4 marca 2012

Drytooling Biedrusko


Wspinaczka dzieli się na wiele dyscyplin. Jest wspinaczka sportowa na drogach ubezpieczonych i tradycyjna z własną asekuracją. Na skałach, na sztucznej ścianie, alpinizm w górach i buldering na małych kamieniach. Krótka i wielowyciągowa. Lodowa, hakowa, deepwater solo czy highball. Jest tego więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Właśnie gdzieś pomiędzy jest drytooling.

O drytoolingu pisałem już podczas moich zeszłorocznych treningów przed obozem ziomowym KW Warszawa. Polega to w gruncie rzeczy na wspinaczce po skale tyle, że z użyciem raków i czekanów, czyli wyposażenia typowo zimowego. Drytooling wywodzi się właśnie z alpinizmu, gdzie łączą się różne formy wspinaczkowe. Odcinki śnieżne, przeplatają się z lodem i skałą tworząc tzw. mixt. Kiedyś żeby przejść odcinek skalny nie zważano na to czy ktoś przytrzyma się haka, zawiesi się w pętli na dziabce (nazwa na czekan techniczny czekan wspinaczkowy z wygiętym styliskiem) czy zastosuje inną, ułatwiająca technikę. W obecnych czasach styl wspinaczki jest równie ważny co samo przejście ściany. W ten sposób powstał właśnie drytooling, który ewoluował do osobnego sportu do tego stopnia, że jest praktykowany również w lato. Tutaj muszę zaznaczyć, że nie można po prostu "drajtulować" na każdej skałce. Jak się można domyśleć, ostra dziabka i raki rysują powierzchnie i dosyć mocno ingerują w rzeźbę. Dlatego właśnie w Polsce powstały miejsca, ogródki drajtoolowe, które można do tego sportu wykorzystywać a nie nadają się na klasyczną wspinaczkę letnią.

Jak wiadomo w Poznaniu skał nie ma. Miejskie ściany na Cytadeli czy bunkrach są już zaadoptowane dla wspinaczki sportowej i bulderingu. Na szczęście jest i rejon drytoolowy, czyli wieża na poligonie Biedrusko. Znana już od paru lat miejscówka została przeze mnie odkryta dopiero w tym roku. Wieża ma z 12m wysokości i oferuje techniczne wspinanie po płycie zwieńczone solidną przewieszką;) na szczyt można wejść   rozchybotanymi schodami i powiesić wędkę. Stan cegieł i barierek pozostawia wiele do życzenia dlatego należy zachować szczególną ostrożność i używać kasku! asekurujący nie może stać bezpośrednio pod wspinającym się. Dotychczas powstały dwie drogi, jeden wariant i jeden trudny, prawie zakończony przejściem projekt. Wszystkie oczywiście w sportowym stylu TR (top rope);) Znany w niektórych kręgach Rasz zrobił nawet przejścia klasyczne (w środku zimy), wieża nadaje się więc również do normalnego wspinu. Jeszcze istotna sprawa. Ponieważ wspinaczka "na wędkę" jest pozbawiona ryzyka, ten element przejęła sama miejscówka - przebywanie na Biedrusku jest teoretycznie nielegalne:)

TOPO wieży już wkrótce. Zapraszam do powtórzeń i pierwszych przejść!






p.s. część zdjęć by Iza Czaplicka
p.s.2. Lokalizację wieży mogę przesłać na priv;)

12 lutego 2012

Afryka Nowaka

Pamiętam jak z niedowierzaniem czytałem książkę "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". W 1931 roku Kazimierz Nowak zostawia swoją rodzinę i na rozklekotanym rowerze wyjeżdża z Poznania kierując się na południe. Jego podróż na koniec Afryki i z powrotem trwa... 5 lat. Podróż, którą bez wątpienia można nazwać jedną z najbardziej niesamowitych ekspedycji w historii eksploracji Afryki. Sam Livingstone mógłby Nowakowi uścisnąć prawicę!

Dokładnie 78 lat później jego śladami rusza kolejna wyprawa - Afryka Nowaka, wyprawa,a raczej sztafeta, która zamiast pałeczki przekazywała sobie egzemplarz książki Kazika przemierzając czarny ląd. Fascynująca idea stworzona przez kilka osób, która ostatecznie zaraziła kilkaset innych. Postanowiłem, że muszę wziąć w tej wyprawie udział. Niefortunnie sam byłem wówczas na swojej "wyprawie życia" i pozostawało mi jedynie śledzenie co raz to ciekawszych relacji z co raz to dzikszych miejsc Afryki. Trwało to rok, potem kolejny. Przez Afrykę Nowaka przewijały się kolejne osoby, wielu z nich to również moi znajomi. Z zazdrością czytałem o ich przygodach na pustyni, w odciętych od świata wioskach czy głęboko w dżungli. Znowu sam wyruszyłem na wyprawę w zupełnie przeciwne, zimne klimaty i po powrocie sztafeta już zmierzała ku końcowi.
Zorientowałem się, że nie przejadę nawet kilometra w Afryce.

Na całe szczęście Nowak, po swojej 5-cio letniej podróży wrócił do Boruszyna, małej miejscowości pod Poznaniem. W ten sam sposób uczestnicy Afryki Nowaka zamierzali zakończyć swoją unikalną sztafetę po 799 dniach w siodełku. Takiej okazji już nie mogłem przepuścić.
Razem z kilkudziesięcioma innymi fanatykami Kazika przejechałem ostatnie 15km pod jego dom.Tylko 15km, ale czułem, że chodź nie jest to Afryka, bo zimno i pizga deszczem,  dokładam swoją małą cegiełkę, żeby uczcić pamięć najtwardszego polskiego podróżnika.

Załapaliśmy się z Aga na pamiątkowe zdjęcie pod domem Nowaka, pogadaliśmy z kilkoma znajomymi, poznałem się z  Michałem Jasińskim z Torell Expedition, i czas było wracać.

Szkoda, że nie mogłem jechać do Afryki. Taka historia zdarza się tylko raz.

22 stycznia 2012

Cross Country


Przede mną widzę niewyraźną sylwetkę człowieka. mimo tego, że jest raptem kilkanaście metrów ode mnie co chwila gubię ją z oczu w zamieci śnieżnej. przymrużam powieki i próbuję skupić wzrok na wynurzających się ze śniegu budynków. czy biegliśmy na tyle długo, żeby trafić na polarną stację badawczą? Tak przynajmniej to wygląda. Na chwilę przenoszę się do książki "Moje bieguny" i razem z Kamińskim pokonuje ostatnie metry przez zastrugi. Teraz już jestem pewny, że chce zdobyć biegun południowy. Krok pierwszy wykonany - nauka jazdy na nartach biegowych.

w długi weekend styczniowy załadowałem się do samochodu zarządzanego przez Łasucha, zmierzającego do Jakuszyc, polskiej stolicy narciarstwa biegowego. Właściwie Jakuszyce są jedynym miejscem w Polsce, gdzie trasy są tak długie, a przede wszystkim przygotowane. Nauka jazdy na biegówkach to był mój cel już od kilku lat. Nigdy jakoś nie było "po drodze". Albo zimę spędzałem gdzieś gdzie nie ma śniegu, a jak już byłem w cały w śniegu to nart nie było w okolicy. Wreszcie się jednak udało. Dodatkową motywacją był zbliżający się start w rajdzie 360 stopni na długiej, 400 km trasie. Miał być tam 40km etap nart biegowych więc pomyślałem, że wypadało by umieć na nich jeździć;) Koniec końców mój i Agi start na trasie długiej nie wypali, gdyż nasz czteroosobowy team się rozpadł zanim w ogóle został stworzony...

Miałem lekkie obawy przed pierwsza jazdą na biegówkach, straszony przez wszystkich, że będę się tylko wywalał, że wszystkie mięśnie mnie będą bolały i że ciężko na maksa. Tymczasem pierwsze kilka kroków upewniło mnie w tym, że to jest coś na co od dawna czekałem! Pracują wszystkie mięśnie, liczy się siła, technika i koordynacja. Wręcz żałuje, że nie wziąłem się za to kilka lat wcześniej.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Wieje, jest dosyć zimno. Na szczęście biegnąc emituje się tyle energii, że czasem mam wrażenie, że mógłbym się rozebrać do podkoszulka! Przechodzimy na zasypaną stronę czeską. Teraz już nie biegniemy, ale przekopujemy się przez świeży śnieg. Wychodzimy na jakieś wypłaszczenie, wiatr się wzmaga, nie widzę nikogo przed ani za sobą. Docieramy do polarnej stacji badawczej "Izerka".

Pierwszego dnia zrobiliśmy 30km. Drugiego 26km docierając do zawianej Chatki Górzystów. W powrotnej drodze spotykam Irka Walugę, człowieka o żelaznej łydce  z którym znam się jeszcze z czasów gdy wspinałem się rekreacyjnie na katowickim AWF, czyli dawno temu. Oboje na Outdoormanie w 2003 roku zaczynaliśmy przygodę z adventure racing. Tyle, że ja wtedy startowałem w polarze 300 i butach trekkingowych wycofując się w połowie, a on je chyba od razu wygrał;) Trzeci dzień to już rekreacyjne 15km i głównie doskonalenie techniki przy bólu nóg i rąk.Wieczory spędzamy na wspominkach rajdowych przy piwie.


Te 3 dni nart biegowych utwierdziły mnie w dwóch rzeczach. Za rok zaczynam startować w zawodach skialpinistycznych. A za dwa, albo trzy idę na biegun południowy. Nie żartuję:)

p.s. zdjęcie pozowane;)


3 stycznia 2012

Faith no more

od prawej: szalony kapelusznik, DJ clown oraz legendarny człowiek lasu

"That's why I'm easy, I'm easy like sunday morning!yeeeeaaah" 
Kilka lat temu śpiewaliśmy tę piosenkę leżąc do góry brzuchem i trawiąc kotlety mielone i kilka szklanek kompotu czekając na kolejne zajęcia Obozu w Sierakowie. I-wszy rok studiów.  Eh, to były czasy. Co gorsza okazuje się, że było to już... 7 lat temu.!

Teraz w podobnym składzie tylko trochę innym przebraniu śpiewamy tę samą piosenkę trawiąc na balu Sylwestrowym 2012 roladki i odrobinę wódeczki. Chciałoby się rzecz: po siedmiu latach, zrealizowanych planach, ustabilizowaniu się, założeniu rodziny, z żonami i dziećmi spotykamy się znowu. Prawda jest jednak z goła inna. Bowiem nie zmieniło się prawie nic:) I o ile w zeszłym roku po "Sylwestrze starych ludzi" post zalatywał deprechą, o tyle tym razem wydźwięk powinien pozostać pozytywny. Jednak się wcale nie zestarzeliśmy, co gorsza wygląda na to, że jesteśmy wiecznie młodzi:)

Poprzedni rok to zbieg różnych szczęśliwych zbiegów okoliczności. Wygląda na to, że ów 2011 ukierunkował moją przyszłość: profesjonalną, ale przede wszystkim emocjonalną;)

Nadchodzący rok zapowiada się, że będzie decydującym, pod każdym względem, okresem mojej egzystencji. To co się w nim wydarzy, wpłynie na całe moje przyszłe-dorosłe już życie. Oby pozytywnie. I tego Wam wszystkim życzę!


12 grudnia 2011

Zobaczyć Miedwie... i wrócić




co takiego jest w tej wodzie, że można się w nią wpatrywać bez większego sensu i wcale się to nie nudzi? Kiedyś w Family Guy był taki odcinek gdzie była wstawka na temat tego „że nie ma takiego problemu, którego nie da się rozwiązać wpatrując się w taflę jeziora”:)

Zostałem zaproszony do Stargardu Szczecińskiego na festiwal Pasja organizowany przez Wojtka Wieczorka. Całkiem fajne miasteczko i jeszcze fajniejsi ludzie. Byłem tam zaledwie jeden dzień, ale pozytywna atmosfera miejsca całkowicie mi się udzieliła.
W sobotę rano wyszedłem z hoteliku PTTK celem dobiegnięcia do Jeziora Miedwie, jednego z najdłuższych w Polsce. Miałem sporą przerwę w bieganiu przez jakieś paskudne przeziębienie. Biegłem i biegłem pod wiatr, po drodze mijając nowiutką autostradę, aż dotarłem nad brzeg. „Jezioro to czy Ocean” pomyślałem. Że odpowiedź znałem to długo nad tym się nie zastanawiałem, a jednak nadal bezcelowo wpatrywałem się w wodę... a potem wróciłem

ot taki post na temat tego, że nie samymi górami człowiek żyje.