyt. Gory ladne, ale niesamowicie przypominaja Tatry zachodnie i sa praktycznie identyczne jak Sierra Madre w Argentynie w ktorych bylem 2 lata temu. ciekawe ze teraz juz nie dopatruje sie indywidualnego piekna, ale jednynie porownan. trasa zajmuje nam dobrych kilka godzin, mijamy po drodze jeziorka i poloniny. postanwiam ze przeszlo mi na tyle ze honorowo wbiegne ostatni kilometr na szczyt. no i biegne i czuje sie jak bym konczyl maraton. bol straszny, ale zagryzam zeby i docieram na szczyt, na ktory prowadzi droga przejezdna chyba tez dla samochodow...
Jest 5 szczyt! dostaje nauczke ze nie mozna zadnego bagatelizowac. reszta dociera zaraz za mna, robimy sesje zdjeciowa i krecimy film jak to "jestesmy na szczycie i kochamy zycie":)w ramach patriotycznego obowiazku dopisujemy na tablicy szczytowej kreseczke nad litera "s" w nazwie szczytu Kościuszko:) Zupelnie przemarznieci docieramy po ponad 7 godzinach do samochodu i ruszamy w kierunku Melbourne, z jedna tylko przerwa. na Steka:) w nocy udaje nam sie w rzece zaobserwowac niewyrazna sylwetke dziobaka:)
Spimy w miejskim parku napotkanym po drodze. rano przekradamy sie na camping wykapac (normalnie bysmy tam sie rozbili, ale nie bylo miejsc;) i ruszamy ostatnie kilkaset kilometrow do Melbourne,a wlasciwie na Great Ocean Road, numer 2 na liscie Australijskich atrakcji turystycznych...

To be continued...:)
p.s. zdjecia wkrotce

31 marca 2010

Blue Mountains

Zimno, mgla i pada. taki z reguly panuje klimat w Blue Mountains, ktory wedlug folderow turystycznych jest "najbardziej dostepna dzicza w Austalii". Dostepnosc polega na tym ,ze teoretycznie inwalida na wozku moze zwiedzic caly park naradowy, a dzicz to jak sama nazwa wskazuje miejsce gdzie nie ma cywlizacji. Blue Mountains sa jedna z napopularniejszych destynacji turystycznych tego kontynentu, ustepuje miejsca tylko Uluru i moze Great Ocean Road na ktorej bedziemy wkrotce. Park to w zasadzie dlugi, 300m klif, z wodospadami i lasem deszczowym. Gdyby znajdowal sie gdzies w tajaldni albo na zachodzie USA to pewnie nie byl by tak popularny. Tutaj jednak wszystko co jakos sie wyroznia, dostaje od razu broszke arakcji turysycznej. Niczego jednak nie ujmujac Blue Mountains sa naprawde ladne. Zobaczylismy tylko maly kawalek w okolicach tutejszgo Zakopanego, miasta Katoomba, ale wystarczylo mi na tyle, zebym wiedzial ze musze tu jeszcze kiedys wrocic. Chociazby zeby sie powspinac, bo to ponoc niezly rejon.

No ale (tradycyjnie) zanim tu dotarlismy (Ja i Slawek) to kilka przygod po drodze sie zdarzylo. Jak pewnie niektorzy zauwazyli na blogu byl lekki przestoj spowodowany moim ciaglym jezdzeniem na rikszy. Sklamie jezeli napisze ze nic sie nie dzialo, ale przygodom w Brisbane i zyciu na emigracji poswiece osobny post:)
Ta wycieczka byla w planach od dawna. Po pierwsze ze musialem wyrobic sobie wize do USA i pofadygowac sie po nia do Sydney a po drugie zeby wejsc na jedna z tytulowyc gor bloga - Mount Kosciuszko (przyp.tlum kos-syu-shko). Przez gumtree znalezlismy 3 poleczki ktore niesamowitym zbiegiem okolicznosci chca jechac w tym samym czasie co my, ale ze nie jezdza samochodem to potrzbuja kierowcy. i tu otwarla sie nasza szansa!:) Do Marty przyjechali rodzice i razem z nimi pojechala na inna wycieczke, Dawid polecial do Melbournw ogldac 2gie miejsce Kubicy (czego zazdroszcz) wiec zostalem jai Slawek. Plan nie wydac wiecej niz 500$ wydawal sie miec sens, ale tylko do pierwszego dnia. Mielismy samolot w poniedzialek o 7 rana. o 23 dnia poprzedniego zorientowalismy sie ze nie mamy absolutnie zadnego polaczenia na lotnisko w tym czasie! uratowal nas Mira ktory kasujac nas bagatela 60$ dowiozl nas tego samego wieczora na lotnisko.
Noc na lotnisku, kilka godzin w ambasadzie (wesoly czarny raper-urzednik dal mi bezproblemu wize na 10 lat) i idziemy zwiedzac Sydney. znjdujem hostel i wbijamy do Akwarium, ktore nie powala, chociaz szklany tunel z rekinami dookola robi wrazenie. Najfajniejsza jest ostatnia sala. Ogromna szyba z widokiem na replike wielkiej rafy koralowej sprawia wrazenie niczym olbrzymi, ruchomy surrealistyczny obraz. Potem tradycyjnie harbour bridge, opera i wieczorek zapoznawczy z naszymi kompankami podrozy: Asia, Magda i Marta (kolejnosc wedlug pojawienia sie w barze), ktore okazaly sie nudne i zupelnie niezabawne, czyli tak jak my;)
jedno piwko przedluzylo sie do wiecej niz jedno i bylo calkiem wesolo. na szczescie my nie musielismy wstawac do pracy.
rano (o 14) juz bylismy w pociagu do blue moutains. Pani poznana na gumtree, ktora zarzekala sie ze nas odbierze ze stacji i przenocuje, jednak zmienila zdanie i znow pozostal nam hostel. a w Blue Mountains zimno, mgla i pada... ale i tak jest fajnie.

Dzis spimy u Magdy i Marty na 14 pietrze aprtamentowca w Sydney. widok niezly zarowno na miasto jak ina przyszlosc. jutro ruszamy w kierunku Melbourne
Zdjecia po powrocie. moge obiecac ze teraz relacje beda przynajmniej co tydzien! Pozdrawiam

26 lutego 2010

Sydney po czesku...


....czyli nikt nie wie o co chodzi co powoduje pasmo nieszczesliwych wydarzen.
Zaczelo sie od tego, ze musze wyrobic nowy paszport bo w starym nie mam miejsca na wize amerykanska ktora bede potrzebowal wkrotce. Moglem to zrobic juz dawno np. w Tajlandi ale ze czlowiek nie mysli z wyprzedzeniem to mam taka sytuacje a nie inna. Musze wiec jechac do Sydney do amabsady, zlozyc aplikacje o paszoport biometryczny przed 24lutego, ktory przysla mi do Brisbane. Zbiegiem okolicznosci okazalo sie, ze moj kumpel z pracy Czech, Mira jedzie swoim samochodem ze swoja dziewczyna do Sydney akurat w tym czasie. No to jedziemy. Plan jest zeby malo wydac, cos zobaczyc, wszystko zalatwic i wroc w ciagu 3 dni.

Po kilku godzinach jazdy samochod sie psuje. na tyle , ze musimy zostac caly dzien i noc, bo dopiero rano naprawia. Szczescie w nieszczesciu jestesmu w Gravat w ktory wlasciwie nic nie ma oprocz najwiekszej na polkuli poludniowej koloni nietoperzy.(tych najwiekszych flyingfoxow), ktore co wieczor wylatuja sie przeleciec. Takze pakujemy bagaze a wozek supermarketowy i siedzimy nad rzeka czekajac na nietoperze. Nawiasem mowiac przedstawilem Czechom wszstkie kawaly o nich czyli: jak jest batman po czesku, zajac, golab i dlaczego sa najlepszymi zeglarzami (bo nawet na ladzie mowia "Ahoj!"). No i okazalo sie ze nietoperz po czesku to nie "netoperek", ale "nietopir":) nie wiem co jest bardziej smieszne:) Spimy w parku na lawce w akompaniamencie tysiaca komarow.

Drugiego dnia wieczorem dojezdzmy do dzielnicy Sydney, Manly. Nocleg znajdujmy na malej plazy, gdzie przy smietnikach szwedaja sie oposy. Cala droga wzdluz wschodniego wybrzeza jest wlasciwie nudna, a krajobrazy przypominaja Polske. Czasem sie tylko ocean gdzies pojawia. wiekszosc czasu i tak spalem. Ponoc ominela mnie rzezba wielkiego banana ktora jest nie mniej znana niz Opera w Sydney.

Rano okazuje sie ze jestesmy w takiej prawdziwej australisjkiej surferskiej miescinie. Ludzie biegaja, plywaja grupami w pomaranczowych czepkach, kajaki, surferzy, nawet koles na jednym kole wzdluz plazy pomyka. a to dopiero 7 rano. Tak, to jest Australia kotra sobie wyobrazalem. Starzy, mlodzi, panie, panowie, wszyscy jacys tacy wyluzowani i albo cos robia, albo siedza i pija kawke na plazy. To jest miejsce w ktorym powinienem teraz byc i pracowac. Brisbane nie jest takie australijskie.

Doplywam promem do centrum Sydney z pieknym widokiem na Opere i slynny Harbour Bridge. Pogoda kiepska co prawda, ale miasto super. Rozne opinie kraza o Sydney, ja uwazam ze chcialbym tu troche pomieszkac. Tym razem nie mam czasu na zwiedzanie. Jade do Polskiej amabasady gdzie okazuje ze moj nowy paszport kosztowac mnie bedzie 188$... na takie wydatki nie bylem przygotowany. na szczescie zostalo mi troche na karcie. jeszcze musialem zrobic zdjecia (nieogolony) bo te co mialem byly nieodpowiednie. takze w sumie 3h w ambasadzie, zostal mi czas na krotki spacer po centrum i trzeba wracac do Brisbane. a tutaj pada...

nie za wiele zmienilo sie w naszym tutejszym zyciu. zaczalem jezdzic w weekendy w nocy wiec moze w koncu zaczne odkladac wiecej na wyjazd do USA. bylem osatnio w telewizji w ramach programu o Soutbanku i greencabs. dzis ide na sesje zdjeciowa do kolejnego artykulu:) Dostalem tez mandat 100$ za jezdzenie tam gdzie nie mozna, ale o tym wole akurat zapomniec. Fajnie bylo jeszcze jak przyjechaly w odwiedizmy siostra Marty z kolezanka. Byly tylko dwa dni u nas, ale zamieszaly tak, ze bedzie co wspominac nastepnych kilka miesiecy. Nasze wyjscie do klubu Down Under zaslugiwaloby na osobna relacje, ale ze nikomu nie chce zlej slawy przyniesc to sie wstrzymam:)
A tak ogolnie to zycie w Australi to nudne jest:)
Pozdrawiam

p.s. zdjec kilka tylko z czeskiego sydney