..


pisalem o dwoch osobach ktore zaginely na Pissis. okazalo sie ze byly 4, ostatnia osoba zaginela 25 stycznia...
Od poczatku z ta wyprawa bylo cos nie tak. za szybko tam pojechalem. nie mialem mapy, wspolrzedne GPS okazaly sie zupelnie bledne (pokazywaly inny szczyt) i jedyne na czym sie opieralem to zdjecia z zaznaczona trasa z muzeum. trzeba isc prawa strona lodowca i tyle. umowilem sie z jonsonem ze w piatek o 15 ma mnie odebrac z Laguna Celeste, jedyne 40km od basecampu. powod, nie mam kasy zeby ktos bo mnie przyjechal do basecampu. zgadzam sie bez wahania. w srode wsiadam w jeepa. mamy jechac rano i tego samego dnia mam wejsc jeszcze do camp 1 zeby zdarzyc na czas ze wszystkim. wyjezdzamy pozno, jada z jakimis argentyczykami, zmieniaja sie kierowcy, trzeba znow podpisac papiery w zandarmeri. podroz 5h po wertepacg w 4os z tylu.koszmar. moja irytacja siega granic gdy dojezdzamy do basecampu zamiast o 12 to o 16:30. Monte Pissis robi wrazenie.jest przeogromny i polozony w jeszcze bardziej bezludnym terenie niz Ojos. biore plecak i od razu ruszam do gory. jest zimno, chmury, nie mialem tak kiepskeij pogody jeszcze. doscy szybko dochodze za 5500m (basecamp na 4500) postanawiam rozbic oboz i atakowac w nocy. nastawiam 2 budziki na trzecia w nocy. zaden nie zadzialal. budze sie o 5:40. panika, nie zdarze zdobyc szczytu! szybko sie zwijam i ruszam do gory. mijam po drodze dwojke niemcow ktorzy tez atakuja szczyt. zostaja w tyle. idzie mi szybko, ale trasa nie przyjemna, caly czas piargami ktore co dwa kroki sie obsuwaja. dochodze do ostatniego odcinka. widac juz wyraznie trase na szczyt. moze jeszcze z 2h. ide kamienistym zboczem. po drodze widze przymarznieta do ziemi kolorowa chuste. ide dalej. za 50m widze cos... plecak? spiwor? czym bardziej sie zblizam tym bardziej probuje sie oszukac ze to nie jest to o czy mysle... widze juz wyraznie buty z przypietymi rakami. niebieska puchowa kurtka. twarz... nawet nie chce jej opisywac. zrobilo mi sie goraco. poczulem nieuzasadniony strach. przerazenie. co mam zrobic? schodzic na dol? wzywac pomoc? po chwili dochodze do siebie. to musi byc osoba ktora poszukiwali od kilku dni zandarmi. biore namiry GPS i postanawiam isc dalej na szczyt. nic nie zmieni ze zejde. ide przed siebie, ale co chwila sie oglada. czy nadal tam jest?... po 11 zdobywam szczyt. tym razem bez okrzyku radosci, lez. jest smutno. udalo sie, ale to do mnie nie dociera. wiem ze jeszcze musze tamtedy zejsc... w drodze powrotnej spotykam niemca.widzial ze cos lezy ,ale myslal ze to plecak. schodze jak najszybciej na dol. na 6200 skracam sobie droge ostrzejaszymi piargami. znow cos widze... reakwiczka. termos. zwalniam kroku, znow serce zaczyna bic szybciej. plecak. dalej nie ide. odbijam na prawo. czy mozna miec wieksze ¨szczescie¨niz napotkac dwa miejsca wypadku na raz? siada mi psycha. wszedzie juz widze porozrzucane rzeczy, wsytajace rece. mam dosc. pedze na dol piargami, mijam namiot niemcow i jestem juz u siebie. odpoczywam troche , zwijam namiot i lece do basecampu. przede mna jeszcze daleka droga, musze przeciez zdarzyc na miejsce spotkania. w basecampie jestem 16:30 dokladnie 24h po wyruszeniu. bez duzego pospiechu, z zaspaniem na atak zdobylem wysoki 6tys w jeden dzien. na razie i tak nie dociera do mnie caly sukces. zmieniam buty i opuszczam Pissis. Tego dnia przechodze jeszcze ponad 20km, idac na przelaj, bez mapy, pieknymi terenami. ta zcesc chyba najbardziej poytywnie utkwi mi w pamieci. wieczorem dochodze do Laguna Negra, miejsca gdzie objadaja sie stada flemingow. rano ostatnie jedzenie, litr wody i ruszam na spotkanie. za wczasu puszczam sygnal HELP, wiem ze bede wczesniej. do Laguna Celestes dochodze po 11. Chyba najpieknieszje miejsce na mojej trasie. przepiekny kolor wody, w tle osniezone gory, kolorwe skaly i blekitne niebo. przepieknie. na samochod czekam jeszcze 3h, balem sie ze niegdy nie przyjedzie. co za ulga. teraz wiem ze to juz koniec. jem winogron, przygladam sie stadom uciekajacych przed samochodem Vicunas, Guanaco i... krowie. taka laciata, czarno-biala, cos jej sie pomylilo i na srodku pustkowia ucieka galopem przed jeepem...
we Fiambali nie koniec przygod. kilka godzin w zandarmeri i na komisariacie. trzeba spisac raport znalezienia zwlok. narysowac w paincie miejsce wypadku. podpisac, opisac, znow podpisac. potem gazeta i telewizja, wywiady po hiszpansku. najpierw o znalezieniu alpinisty potem o ¨superhombre¨ czyli o mnie :), nadczlowieku ktory wbiega na Ojos del Salado w 4 dni i w jeden na Pissis. tego nie bylo we Fiambali. Rekord wszechczasow:) nie chce przesadzac, ale takie zamieszanie wywolalem. gratuluja mi ludzie, jakies zdjecia. Jonson wszytskim dookola opowiada o mnie. nawet temat nie zaplaconego wypozyczenia jeepa gdzies przepadl... jak juz opaadly emocje poszedlem jesc. takiego steka z cocacola nie jadlem NIGDY w zyciu. nie da sie poprostu tego opisac. za 2h mam autobus. wypadalo by sie wykompac. ruszam juz w wyczekiwana podroz powrotna.
dziekuje wszystki za pomoc i wsparcie. nie mam glowy zeby napisac cos wiecej. schodzi ze mnie cale zmeczenie. dzieki i do zobaczenia w Polsce.
ps. zdj nr 1, moj cien w tle Pissis, zdj 2 laguna Celeste, najpiekniejsze miejsce. wiecej zdjec nie da rady zaladowac.